Co ma zrobić rodzic, gdy widzi pocięte dziecko? "Nastolatek sam się boi"

"Można też powiedzieć: 'Słuchaj, może przesadzam, ale zastanawiam się, czy robisz sobie krzywdę'. Takie powiedzenie wprost przynosi ulgę nastolatkowi. Dowiaduje się, że rodzic nie boi się tego, co widzi. W tej kwestii jest podobnie, jak z zapytaniem o myśli samobójcze osoby, którą o to podejrzewamy"- tłumaczy Anna Gryczewska-Jowsa, specjalistka psychoterapii dzieci i młodzieży. Rozmowa jest częścią najnowszej książki psycholożki Joanny Szulc: "Kochaj i pozwól na bunt. Jak towarzyszyć nastolatkom w dorastaniu".

Joanna Szulc: Co ma zrobić rodzic, który widzi u swojego nastoletniego dziecka rany i podejrzewa, że ono samo mogło je sobie zadać?

Anna Gryczewska-Jowsa: Na początek należy spróbować odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań. Przede wszystkim, czym są samouszkodzenia, po co się je robi, o czym mogą świadczyć. Potem trzeba zająć się swoimi emocjami – bo rodzic w takiej chwili przeżywa bardzo dużo silnych uczuć: przerażenie, wstyd, poczucie winy, odrazę. Tak silne uczucia często pojawiają się jako efekt bezradności, której rodzic nagle doświadcza. Dla wielu dorosłych to szok. Niektórzy mogą zareagować zaprzeczeniem, wolą tego nie widzieć, mówią: "A może to jakiś kot go podrapał?".

Zobacz wideo Jak rozpoznać, że dziecko ma autyzm? "Układanie samochodzików w rzędzie, machanie rączkami"

Dlaczego?

Po pierwsze, widok samookaleczeń konfrontuje rodzica z agresywnymi, destrukcyjnymi siłami dziecka, które to dziecko w sobie ma. Każdy z nas zresztą tego doświadcza, tylko zwykle wolimy o tym nie myśleć. Po drugie, budzi to poczucie bezradności. Rodzic, widząc pocięte dziecko, czuje swoją niemoc.

Rodzice się boją, że to była próba samobójcza?

Taka myśl zazwyczaj jako pierwsza przychodzi rodzicowi do głowy. Nastolatek, który się okalecza, raczej nie ma takiego pomysłu, żeby się zabić, ale bardzo cierpi, przeżywa ogromne napięcie. To stan, z którym sam nie umie sobie poradzić.

Paradoksalnie niektóre osoby twierdzą, że samookaleczenia chronią je przed popełnieniem samobójstwa. Istnieje hipoteza, że taka planowana i kontrolowana agresja może zapobiegać działaniu na większą skalę, właśnie na przykład odebraniu sobie życia. Oczywiście wiele zależy od tego, jakie to są rany: czy powierzchowne, czy też głębokie nacięcia, które wymagają pilnej pomocy lekarskiej i hospitalizacji.

Ważne jest, w jakim miejscu na ciele dziecko zadaje sobie rany. Jeśli na przedramieniu, nadgarstku, czyli w widocznych miejscach – to wygląda na to, że chce, aby do opiekunów dotarło, że dzieje się z nim coś, czego samo nie jest w stanie unieść. Coś tak silnego, że wykracza poza umiejętności poradzenia sobie. Gdy rodzic udaje, że tego nie widzi (zazwyczaj ze strachu), dziecko dostaje komunikat: "Nie wiem, co z tym zrobić. Udawajmy, że nic się nie stało". Bywa tak, że pierwszą reakcją niektórych rodziców jest złość i obwinianie dziecka. Są też tacy rodzice, którzy wpadają w panikę i od razu zapisują dziecko na wizytę do terapeuty czy lekarza psychiatry. Inni z kolei desperacko chcą powstrzymać nastolatka, grożąc, że sami zrobią to samo, czyli zadadzą sobie rany.

Naprawdę?

