Edukację w Polsce czeka kadrowa zapaść. "Będzie zwykłe chałturzenie"

Jest źle. Nauczycieli brakuje w każdym województwie, a szkoły już teraz szukają ponad 7 tys. pedagogów. Potrzebni są specjaliści praktycznie ze wszystkich przedmiotów - od matematyki, fizyki i informatyki, przez język polski, historię, biologię i wychowanie do życia w rodzinie. Tylko w mazowieckim banku ofert pracy dla nauczycieli znaleźliśmy 2122 aktywne ogłoszenia. - Klimat w pokojach nauczycielskich jest fatalny, a świadomość niskich pensji dobija - przyznaje Dariusz Chętkowski, polonista z XXI LO w Łodzi.

Więcej ważnych wiadomości ze szkoły znajdziesz na głównej stronie Gazeta.pl.

Już na początku roku szkolnego 2021/2022 Rzecznik Praw Obywatelskich alarmował, że należy "pilnie zająć się sytuacją nauczycieli". Jak argumentował, "dalszy spadek zainteresowania pracą w szkołach może wpłynąć na realizację prawa do nauki". Ministerstwo Edukacji i Nauki zareagowało spokojnie. Jak można przeczytać w odpowiedzi wiceministra Dariusza Piontkowskiego, w szkołach i placówkach oświatowych nastąpił wzrost zatrudnienia, a "wolne miejsca pracy odnotowywane są przede wszystkim w dużych miastach, zjawisko to w marginalnej skali dotyczy małych miejscowości, czyli jest to problem lokalny".

Tyle teorii. O praktyce porozmawialiśmy z tymi, którzy odpowiadają za edukację dzieci w Polsce. - Mam wrażenie, że płyniemy na okręcie wariatów, który już nabiera wody, a my się ciągle uśmiechamy. Za chwilę wszyscy pójdziemy na dno - mówi Monika Kuczyńska-Barczewska, polonistka w XX LO im. Zbigniewa Herberta w Gdańsku

Powrót do szkoły. Dariusz Chętkowski, polonista w XXI LO w Łodzi: - Kanon potrzebuje zmiany, ale to powinny być propozycje różnych środowisk. A teraz pochodzą one ze środowiska katolicko-oazowego skupionego wokół ministra edukacji i nauki. Nie każdy młody człowiek odnajdzie sens życia, czytając żywot Jana Pawła IIChętkowski przed maturą: w szkole zapanował duży strach

"Rząd nie chce płacić za fachową pracę"

Pod koniec kwietnia sejmowa komisja odrzuciła senacką poprawkę zwiększającą podwyżki dla pedagogów do 20 proc. Za jej odrzuceniem było 231 posłów z PiS, Konfederacji, Kukiz'15 i jeden poseł niezrzeszony. Podwyżki na poziomie 20 procent nie chciał także minister Przemysław Czarnek. 

- Chcielibyśmy, żeby wszyscy w Polsce mieli świadomość jaki los edukacji zgotują posłowie, którzy głosowali przeciwko nauczycielom. Przypomnę tylko, że średnia wieku nauczyciela w Polsce to jest prawie 50 lat, to znaczy, że jedno pokolenie wypadło z zawodu – mówił w rozmowie z Głosem Nauczycielskim prezes ZNP Sławomir Broniarz. 

Posłowie uznali, że zamiast 20 proc., nauczyciele otrzymają 4,4 proc. podwyżki. Przy aktualnej inflacji oznacza to tak naprawdę spadek płac. - Oczywiście, rozmawiamy o tym między sobą. Ale nie wiem już, czy te dyskusje odbywają się na poziomie konstruktywnym, czy jedynie ironicznym. Próbujemy sobie z tego żartować. Kiedy pracuje się przy tablicy 36 czy 38 godzin, nie ma już czasu na refleksję. Człowiek staje się robotem. (...) Cały obóz rządzący odrzucił propozycję podwyżki 20 proc. Widzimy, że za tej ekipy nie mamy szans na jakąkolwiek poprawę sytuacji finansowej - mówi Kuczyńska-Barczewska. 

- Klimat w pokoju nauczycielskim jest bardzo zły. Świadomość niskich pensji dobija. Są tacy, którzy po prostu nie dyskutują - biorą drugi etat, korepetycje lub inne źródło dochodów. Prowadzi to do zmęczenia i minimalizowania swojej aktywności. Ma być szybko, nietrudno a uczeń ma nie zawracać głowy. Być może o to chodzi rządzącym. Za kilka lat będziemy mieli taką edukację, w której uczeń będzie trzymał się na dystans od nauczyciela, a nauczyciel będzie mu poświęcał minuty, bo przecież każdy czas jest cenny. Jeśli rząd nie chce płacić za fachową pracę w szkole, będzie miał zwykłe chałturzenie w publicznej edukacji. Do tego zmierzamy - dodaje Dariusz Chętkowski. 

