Katarzyna Glinka o rozstaniu: Uzależniłam się od cierpienia. Stało się moim nałogiem

Katarzyna Glinka jest aktorka teatralną i telewizyjną, a także mamą dwóch synów, których wychowuje sama - choć swojego macierzyństwa nie uważa za samotne. "Lata mi uciekały, a ja wciąż tkwiłam w poczuciu krzywdy i wciąż rozpamiętywałam to, co straciłam. Wtedy właśnie pomyślałam, że muszę zacząć patrzeć na to, co mam, a nie w tył" - o swoim wyjątkowym macierzyństwie opowiedziała na łamach książki "Sama. Rozmowy o samotnym macierzyństwie" Anity Sobczak. Fragment publikacji prezentujemy poniżej.

Anita Sobczak: Gdy umawiałyśmy się na rozmowę, bardzo wyraźnie podkreślała pani, że nie chce, by kręciła się ona wokół martyrologii samotnego macierzyństwa. Dlaczego?


Katarzyna Glinka: Nie chcę być postrzegana jako ofiara swojej sytuacji. Mam taką naturę, że biorę się z życiem za bary. Pozbierałam się po trudnych momentach. Chciałabym, żeby taki przekaz z samodzielnego macierzyństwa szedł w świat. Oczywiście najlepiej mieć stabilną, pełną rodzinę, dobry dom i wspierających rodziców. Idealnie byłoby przepracować trudności w parze i nią pozostać. Poukładać klocki. Dla dzieci to najzdrowsze. Ale jeśli to się nie udało, to lepiej stanąć wobec tego, co jest, opłakać rany, otrzepać się, poprawić koronę i popatrzeć na swoje życie z perspektywy tego, co mamy, a nie straty i bólu. Nadal mamy kawał życia przed sobą. Chcę pokazać swoim dzieciom, że matka wstała, poradziła sobie i dobrze żyła.

Zobacz wideo Jak podnosić i nosić dziecko, wózek lub nosidełko

Ale ten stosunek do życia musiała pani jakoś w sobie wypracować.

Oczywiście, bo po rozwodzie było trudno. Czułam ogromny ciężar na barkach, trudno mi się wtedy żyło, myślałam, jak mi źle na świecie. I tylko tak patrzyłam na swoją sytuację. Na ulicach widziałam same szczęśliwe pary z małymi dziećmi, myślałam: tyle moich koleżanek jest w szczęśliwych związkach. Byłam w takim stanie, że nie dopuszczałam do siebie, że ludzie będący razem też borykają się z problemami. I że moja sytuacja nie jest ani wyjątkowa, ani wyjątkowo trudna.

Sama sobie to robiłam; myślałam tylko: Boże, jak mi ciężko, że sama muszę iść po zakupy, jak mi ciężko, bo odwożę małego do przedszkola. Przez to, jak miałam ustawioną głowę, nawet proste czynności stawały się trudne i bolesne. W poczuciu krzywdy długo trzymało mnie myślenie, że nie udało mi się stworzyć rodziny. Społecznie samotna kobieta z dzieckiem to już ciężar gatunkowy. A prawda jest taka, że tak nie jest i nie musi być. Wszystko to kwestia nastawienia. Nie podważam, że bywa trudno i ciężko. Ale komu nie jest?

Zanim jednak przyszedł ten przełomowy moment, w którym stwierdziłam, że muszę pożegnać swój żal, sama siebie przytulić i wybaczyć sobie, nie wiedziałam, po co rano wstaję z łóżka. Kołatało mi się po głowie tylko, że życie jest trudne, a ja jestem zmęczona. Skupiałam się na czynnościach, które trzeba było wykonać. Nie było we mnie tchnienia życia, radości. A przecież pamiętałam siebie sprzed załamania - byłam radosną dziewczyną.

Zaczęłam łapać się na tym, że nie doceniam czasu z dzieckiem, że on przed chwilą miał trzy lata, nagle ma pięć… Czas tak szybko leci, a ja nie doceniam tego, co mam - a mam przecież wspaniałego syna. Przez pryzmat cierpienia nie widziałam wartości tego, co jest na wyciągnięcie ręki. Lata mi uciekały, a ja wciąż tkwiłam w poczuciu krzywdy i wciąż rozpamiętywałam to, co straciłam. Wtedy właśnie pomyślałam, że muszę zacząć patrzeć na to, co mam, a nie w tył.

Czy to był jakiś impuls, wydarzenie, które otworzyło pani oczy, czy raczej proces? 

Los postawił na mojej drodze kobietę, która rozwiodła się ponad 20 lat temu i dalej była w takim samym stanie jak wówczas ja. Wystarczyło jedno wspomnienie i pojawiała się lawina łez i smutku, przygnębienia. Ona - choć na pozór wesoła - była właściwie w depresji. Przez 20 lat nie poradziła sobie z rozstaniem. To był dla mnie moment zwrotny. Pomyślałam sobie: nie chcesz tak, stop! Czas się pozbierać. Co ty najlepszego robisz ze swoim życiem? Dlaczego ty je tak interpretujesz, przecież ono nie jest w całości złe!

