"Po porodzie zobaczyłam swoje odbicie w szpitalnej windzie. Jakbym stoczyła walkę w klatce"

Zmierzenie się z całą gamą emocji i zaakceptowanie uczuć towarzyszących nowej roli wzmocniły mnie jako człowieka i nauczyły z uśmiechem poruszać się w warunkach totalnego chaosu. Bycie matką pozwoliło mi jeszcze bardziej zaufać sobie, swojemu ciału i swoim wyborom. Jestem Olga i oto moja historia o macierzyństwie.

Sesję zdjęciową Olgi wykonała fotografka Ania Wibig. Więcej dzieł artystki zobaczysz na stronie: www.obiektywnienajpiekniejsze.pl.

Nie nazwałabym ciąży stanem błogosławionym, natomiast wyjątkowym - już tak. Uważam, że zasługujemy wtedy na szczególne traktowanie. Poza epizodami z rwą kulszową, męczącą liczbą badań oraz kontroli lekarskich moja ciąża przebiegała książkowo. Dbałam o siebie, bo czułam, że mój dobrostan odpowiada za dobrostan mojego dziecka. Końcówka ciąży była męcząca, ale to chyba standard. Nadszedł wreszcie planowany termin porodu, a tutaj… cicho sza!

Plany vs. rzeczywistość

Przede mną stanęło widmo porodu indukowanego, którego nie chciałam za nic w świecie. Bałam się, że ciało nie będzie współpracować i sprawy się pokomplikują. Poza tym chciałam rodzić w domu narodzin [miejsce prowadzone przez położne, w strukturze szpitalnej lub poza nią - przyp. red.] i do końca liczyłam na takie rozwiązanie. Po tygodniu od terminu porodu, w trakcie kontroli, przesympatyczna młoda ginekolożka ze szpitala z uśmiechem zapytała, czy mam ze sobą walizkę. Nie miałam. Byłam prawdopodobnie jedyną na świecie ciężarną, która zostawiła to na ostatnią chwilę i nawet nie byłam do końca spakowana. "Mam dzisiaj dyżur od 15. Zapraszam, bo mam akurat wolne miejsce na oddziale". Dostaję kwit z zaleceniem założenia balonika Foleya oraz indukcji oksytocyną. Po kilku godzinach zjawiam się na izbie. Jest spokojnie i cicho. Położne są miłe i rzeczowe, czuję się zaopiekowana i pogodzona z losem. Skupiam się myśli, że już niedługo, tak czy inaczej, zobaczę mojego syna.

Olga i Leon,Olga i Leon, fot. Ania Wibig, Obiektywnie Najpiękniejsze

Euforia poporodowa i chwila strachu

Dzień później, godzina 16:41. Jest. Słyszę go i wiem, że daliśmy radę. Dostaję 3,75 kg noworodka na klatkę piersiową i czuję ulgę. Że jest, że krzyczy, że wszystko jest dobrze i on tak cudownie pachnie. Ale nie uspokaja się, więc zabierają go na neonatologię. Euforię poporodową tłumi strach, dopiero co przeszliśmy wspólnie graniczne wydarzenie. Nie, wszystko będzie w porządku i nie ma powodów do obaw, zaufaj sobie. Za chwilę nadeszła informacja, że Leo wygrzewa się w inkubatorze i jest już spokojny.

Olga i Leon,Olga i Leon, fot. Ania Wibig, Obiektywnie Najpiękniejsze

Czytałam mnóstwo relacji z porodów innych kobiet, ale i tak nie byłam w stanie choć trochę wyobrazić sobie, jak to będzie. Niby doświadczenie to samo, ale ile kobiet, tyle historii. Ja powiedziałabym, że to największy wysiłek życia. Ból można uśmierzyć, zmniejszyć, nawet pokonać, ale zmęczenie na samym finale? Musisz to znieść, chociaż człowiek ma wrażenie, że to się nigdy nie skończy.

Połowa twarzy w purpurowych wybroczynach

Z łóżka porodowego schodzę bez pomocy. W towarzystwie męża i położnej idziemy do pokoju na oddziale noworodkowym. Dopiero w windzie widzę swoje odbicie. Zapuchnięta, połowa twarzy w purpurowych wybroczynach, dosłownie jakby patrzyły na mnie dwie różne kobiety. Włos każdy w inną stronę. Śmieję się, że wyglądam, jakbym stoczyła walkę w klatce. W duchu zastanawiam się, jak to możliwe, że moje ciało przeszło właśnie taki wysiłek, a umysł tak to wypiera. Czy ja naprawdę jestem tak silna, czy po prostu muszę się taka stać dla mojego dziecka?

Olga opowiada o porodzie i pierwszych chwilach z synkiem,Olga opowiada o porodzie i pierwszych chwilach z synkiem, fot. Ania Wibig, Obiektywnie Najpiękniejsze

Pierwsze zderzenie. Jestem jak na haju, a potem kryzys

Pierwsza doba upływa spokojnie, dziecko śpi, a ja nie. Jestem jak na haju, w głowie kosmos myśli. Patrzę na swojego wymarzonego syna i jest mi po prostu dobrze. Nie potrzebuję ani spać, ani jeść, denerwują mnie wiadomości od rodziny i znajomych. Świat zewnętrzny wydaje się bardzo odległy. Jesteśmy w pokoju rodzinnym, mąż jest cały czas z nami, więc od początku jesteśmy razem w małej bańce, daleko od rzeczywistości.

W drugiej dobie przyszedł klasyczny kryzys. Dziecko płacze, laktacja jeszcze nie startuje. Mam przystawiać, przystawiać, przystawiać. I pobudzać laktatorem. Spokojnie, proszę pani, dziecko ma jeszcze zapas. Euforia opada, ciało opanowuje ogromne zmęczenie. O trzeciej w nocy zasypiam z dzieckiem na brzuchu, jestem wyczerpana. Trzeba przystawiać – do dzisiaj zaciskam zęby, jak sobie przypomnę to zalecenie.

Olga wspomina o tym, że bała się porodu indukowanego,Olga wspomina o tym, że bała się porodu indukowanego, fot. Ania Wibig, Obiektywnie Najpiękniejsze

Następnego dnia ma być wypis. U nas zamiast wypisu poruszenie, bo dziecko jest żółte. Wysoki poziom bilirubiny, spadek wagi jeszcze w normie, ale o wysokiej dynamice – "A dlaczego pani nie dokarmiała? Przecież laktacja nie ruszyła!". Bo kazano mi przystawiać i nikt nie zaproponował innego rozwiązania? Czuję się jak śmieć. Po euforii nie ma śladu, nagle zalewa mnie potężne poczucie winy jak nigdy wcześniej. Że oto ja, matka, nie przewidziałam i nie zapobiegłam. A powinnam.

Mąż pyta, czy coś poważnego grozi dziecku. W odpowiedzi słyszymy "może dojść nawet do uszkodzenia układu nerwowego!". Pierwszy raz widzę, jak mężowi lecą łzy. Młody otrzymuje butelkę, po której śpi twardo jak kamień. Ja do końca dnia siedzę przy nim i zalewam się łzami jakiegoś pierwotnego strachu o zdrowie mojego syna. Mam świadomość, że to uczucie będzie mi towarzyszyło już zawsze. To był dla mnie kolejny graniczny moment. Poczułam się naprawdę dorosła i odpowiedzialna za to nowe życie.

Olga i Leon,Olga i Leon, fot. Ania Wibig, Obiektywnie Najpiękniejsze

W szpitalu zostaliśmy jeszcze dwa dni. Laktacja ruszyła, żółtaczka zaczęła się zmniejszać. Trzymałam w ramionach dziecko i godziłam się, z tym że nadchodzi nowe, inne, i trzeba się będzie z tym zmierzyć. Już wiem, że matczyne łzy mogę pozostawić dla siebie, bo świat nie będzie dla nich łaskawy.

Nasza gawra

Pomimo początkowych problemów połóg wspominam dobrze. W domu zagrzebaliśmy się na trzy tygodnie w naszej sypialni. Rodzina dostarczała nam posiłki i była w każdej chwili gotowa pomóc, ale my potrzebowaliśmy być sami. Żyliśmy w trybie trzygodzinnym. Nie wnikaliśmy, czy jest dzień, czy noc, po prostu płynęliśmy za potrzebami syna. Jak mantrę powtarzaliśmy sobie, że to minie. Pobudki w nocy, problemy z brzuszkiem, refluksem, zmęczenie, stres w związku z nową rolą, poczucie totalnego chaosu, ale takiego nie do ogarnięcia.

Olga jest szczęśliwą mamą, ale przyznaje, że spotkały ją też trudne chwile na początku drogi macierzyństwa,Olga jest szczęśliwą mamą, ale przyznaje, że spotkały ją też trudne chwile na początku drogi macierzyństwa, fot. Ania Wibig, Obiektywnie Najpiękniejsze

Patrzyliśmy z zachwytem na dziecko śpiące spokojnie w koszu Mojżesza, całowaliśmy te małe stópki i nosiliśmy oseska, ile tylko chciał. Cieszyliśmy się, że udaje się nam rozwiązywać problemy krok po kroku i po prostu - dajemy radę. Ale przychodziły też cięższe dni, a wtedy problemy rosły do rangi oficjalnego końca świata. Pamiętam popołudnie, kiedy mały płakał mi na rękach z niewiadomego powodu, a mnie przytłaczała bezsilność. Zapytałam męża, czy nasze życie już zawsze będzie tak wyglądać. Nie wygląda, ciągle ulega przemianom i niezmiennie zaskakuje mnie tym, jak zmieniam się ja.

Wyjście bez dziecka? Obco. Niekomfortowo

Myśli o Leonie towarzyszą mi wszędzie. Pierwsze wyjście dwa tygodnie po porodzie – kontrola u lekarza i miałam zrobić zakupy. Nie wyszło, czuję się obco i niekomfortowo, bo nie mam przy sobie dziecka. Wizyta u fryzjera po miesiącu? Na fotelu non stop przeglądam zdjęcia w telefonie i wypisuję do męża, czy wszystko gra. Dziwne uczucie, bo jestem typowym introwertykiem i mam dużą potrzebę posiadania własnej przestrzeni, a teraz nie widzę jej bez tego małego człowieka. I dobrze mi z tym.

'Płynęliśmy za potrzebami syna. Jak mantrę powtarzaliśmy sobie, że ten chaos minie''Płynęliśmy za potrzebami syna. Jak mantrę powtarzaliśmy sobie, że ten chaos minie' fot. Ania Wibig, Obiektywnie Najpiękniejsze

Nie wiedzieć kiedy nowa rzeczywistość zaczęła się układać, a my po prostu się w nią wpasowaliśmy. Odnaleźliśmy się w obecnym rytmie i zaakceptowaliśmy ograniczenia, które ze sobą przyniosło. Wyluzowaliśmy i nie ulegamy presji, że życie ma być idealnie ułożone według jakieś planu czy koniecznie takie jak przedtem. Ma być w danym momencie najlepsze dla naszej trójki i takie właśnie jest.

Zobacz więcej historii naszych bohaterek "Szczerze po porodzie".