Woźna na emeryturze: Nie tylko sprzątałam. Byłam też babcią, która przytuliła i herbatę zrobiła

"W szkole podstawowej pracowałam przez prawie 40 lat. To długi okres, ale wspominam go ze łzami w oczach. Mało denerwowałam się, bo było dużo wyrozumiałości jednakowo w dzieciach, rodzicach czy samej dyrekcji. W wiejskiej szkole każdy się znał i szanował. Byłyśmy dla dzieci, a one były wdzięczne i nigdy nie odmówiły pomocy. Nie byłam tam tylko woźną, a taką babcią, która i jak trzeba było to na dworze ustała na bramce podczas lekcji wychowania fizycznego czy zrobiła herbatę, gdy brzuch bolał. Dziś to nie mieści się w głowie, a kiedyś to było po prostu normalne."

Szkoła to miejsce, które ma za zadanie wyposażyć człowieka w kompetencje, które pomogą mu żyć. To tu dziecko uczy się czytać, pisać, a także zdobywa wiedzę i pierwsze doświadczenie. W dużej mierze dzieje się to dzięki ludziom, z którym obcuje na co dzień. Nowe znajomości pomagają poznać siebie i ukształtować światopogląd.

Rzecz jasna, wiele zależy także od środowiska, w którym przebywają najmłodsi. W szkole spotyka się ludzi, którzy sprawiają, że życie staje się łatwiejsze. Niestety jednocześnie szybko się o nich zapomina. Do takich osób należą woźne, które w wielu placówkach czuły się jak zarządczynie i pełniły wiele ról. Postanowiliśmy porozmawiać z 70-letnią panią Wiesławą, która, choć jest już na emeryturze, doskonale pamięta chwile spędzone w szkole. Jak wspomina, praca nie była dla niej udręką, bo w wiejskiej szkole każdy się nawzajem szanował i panowała przyjazna atmosfera. 

Miałam taką koleżankę, która razem ze mną dbała o porządek. Mogłam z nią konie kraść. Dzieci traktowałyśmy jak wnuczków, a za siebie wskoczyłybyśmy w ogień. My się wzajemnie dopełniałyśmy, a razem był nam łatwiej

- wspomina pani Wiesia, dzieląc się w rozmowie z naszym portalem wspomnieniami ze szkolnych lat. 

Zobacz wideo Jakie są problemy polskiej szkoły? "Regularność zmian w systemie edukacji daje nam mocno w kość"

"Jak woźna może nie wpuścić dziecka do szkoły, bo nie zmieniło kapci? Jak u mnie były takie przypadki, to mówiłam: zdejmuj buty i maszeruj w skarpetach na lekcje"

Pani Wiesia jest emerytowaną woźną, która przez większość swojego życia pracowała w szkole. I choć realia szkolne nie są jej obce i zna je doskonale z wieku perspektyw, to o szkole nie mówi w sposób dobrze nam znany - negatywny. Dla niej to miejsce, w którym można było odkryć siebie, a także czuć się swojo i bezpiecznie. I rzecz jasna, zdarzały się pojedyncze przypadki, przez które te słowa traciły na wartości, jednak gdyby pani Wiesia mogła jeszcze raz wybrać zawód, to na pewno zostałaby woźną. 

- W szkole podstawowej pracowałam przed prawie 40 lat. To długi okres, ale wspominam go ze łzami w oczach. Mało denerwowałam się, bo było dużo wyrozumiałości jednakowo w dzieciach, rodzicach czy samej dyrekcji. W wiejskiej szkole każdy się znał i szanował. Byłyśmy dla dzieci, a one były wdzięczne i nigdy nie odmówiły pomocy. Nie byłam tam tylko woźną, a taką babcią, która gdy trzeba było, to na dworze ustała na bramce podczas lekcji wychowania fizycznego czy zrobiła herbatę, gdy bolał brzuch. Dziś to nie mieści się w głowie, a kiedyś to było po prostu normalne - wspomina pani Wiesia, której łamie się głos po tych słowach, a po chwili zastanowienia dodaje:

Kiedy moje dzieci mówią mi, co teraz dzieje się w szkołach, to nie mieści mi się to w głowie. Jak woźna może nie wpuścić dziecka do szkoły, bo nie zmieniło kapci? Jak w mojej szkole były takie przypadki, a oczywiście były, to mówiłam: zdejmuj buty i maszeruj w skarpetach na lekcje, a po lekcjach śmieci powynosisz z sal i po powrocie do domu sam skarpetki w ręku wyczyścisz, żeby matka nie miała dodatkowej pracy. I jak te dzieci były wdzięczne! Całowały po rękach

- mówi emerytowana woźna. 