Pensja nauczyciela niczym minimalna

Rząd natomiast wycenia pracę nauczycieli tylko nieco wyżej, niż wynosi płaca minimalna. Od 1 maja nauczyciele zarabiają od 130 do 178 zł więcej niż dotychczas. Dokładna kwota zależy od awansu zawodowego. I tak, minimalne stawki wynagrodzenia zasadniczego wynoszą:

- 3079 zł brutto dla nauczyciela stażysty (niecałe 2500 netto);

- 3167 zł brutto dla nauczyciela kontraktowego;

- 3597 zł brutto dla nauczyciela mianowanego;

- 4224 zł brutto dla nauczyciela dyplomowanego. 

Do pensji zasadniczej brutto czasem dochodzą jeszcze dodatki, np. za wychowawstwo, motywacyjny, czy za doraźne zastępstwa. Po przepracowaniu 3 lat nauczyciel otrzymuje też dodatek stażowy - 1 proc. wynagrodzenia zasadniczego za każdy rok pracy (maksymalnie 20 proc.). Nie są to jednak duże kwoty. 

- Podwyżka rzędu 100 zł jest oburzająca, nauczyciele są sfrustrowani. Głosowałam na PiS, ale to, co teraz wyrabiają, woła o pomstę do nieba. Stracili głos mój i mojej rodziny. (...) Od 12 lat pracuję jeszcze poza szkołą, inaczej przymierałabym głodem - mówi nam anonimowo biolożka ze szkoły podstawowej w województwie podlaskim. 

- Na gołym etacie trudno żyć. Dodatkowo dochodzi do tego stres, upadający szacunek do zawodu i zła atmosfera w pracy. Niektórzy próbują zdobyć przychylność dyrektora, a co za tym idzie - nadgodziny. Szerzy się też donosicielstwo. (...) 4 procent podwyżki tylko nas upadla i pokazuje zamiary państwa wobec naszej grupy zawodowej - dodaje anonimowo nauczycielka z warmińsko-mazurskiego. 

Syn Viktorii skończył w marcu cztery latka. Mama starała się, aby mimo wszystko zapamiętał swoje urodziny dobrze"Mamo, jeśli zaczną strzelać, schowamy się pod stołem"

Trzy etaty, żeby żyć godnie

- Jeden z moich kolegów śmiał się, że skoro brakuje już nawet nauczycieli od filozofii, to oznacza, że chyba jesteśmy już na dnie. Kiedyś brakowało może matematyków, informatyków. Teraz ogłoszenia o pracę dotyczą wszystkich przedmiotów, szczególnie na poziomie licealnym. Nie chcę nawet myśleć, jak by to wyglądało, gdybyśmy wszyscy nie pracowali dodatkowo. Każde z nas ma minimum dwa etaty, niektórzy trzy. Mam znajomych, którzy pracują ponad czterdzieści godzin przy tablicy tygodniowo. Gdyby nie to - ogłoszeń byłoby dużo więcej - przyznaje Kuczyńska-Barczewska. 

- Są tacy, którzy po prostu nie dyskutują - biorą drugi etat, korepetycje lub inne źródło dochodów. Prowadzi to do zmęczenia i minimalizowania swojej aktywności. Ma być szybko, nietrudno a uczeń ma nie zawracać głowy. Być może o to chodzi rządzącym. Za kilka lat będziemy mieli taką edukację, w której uczeń będzie trzymał się na dystans od nauczyciela, a nauczyciel będzie mu poświęcał minuty, bo przecież każdy czas jest cenny - mówi Chętkowski. 

- Jeśli nic się nie zmieni, będzie uczyć ten kto chce, niezależnie od wykształcenia. Szkoła stanie się tylko hangarem opiekuńczym, miejscem do płacenia ZUS-u dla tych, którzy dają korki i mają działalność. Miejscem, gdzie idą osoby, którym nic innego nie wyszło w życiu - dodaje specjalista z ośrodka szkolno-wychowawczego w województwie pomorskim. Nasz rozmówca również wolał zachować anonimowość. 

Emeryci uczą dzieci

Jak wskazywał niedawno w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Marek Pleśniar z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty, średnia wieku nauczycieli w Polsce to 47 lat, więc coraz częściej będziemy się mierzyli z odejściem kadry spowodowanej przejściami na emerytury. Jego spostrzeżenia podzielają sami nauczyciele, którzy przyznają, że młodzi ludzie nie chcą wiązać swojej kariery zawodowej ze szkołą.

- Pamiętam, że kiedy zaczynałam pracę 20 lat temu, do mojego liceum był duży nabór młodej kadry. Wszyscy byliśmy świeżo po studiach i stanowiliśmy jakąś 1/3 grona pedagogicznego. Nigdy później już takiego naboru nie było. Zdarzały się młode osoby, ale lata temu. Czasem przychodzą praktykanci, ale nie wracają, bo dostają lepiej płatną pracę. Nie chcą takiej odpowiedzialności. Podczas praktyk widzą, z czym to się wiąże - jak wygląda opanowanie 30-osobowej grupy, którą przy okazji trzeba czegoś nauczyć, a dodatkowo dochodzi odpowiedzialność za ich matury. Kiedy są wolne wakaty w szkołach, coraz częściej się zdarza, że choć na kilka godzin ściąga się emerytów. To oni łatają braki kadrowe - mówi Kuczyńska-Barczewska. 