Oczywiście nie chodzi mi o umniejszanie wartości rodziny - ona była i jest dla mnie wartością największą w życiu. Ale na koniec dnia pomyślałam: jestem zdrowa, mam zdrowe dziecko, pracę, podróżuję. OK, przydarzyły mi się ogromne trudności, ale one nie powinny mnie definiować. Nie mogą definiować mojego życia na przyszłość. Wtedy zrozumiałam, że coś muszę wreszcie zamknąć, pożegnać, zapakować w kufer i wysłać w kosmos. Nie cierpieć, nie jątrzyć, nie wracać myślami, nie myśleć, co by było gdyby… Dziś myślę, że uzależniłam się wtedy od cierpienia. Ono stało się moim nałogiem. Moja głowa tak się przyzwyczaiła do smutku, że nie umiałam inaczej myśleć.

Jak zaczęła się dokonywać ta zmiana?

Nie mogła nastąpić z dnia na dzień. Zaczęłam nad sobą mocno pracować. Psycholog, z którą się spotykałam, poradziła mi na przykład, żebym na nadgarstku cały czas nosiła gumkę recepturkę. Strzelałam z niej za każdym razem, kiedy nachodziły mnie czarne myśli. Fizycznie odciągałam głowę od negatywnego myślenia. Do tego włączałam muzykę, którą kocham - jazz, reggae. Ona mnie doładowuje. Nie jest łatwo wyjść z takiego stanu. Mózg potrzebuje czasu. Długo to trwało, ale dziś mogę powiedzieć na pewno, że zaczęłam oddychać pełną piersią, żyć na nowo.

Jaką była pani mamą, kiedy tkwiła w smutku?

Dla dzieci ogromne znaczenie ma to, w jakim stanie psychicznym są rodzice. Dzieci trudno oszukać. Oczywiście starałam być radosna, bawić się z synem. Ale dziecko zawsze wyczuje przygnębienie rodzica. Smutny, pogubiony rodzic nigdy nie jest w stanie dać pełnego poczucia bezpieczeństwa swojemu dziecku. Bo sam go po prostu nie ma. O stabilnego dorosłego można się oprzeć, o rozchwianego - trudniej.

Ten moment zwrotny, o którym pani mówiła - na ile syn dodatkowo motywował panią, żeby wyjść z dołka?

Zawsze patrząc na dziecko, chcesz coś ze sobą zrobić. Stąd pewnie umiałam zadziałać zewnętrznie: śmiejemy się, bawimy, idziemy do dzieci, coś wspólnie robimy. Ale mam wrażenie, że dopóki naprawdę nie poczułam sama dla siebie, że nie chcę kolejnych 20 lat przeżyć w rozpaczy, dopóty nie zrobiłam kroku do przodu. Moja zmiana nie zrodziła się z potrzeby zadbania o dziecko. Prawdziwa zmiana musiała urodzić się we mnie. Miałam już dosyć stanu, w jakim żyłam. Wiedziałam, że nie chcę już ani dnia dłużej tkwić w smutku.

Czym dziś jest dla pani samotne macierzyństwo?

W ogóle go nie postrzegam jako samotnego. Po pierwsze są w nim ojcowie moich synów. Zajmują się dziećmi, są zaangażowani, kochają ich. Nie wiem, może mam dużo szczęścia. Współdzielimy różne obowiązki. Nie znaczy to oczywiście, że nie muszę na co dzień robić zakupów, iść na rowerek, zawozić do szkoły. Ale przestałam myśleć, że to jest trudne. Zwyczajnie taka jest moja droga, tak miało być, że robię to sama. Kropka. Inni mają inaczej, ja mam tak. Poza tym ojcowie moich synów spędzają z nimi dużo czasu. Więc i ja mam czas dla siebie.

Nauczyłam się też nie myśleć, że wszystko robię najlepiej. My, kobiety, często potrzebujemy czuć, że kontrolujemy sytuację i chcemy dać z siebie wszystko. Małe dzieci bardzo potrzebują przede wszystkim mamy. Tak to zostało wymyślone przez naturę. Ale im dziecko jest starsze, a szczególnie dotyczy to chłopca, tym tata staje się ważniejszy. To on wprowadza w męski świat. Moim zadaniem było przyjąć fakt, że jak syn chce do taty, to nie dlatego, że mnie nie kocha, ale dlatego, że go potrzebuje. I wypuszczam moich synów w męski świat. To ich prawo. Jeśli tata jest stabilny, gotowy i chce zająć się dziećmi, to swoje ego trzeba schować do kieszeni.

Udaje się to?

Czasem jest mi ciężko. Zwłaszcza kiedy mój syn zapomina do mnie zadzwonić. Odruchowo włącza mi się myślenie: czy tam mu lepiej? Od razu zastanawiam się, czy popełniłam jakiś błąd. Ale w końcu uznaję, że to nie o to chodzi.

Według mnie chodzi o to, że on czuje się z panią na tyle bezpiecznie, że nie boi się, że go pani odrzuci, gdy nie zadzwoni.

Jest to też sygnał, że nie martwi się o mnie, nie bierze odpowiedzialności za mój stan. Tak, to cieszy. Oddzielanie się od dzieci to permanentna praca nad sobą, poskramianie swojego ego. Ale nauczyłam się zupełnie odrzucać myślenie: gdyby był jeden dom, toby tak nie było. Dręczenie się było dla mnie raniące, a ja już nie chcę się ranić. (...)

Jak udało się pani wypracować całkiem dobre relacje z ojcem starszego syna?
To również dotyczy odpuszczenia - odpuszczenia swojego ego, wyjścia poza swoje cierpienie, poza to, co było między dwojgiem ludzi. I nie chodzi mi o poprawność, udawaną relację - bo to dzieci wyczują. Najlepiej jak odpuszczą obie strony, to stan idealny. Kluczem jest przemeblowanie swojej głowy. Tata Filipa wciąż uznaje, że jako mama jestem najważniejszą osobą, jeśli chodzi o podejmowanie decyzji dotyczących dziecka. To nam wiele ułatwiło. Czuję, że wciąż jestem ważna - jako mama - mimo tego, że nasze drogi się rozeszły. Dziś odnosimy się do siebie z dużym szacunkiem, a w sprawie dziecka jesteśmy w stałym kontakcie. Mogę na niego liczyć. To bardzo ważne.

Czy ma pani na sumieniu grzech, który przy rozstaniach zdarza się często - że rodzice używają dzieci w walce przeciwko sobie?

Rozstania nie są proste. Rozchodzimy się dziś na potęgę, ale jako społeczeństwo nie jesteśmy na to emocjonalnie przygotowani. Czy ludzie, którzy się rozstają, mają w sobie stuprocentową gotowość, są pogodzeni z sytuacją, mają przepracowane wszystkie kwestie? Najczęściej nie. Każdy potrzebuje czasu, żeby ochłonąć i poukładać się z uczuciami. Ja też potrzebowałam czasu. Ale jestem bardzo z siebie dumna, że odrobiliśmy tę lekcję. Warto zmierzyć się z trudnymi uczuciami, które zostały, i dla dobra dzieci odpuścić swój żal. Dzieci dużo bardziej niż my potrzebują zaopiekowania w tej trudnej dla nich sytuacji. To nimi przede wszystkim należy się zająć i zadbać o ich dobrostan. Pamiętajmy, że gdy rozstają się rodzice, dzieciom rozpada się cały świat.

Wróćmy do dojrzałości rozchodzących się rodziców.

Należy zdać sobie sprawę, że mimo rozstania pozostajemy dla dziecka najważniejszymi osobami. Nowi partnerzy czy partnerki to tylko wujkowie i ciocie, nawet jeśli wystrzałowi. Dlatego bardzo ważne jest, żeby odnosić się do siebie z szacunkiem. Dziecko uczy się relacji, nadal patrząc na swoich rodziców. Odnoszę wrażenie, że to wciąż bolączka rozchodzących się par. Warto pomyśleć, że przecież łączy nas wspólna historia. Nawet jeśli jedna strona wychodzi ze związku z poczuciem krzywdy, to z jakiegoś powodu kiedyś w nim była, z jakiegoś powodu na świecie pojawiły się dzieci.

Odpowiedzialnością dorosłych jest pozostać we wzajemnym szacunku dla tego, co stworzyli, dla dzieci. Odcinanie się po rozwodzie od drugiego rodzica jest fatalnym wyborem. Zwykle mimo wszystko jest do czego sięgać, jest z czego czerpać - w każdej wspólnej historii są dobre wspomnienia. Bez sensu jest nieść krzywdę przez życie. Dziecko tym nasiąknie i na tym się zbuduje - ono tak będzie postrzegało relacje, tak będzie układało kiedyś swoje życie. Odpowiedzialność rodziców polega na tym, żeby dać dziecku wzrastać w poczuciu bezpieczeństwa, to znaczy odrzucić swoje zranienia. To wymaga niesamowitej dojrzałości. Ale skoro mamy już tę dojrzałość w decyzji o rozstaniu, następnym krokiem powinno być myślenie o dzieciach. I tego jako społeczeństwo musimy się nauczyć. Odpuszczenie komuś winy jest uwalniające, tobie wtedy też jest lepiej. I łatwiej wówczas o zgodę.

Sama. Rozmowy o samotnym macierzyństwie. Autorka: Anita SobczakSama. Rozmowy o samotnym macierzyństwie. Autorka: Anita Sobczak Materiały PR Wyd. Mando Inside

Zaprezentowany fragment pochodził z książki Anity Sobczak "Sama. Rozmowy o samotnym macierzynstwie" wyd. Mando Inside. To rozmowy z samotnymi matkami, tymi, które odeszły od ojców swoich dzieci, które nigdy nie stworzyły związków lub których partnerzy zmarli. To opowieści, które mają imiona, emocje, różne doświadczenia. To historie, które są wsparciem i źródłem inspiracji. I wszystkie poruszają. Książkę można kupić tutaj.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.