"Dzieci ze sobą nie rywalizowały, a po szkole nie miały tyle lekcji co dziś, tylko szły na pole czy do stodoły i pomagały rodzicom w gospodarstwie"

Emerytka zwraca także uwagę na to, że przed 89 rokiem, dzieci w szkołach nosiły fartuszki, co było naprawdę dobrym pomysłem. - Nikt się nie wyróżniał. Nie było widać, kto z jakiej rodziny pochodzi. Jak ktoś miał dużo hektarów i rodzinę za granicą, to może i miał fajne ubranie, ale taki dzieciak to jeszcze dzielił się tym z innymi. Pamiętam, jak taki Janek przyniósł do szkoły pomarańcze, to pierwsze co przyszedł do nas, co było naprawdę miłe, bo widać, że jesteśmy dla niego ważne w tej szkole. 

Dzieci ze sobą nie rywalizowały, a po szkole nie miały tyle lekcji co dziś, tylko szły na pole czy do stodoły i pomagały rodzicom w gospodarstwie.

Teraz jakby dziecko powiedziało, że musi zwolnić się z wychowania fizycznego i biec do ojca, żeby pomóc mu krowy doić, to dzieci by go wyśmiały, a kiedyś to i inni byli chętni do pomocy byle na lekcje nie iść. Dzieci wiedziały, że muszą się uczyć, jeśli nie chcą zostać na gospodarstwie, ale wielu i tak już miało przepisane gospodarki więc szkoła to tylko taki dodatek - odpoczynek i rozrywka - mówi, dodając, że obce jest jej pojęcie "roszczeniowych rodziców":

- No kto by pomyślał, aby kiedyś dzieciak przyszedł do ojca i naskarżył na nauczycieli, a ten poszedł i się awanturował. Czegoś takiego nie było i jakby faktycznie coś się stało, to i tak dziecko byłoby winne, a jak nakłamało, to jeszcze w domu pasem dostało. Kiedyś rodzic nie stawał z automatu po stronie dziecka. Wtedy nie było bezstresowego wychowania, a od klapsa nikt nie umarł. Zdarzało się, że i w szkole niejeden dostał linijką po łapach. Ja kilka razy zdzieliłam ścierką czy swoim fartuszkiem, ale przy tym i tak było więcej śmiechu, niż konsekwencji. Nauczyciel to miał autorytet i tego nie dało się podważyć. Panowało większe zaufanie do nauczyciela i personelu szkoły.

"Jak dziecko miało problem, to przychodziło do naszej kanciapy i tam rozmawialiśmy. Często chodziło o wysłuchanie"

I choć pani Wiesia przyznaje, że "nie dała sobie wejść na głowę", to jednocześnie przyznaje, że bez empatii nie dałoby rady pracować w tym zawodzie. - Kiedyś w szkołach nie było psychologa, a jak dziecko miało problem, to przychodziło do naszej kanciapy i to tam rozmawialiśmy z nimi. Często to były błahe problemy, bo w większości chodziło o wysłuchanie dziecka. Jak ktoś na przerwie się pobił, to oczywiście woźne były na straży.

Były i takie sytuacje, że i kanapką się człowiek podzielił, jak dziecko głodne chodziło.

W zamian dzieci potrafiły pomóc nam w sprzątaniu, a że szkoła była niewielka to nie była to jakaś ciężka praca. W ogóle dużo nam dzieci pomagały, a my odwdzięczaliśmy się, że później miało się u nas fory. A to ciepła herbata, a to popilnowanie czegoś. Kto dobrze z nami żył, to miał w tej szkole lepiej - dodaje pani Wiesia z uśmiechem i wspomina, że wiele razy wraz z koleżanką po fachu pełniły także funkcje pielęgniarek. Woźne pilnowały, czy we włosach uczniów nie ma nieproszonych lokatorów:

Wszy były sprawdzane oczywiście przy całej klasie. Każdy modlił się, aby nic nie mieć, bo to był wstyd. Uważano, że takie osoby się nie myją.

"Rada pedagogiczna bardzo nam ufała. Nie było integracji bez zaproszenia woźnych, a my czułyśmy się tam dobrze"

Pani Wiesia zauważa, że kiedyś w szkołach było zdecydowanie więcej akademii, które zawsze zaczynały się odśpiewaniem patriotycznej pieśni. Zresztą wiele takich wydarzeń było "ku czci" konkretnej osoby. Jak się okazuje, one też często angażowały się w przygotowanie występów czy samych dekoracji. 

- Nam podczas lekcji się często nudziło, więc jak trzeba było pomóc z dekoracjami to byłyśmy pierwsze. Jak nauczyciel miał swoje obowiązki i to dzieci wierszy uczyłyśmy albo pieśni patriotycznych. Przez takie sytuacje czułyśmy się bardzo docenione, a rada pedagogiczna bardzo nam ufała. Nie było integracji bez zaproszenia woźnych, a my czułyśmy się tam dobrze. Byłyśmy zapraszane na wszystkie wyjazdu do teatrów czy dalsze podróże. Nikt nie traktował nas jak panie sprzątające, a jak fajne babki, z którymi można o wszystkim porozmawiać. Szacunek miałyśmy jak mało kto - mówi z przekonaniem. 

Jeśli dziecko szanowało rodziców i dziadków, to tak samo okazywało to w szkole do nauczycieli i pracowników szkoły

Wiesia wspomniała także o postawie dzieci z wiejskiej szkoły podstawowej. Nie dało się nie zauważyć, że te różniły się od tych, którzy mieszkali w miastach. Dzięki tej życzliwości woźne kiedy mogły, to otaczały dzieci swoją opieką. - Dziś, kiedy widzę swoje wnuki, które, choć są dość grzeczne, to pytam się, gdzie podziało się to bezwzględne posłuszeństwo wobec własnych rodziców i dziadków, które kiedyś było na porządku dziennym. Jak ojciec powiedział, że do kościoła, to nie było mowy, że nie. 

Kiedyś inaczej wychowywało się dzieci, szczególnie na wsi. Do każdego miało się szacunek.

Dzieci w rodzinach rolniczych od małego uczone były pracy, a to owocowało, że były dużo bardziej odporne na stres, dużo bardziej zaradne i po prostu zdrowsze. Z nimi się dobrze rozmawiało, a my zawsze otaczaliśmy je opieką - podkreśla i dodaje, że pewien wpływ miała na to także wiara. Dzieci idąc do szkoły, zatrzymywały się przy przydrożnej kapliczce i się żegnały. Te wyznawane wartości czy uświęcone normy i pewne zachowania wynikały z wychowania religijnego, a także umiejętności i poszanowania pracy oraz dzięki własnej pracowitości i uczciwości. 

- Sprawę ułatwiała silnie ugruntowana religijność i związany z nią system norm oparty na dekalogu, przykazaniach kościelnych, prawdach wiary, których dzieci uczyła przede wszystkim matka w domu, a które były powtarzane przez księdza w kościele - zaznacza, dodając, że nikt nie oburzał się, kiedy w szkołach była religia czy coroczne uroczyste akademie z okazji wyboru papieża Polaka na Stolicę Piotrową. 

"Do tej pory mam swój fartuszek w kropki i kiedy na niego patrzę, to przypominają mi się te najpiękniejsze czasy"

Najpiękniejsze jest jednak to, że pani Wiesia stwierdziła, że najzwyczajniej w świecie kochała tę pracę i nie zamieniłaby jej na żadną inną. W czasach, gdy wypalenie zawodowe jest na porządku dziennym, tak śmiałe słowa, są szczególnie doceniane i bezcenne. 

- Praca woźnej może i wiążę się ze sporym wysiłkiem fizycznym, ale my się umiałyśmy ustawić i pomoc szła zewsząd. Czułam się dobrze w swojej szkole i codziennie dziękowałam Bogu, że mam pracę z ludźmi i że w ogóle mam pracę, bo wtedy nie było łatwo. Do tej pory mam swój fartuszek w kropki i kiedy na niego patrzę, to przypominają mi się te najpiękniejsze czasy. Dziś wydaje się, że taka praca to wstyd, a ja byłam z tego dumna i zawsze mówiłam, skąd jestem i gdzie pracuję. To wszystko nie da się opisać w kilkunastu zdaniach, ale cieszę się, że na starość mam takie wspomnienia - podsumowuje.

Więcej o:
Copyright © Agora SA