Zgadza się z nią nauczyciel przedmiotów zawodowych w branży budowlanej z 33-letnim stażem. - Za 10 lat w moich placówkach większość nauczycieli osiągnie pełny wiek emerytalny i będzie to totalna zapaść kadrowa. Młodych nauczycieli nie widać ze względu na pieniądze i wymogi formalne. Niestety nie zanosi się na to, że będzie lepiej - mówi. 

Jego zdanie podziela biolożka z województwa podlaskiego. - W mojej szkole około 70 proc. nauczycieli jest w wieku 55 plus. Kilka osób osiągnęło już wiek emerytalny, uczy też trzech emerytów. Lada chwila ci wszyscy nauczyciele w wieku emerytalnym odejdą i będzie olbrzymi problem. 

Podobne głosy pojawiają się w pokoju nauczycielskim Anny Gajdy, polonistki jednej ze szkół podstawowych w Łodzi. - Na razie z tego żartujemy, ale często to śmiech przez łzy. Co ciekawe, nasza katechetka nagle zaczęła robić podyplomówki z czego tylko się da. Mimo wszystko nie wierzę, że będzie w stanie zastąpić nas wszystkich - mówi. 

Zajęcia w bibliotece zamiast biologii

Choć MEiN problemu nie widzi, a na zaniepokojenie Rzecznika Praw Obywatelskich zareagowało nader wysokim optymizmem, w szkołach wkrótce może zabraknąć nauczycieli. I nie jest to kwestia dziesięciu czy dwudziestu lat, a najbliższej przyszłości.

- Za chwilę tych wolnych wakatów będzie więcej. Uczniowie przyjdą do klasy biologiczno-chemicznej z zamiarem zdawania np. na medycynę, a przez pierwszy semestr lub rok, nie będą mieli biologii. Albo zorganizowane będą zastępstwa w bibliotece – bo tych z nauczycielami innych przedmiotów też nie uda się zaplanować. Wszyscy mamy już po dwa etaty i praktycznie nie zdarzają się nam okienka. (…) Publiczna edukacja będzie funkcjonować tylko formalnie, a uczniowie z bogatych rodzin będą przygotowywać się do matury na korepetycjach – tłumaczy Kuczyńska-Barczewska. 

Jak dodaje, aby poprawić edukację w Polsce, potrzebny jest cały proces. – Wierzchołkiem góry lodowej jest stosunek do szkoły publicznej i nauczycieli. Ludzie, którzy tu pracują, są traktowani jako mało ważni, bez szacunku. Być może gdyby zaczęło się w szkoły inwestować, to udałoby się tę edukację zorganizować inaczej – w klasach byłoby mniej uczniów, można byłoby pracować z nimi bardziej indywidualnie, co przekładałoby się zarówno na lepsze przygotowanie merytoryczne, jak i lepszą opiekę psychologiczną. Przebudowy wymaga cała ta struktura – mówi.

Pesymistyczną wizję publicznej edukacji kreśli też Anna Gajda. Jej zdaniem, ludzie z zapałem wkrótce odejdą na emeryturę, a młodzi zmienią pracę na taką, która da im szansę godnego życia. - Spodziewałabym się też przepełnionych klas, bo te robią się coraz liczniejsze. Do tego dochodzą przemęczeni nauczyciele, którzy zostaną w zawodzie tylko dlatego, że nie będą nadawali się do innego lub ze względu na wakacje - tłumaczy. 

- Potrzebujemy wsparcia zarówno od władz oświatowych, jak i rządowych. W szkołach widzimy braki materiałowe i sprzętowe z zakresu nowoczesnych technologii. Potrzeba więc dobrego planu finansowego na godziwe wynagrodzenie nauczycieli, a nawet bieżące utrzymanie placówek – dodaje anonimowo nauczyciel przedmiotów zawodowych w branży budowlanej z 33-letnim stażem.

Mimo kadrowych braków, minister Czarnek zapowiedział, że od września w szkołach pojawią się nowe przedmioty. Wróci też przysposobienie obronne. Uczniowie będą zapoznawać się z bronią palną, strzelaniem i pierwszą pomocą. - Dawniej takich przedmiotów uczyli wojskowi lub przynajmniej nauczyciele po przeszkoleniu wojskowym. Natomiast dziś, za te stawki, które oferuje szkoła, żaden wojskowy nie będzie chciał się podjąć takiej pracy. To więc fikcja i przedmiot o bardzo interesującym programie, który będzie realizowany przez osoby nieprzygotowane i laików. Wyjdzie z tego cyrk na kółkach - podsumowuje Chętkowski. 

Więcej o: