Wiera przyniosła zdjęcia. Jej na nich nie było. "Polskie dziewczynki chciały pozować bez Ukrainek"

Zuzia Ałdycka
"Jestem wdzięczna, że jestem w Polsce. Choć na czynsz idzie prawie cała pensja, to to jest cena, aby moje dziecko nie uczyło się w piwnicy. Pewnie, że życie Ukraińca w Polsce to nie jest tylko cud miód i bita śmietana, ale takie jest życie każdego" - opowiada Yulia, która z córkami jest w Polsce już dwa lata. Dwa lata wojny w ich ojczyźnie.

Był marzec 2022 roku, gdy Yulia razem z dwiema córkami - dorosłą Oleną i dziewięcioletnią Wierą, po ponad dwóch dniach podróży przekroczyła polską granicę. Nie wiedziały, dokąd pojadą i jak długo tam zostaną. Wiedziały tylko, że jadą do Warszawy. Szef pracującego w Polsce męża Yulii przez Facebooka znalazł znajomych, którzy ich przyjmą. Nie wiedziały, kim są ci ludzie. Nie wiedziały, gdzie będą spały. Czy i kiedykolwiek wrócą do domu.

Niedługo minie druga rocznica, odkąd Yulia i jej córki opuściły Ukrainę, rodzinę, pracę i przyjaciół. "Straciliśmy cały nasz świat, ale dziś wiem, że to w Polsce budujemy go na nowo" - mówi Yulia. "Nie jest łatwo, ale komu jest. Widać to nasza cena. Jestem gotowa zapłacić za bezpieczną teraźniejszość i przyszłość".

Zobacz wideo Psychologowie nie chcą pracować w państwowych szkołach. W 450 gminach w Polsce nie ma na stałe psychologa

Szkoła od nowa 

Wiera za kilka miesięcy miała świętować swoje dziewiąte urodziny. Planowała już, jakie koleżanki zaprosi. Miały urządzić w domu karaoke, malować twarze i "udawać modelki". Miało być ciepło, po szkole mogłyby pójść na piknik, a w weekend pojechać z rodzicami do starszego brata i babci. Nie pojechały. Urodzin nie było. Mama pakowała jej rzeczy w pośpiechu. Przede wszystkim ciepłe ubrania, dokumenty, akty urodzenia, książeczkę zdrowia. Wierze kazała spakować ulubioną książkę, zeszyty szkolne, jakieś zabawki, ale nie za dużo. Dostała jeden plecak. Gdy w marcu 2022 wsiadała do autobusu, nie wiedziała, że większości swoich koleżanek, które miały przyjść na jej urodziny, długo nie zobaczy. Może nigdy. 

Półtora miesiąca później mama założyła Wierze piękną nową gumkę do włosów. Z motylem. Sama ją dla córki zrobiła. Mocno ściskała ją za rękę, gdy wchodziły do wielkiego budynku szkoły w sercu warszawskiego blokowiska. Na płocie wisiały ukraińskie i polskie flagi związane ze sobą kolorowymi kokardami. Tak chciała wrócić do szkoły. W domu ledwo poczuła się uczennicą i zaczęła się pandemia, lekcje zdalne, nuda przed komputerem. Już prawie nie pamiętała, co robi się na przerwach, jak zgłasza się do odpowiedzi. Bała się, ale miła pani powiedziała jej, że jej klasa będzie chodziła w tym roku na basen, więc już nic innego się nie liczyło. Tylko czy mama spakowała jej ulubiony kostium i czepek ze Skye z "Psiego patrolu" - martwiła się Wiera. 

Fot. Adrianna Bochenek / Agencja Wyborcza.pl

Ukraińskie dzieci w polskiej szkole

Polskie szkoły nie były przygotowane na przyjęcie prawie 200 tysięcy dzieci (Zobacz: Uczniowie nie mieli lekcji języka polskiego przez miesiąc. "Ogromny problem"). Tak jak Europa nie była przygotowana na kolejną bezsensowną wojnę. "Autentycznie się bałam" - mówi Maria, nauczycielka jednej z warszawskich podstawówek. "Zresztą nie tylko nie ja. Mam ponad 30 lat doświadczenia, a nigdy tak się nie czułam. Nie wiedzieliśmy, jak to będzie, jednak każdy - od pani woźnej, przez panie w stołówce na dyrekcji kończąc, wiedział jedno: musimy sobie dać radę, dla tych dzieci. Z perspektywy czasu uważam, że nam się to udało". 

Każdy z nas wtedy w Polsce czuł na skórze widmo wojny. Żyliśmy inwazją, a my jako nauczyciele też czuliśmy strach, z jakimi dziećmi przyjdzie nam pracować. Jak ja miałam tłumaczyć odmianę przez przypadki komuś, kto nie mówi po polsku? Jak miałam opowiadać o mitach greckich dzieciom, które nie wiadomo, jakie piekło widziały zaledwie kilka dni wcześniej? 

Największym ciężarem zostały obarczone szkoły w dużych polskich miastach, do których przyjechało najwięcej uchodźców. Kryzys wojenny zbiegł się z zapaścią polskiej szkoły w ogóle. "Nikt jednak nie pytał 'jak', po prostu to się działo" - wspomina początki wojny Maria. Nauczyciele, dyrektorzy, samorządy starały się sprostać niebotycznemu wyzwaniu. Z czasem w placówkach pojawili się tłumacze, nauczyciele wspomagający, którzy mówili po ukraińsku czy rosyjsku. Wprowadzono zajęcia wyrównawcze dla ukraińskich dzieci, darmowe programy i miejsca na zajęciach dodatkowych. 

Dwa lata polskiej szkoły

Jak zwraca uwagę Maria, w ciągu dwóch lat znacznie spadła liczba ukraińskich uczniów. Część wróciła, część pojechała dalej. "Najgorzej było na początku. Byli uczniowie, po których widać było, że zmagają się z traumą. Inni odcinali się od grupy. Nie chcieli tu być. Nie uczyli się, mieli poczucie, że są tu tylko na chwilę, to po co mają się starać. Z oczu można było wyczytać, jak tęsknią za domem i tym, co było. Wydaje mi się, że ci, co zostali do dziś, wiedzą, że to jest teraz ich dom i z Polską wiążą swoją przyszłość".

Widać, kiedy dzieci zaczęły się odnajdywać w polskiej szkole. Jak zaczęły dokazywać. Pierwszy raz cieszyłam się, gdy dzieciaki zaczęły mi łobuzować i wygłupiać się na lekcji. Wiedziałam, że najgorsze za nami. 

Ukraińscy uczniowie są w każdej klasie - mówi Maria nauczycielka z Warszawy.Ukraińscy uczniowie są w każdej klasie - mówi Maria nauczycielka z Warszawy. Shutterstock/Fotoksa

Do polskiej szkoły chodzą nie tylko ukraińskie dzieci. Przed wojną uciekali także Białorusini czy Gruzini. Z tymi grupami było trudniej, bo wiele placówek miało problemy ze znalezieniem tłumaczy. Grupy te miały również mniejszą reprezentację, przez co uczniom trudniej było nawiązać przyjaźnie. O ile w każdej klasie pojawił się przynajmniej jeden uczeń z Ukrainy, to dzieci z Gruzji nie miały swojego środowiska, które mogłoby je wesprzeć. 

Miałam takiego ucznia z Gruzji. Przez dwa miesiące nie odzywał się. Czułam, że poza barierą językową, ma też inne problemy. Matki nie miał, ojciec pracował w Polsce i ściągnął go do siebie po wybuchu wojny. Ukochana babcia, która latami go wychowywała, została. Ojciec był dla niego obcy, szkoła była obca, język obcy. Powoli zaczął się dopiero otwierać, jak szkoła zatrudniła tłumaczkę. Jest też kilkoro dzieci z Białorusi, one od razu się wyróżniają. Są niezwykle, aż wręcz do przesady, pilne. 

"Nie chcemy ukraińskich dziewczynek"

Wiera jest dobrą uczennicą. Po polsku mówi na tyle dobrze, że poprawia nawet ojca, który w Polsce mieszka już wiele lat. Dla niej istnieją jednak dwa języki polskie: normalny i ten szkolny. "Córka jest teraz w czwartej klasie i zaczęły się problemy. Jest więcej przedmiotów i polski z podręczników sprawia Wierze problemy". Wiera musi włożyć więcej wysiłku w naukę. Nie dość, że są to dla niej nowe rzeczy, to jeszcze napisane są w inny sposób, niż mówią do niej pani czy koleżanki. To jednak nie nauka była dla niej największym problemem. 

Wiera zmieniła się. Stała się milcząca, bardziej drażliwa, wrażliwa na posiadanie rzeczy. Nie chce się podzielić, oddać niepotrzebnych rzeczy, wszystko chce gromadzić, trzymać przy sobie. Jej mama mówi, że w domu zachowuje się czasem jak siedmiolatka. Jakby mogła choć na chwilę wrócić do czasów, gdy nie było wojny i wszystko było dobrze. Nie udało jej się nawiązać wielu przyjaźni. Ma jedną koleżankę w klasie. Też z Ukrainy. I koleżankę z podwórka - Białorusinkę. Polskie dziewczynki? Z tym jest kłopot. 

Przed wakacjami Wiera przyszła ze szkoły po letnim festynie. Pokazywała mamie zdjęcia. Na jedynym była cała klasa, na drugim sami chłopcy, na innym same dziewczynki, ale bez Wiery i dwóch innych Ukrainek. Okazało się, że polskie dziewczynki nie chciały pozować z Ukrainkami. "To miało być zdjęcie samych Polek" - opowiadała Wiera. 

Szkoły stanęły przed najtrudniejszym wyzwaniem - asymilacji uczniów uciekających przed wojnąSzkoły stanęły przed najtrudniejszym wyzwaniem - asymilacji uczniów uciekających przed wojną Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

Yulia nie zgłosiła tego wychowawczyni, obawiała się zaostrzenia podziałów. Tłumaczyła córce, że jej koleżanki znały się wcześniej, pewnie chciały mieć zdjęcie razem dawnej paczki. Wiera i tak była smutna. "Jako dorosła nigdy nie spotkałam się z brakiem życzliwości ze strony Polaków. Nigdy nikt nie powiedział mi nic nieprzyjemnego, nie wytknął mi narodowości, nie odmówił pomocy. Wiera ma inne doświadczenia" - mówi Yulia. 

W wakacje Wiera chodziła na zajęcia do świetlicy na akcję "Lato w mieście". Jedna z dziewczynek powiedziała jej, że "nienawidzi Ukraińców" i "najlepiej, aby ich tam wszystkich wystrzelali".

"Trudno matce słyszeć takie słowa z ust córki. Wiedziałam, że ta dziewczynka sama sobie tego nie wymyśliła, może nawet sama tak nie myśli. Po interwencji nauczycielki nawiązała pod koniec wakacji nawet Wierą jako taki kontakt. Najgorsza jest świadomość, że takie zdania usłyszała pewnie od własnych rodziców".

Dwa lata w Polsce i ile jeszcze?

Wiera i Yulia wiedzą, że nie wrócą już do Ukrainy, chyba że na wakacje do babci. Druga córka wyjechała do Danii, gdzie pracuje i ma męża. Tęsknią za Siergiejem, starszym synem Yulii, bratem Wiery, który jest w takim wieku, że nie może opuścić kraju. Yulia pracuje w polskiej szkole. Jest nauczycielką, na brak zajęć nie narzeka. "Choć prawie cała jedna pensja idzie nam na wynajem mieszkania, nie narzekam. Choćbym miała jeść sam chleb z masłem, to cena, jaką ja i mój mąż jesteśmy gotowi zapłacić, aby nasza córka nie musiała uczyć się w piwnicy, gdy bomby latają jej nad głową i żebyśmy byli bezpieczni i razem. Pewnie, że życie Ukraińca w Polsce to nie jest tylko cud miód i bita śmietana, ale takie jest życie każdego człowieka".

Maria, patrząc na swoich uczniów z Ukrainy, nie kryje dumy. "Wiem, ile musieli przejść oraz ile pracy włożyli w naukę języka i polskich przedmiotów. Mam dla nich ogromny szacunek". Przyznaje, że o nieprzyjemnych sytuacjach, które mogą spotykać uczniów z Ukrainy, nie słyszy wiele. "Jakakolwiek forma przemocy ze względu na narodowość jest przeze mnie i szkołę nieakceptowana. Prawda jest jednak taka, że niestety nie zawsze wiemy, co dzieje się po dzwonku na przerwę. Jeżeli jednak coś niepokoi rodziców z Ukrainy, powinni to zgłaszać". 

Pomocnik dla rodziców i opiekunówPomocnik dla rodziców i opiekunów Weekend.gazeta.pl

Szkolna rzeczywistość to nie jest sielanka. Wiedzą to zarówno sami uczniowie, jak i nauczyciele czy dorośli. Jeżeli nie masz pomysłu, jak porozmawiać z dzieckiem o jego problemach lub zwyczajnie nie wiesz, jak do niego dotrzeć i mu pomóc, zachęcamy  do skorzystania z naszego bezpłatnego "Pomocnika dla opiekunów i rodziców nastolatków". Dostępny jest dla Was w wersji polskiej i w wersji ukraińskiej Звантажити ПОРАДНИК укр.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.