Spotkałam takich, owszem. Dziecko może wtedy poczuć się ocenione. Jeszcze bardziej zaczyna się martwić i widzi, że rodzic traci grunt pod nogami. Nie może się na rodzicu oprzeć. Bywa, że czuje się winne, i cykl napięć się powtarza.

Jeśli dziecko okaleczyło się raz, lepiej byłoby na początek obserwować sytuację. Być blisko, z nieoceniającą uwagą. Do psychoterapeuty zdecydowanie trzeba się zgłosić, jeśli samookaleczenia się powtarzają i nasilają. Ja z samookaleczonymi nastolatkami spotykam się na co dzień w gabinecie i mam inną perspektywę niż rodzic, który pierwszy raz widzi rany u swojego dziecka. Rodzice nie mają w sobie gotowości, by przyjąć to, co się dzieje.

"Nieoceniająca uwaga" – łatwo powiedzieć. Czego taki nastolatek potrzebuje?

Poczucia bezpieczeństwa. Zauważenia problemu, ale bez oceny. Dobrze byłoby nazwać to wprost: "Widzę, że masz rany. Widzę, że coś się dzieje". Usiąść wspólnie i zastanowić się, co się wydarzyło. Chodzi o stworzenie bezpiecznej przestrzeni, żeby nastolatek mógł się wypowiedzieć. Zapewne nie powie tego w jakiś spójny, przemyślany sposób, to raczej nie zabrzmi jak rozsądna analiza. To, co jest istotne – to pozwolić mu mówić. Wyłoni to obraz jego przeżyć i doświadczeń.

A jeśli odpowiedź brzmi: "To nic takiego, nie chcę o tym mówić"?

Trzeba to uznać. I kiedy nadarzy się możliwość, wrócić do tego tematu. Być uważnym, ale nie naciskać. Można to nazwać: "Widzę, że to nie jest dla ciebie dobry czas, żeby o tym mówić. Kiedy będziesz gotowa/gotowy – chcę do tego wrócić".

A czy zająć się samym skaleczeniem? Przemyć rany, posmarować maścią?

To zależy od stanu emocjonalnego, w jakim dziecko jest, i od tego, jak te rany wyglądają. Przy głębokich cięciach może być potrzebna pomoc medyczna. Przy bardziej powierzchownych można zapytać: "Potrzebujesz pomocy? Chcesz, żeby ci to przemyć, czy wolisz to zrobić sama/sam?". Należy też udostępnić środki higieniczne. Ważne, żeby się nie bać, bo strach rodzica może powodować w nastolatku poczucie winy.

Nie bać się… To nie takie proste.

Panika nic nie wnosi. Nastolatek sam się boi. Jeśli dołożymy do tego własny strach, to nie będzie nikogo, kto mógłby w jakiś konstruktywny sposób zareagować. Jeśli ktoś nie bardzo wie, co ma zrobić, to może umówić się na wizytę u psychologa lub psychoterapeuty. Choćby w szkole dziecka pójść do pedagoga bądź psychologa i porozmawiać o tym, jak można w takiej konkretnej sytuacji działać. Warto zatroszczyć się o swoje emocje, żeby być oparciem dla dziecka.

A jeśli rany nie są widoczne? Rodzic przypadkowo zobaczy nacięcia na nogach, schowane pod ubraniem albo pod opatrunkiem.

Jeśli rodzic ma tylko podejrzenie, to radziłabym obserwować sytuację. Można też powiedzieć: "Słuchaj, może przesadzam, ale zastanawiam się, czy robisz sobie krzywdę". Takie powiedzenie wprost przynosi ulgę nastolatkowi. Dowiaduje się, że rodzic nie boi się tego, co widzi. W tej kwestii jest podobnie, jak z zapytaniem o myśli samobójcze osoby, którą o to podejrzewamy. Wielu rodziców, a czasem nawet terapeutów, boi się spytać wprost: "Czy myślisz o samobójstwie?". Takie pytanie pomaga nazwać problem, przyjrzeć mu się spokojnie i coś zaradzić. Rozmowa na ten temat nie oznacza, że dziecko zacznie myśleć o samobójstwie albo że coś sobie zrobi.

Ja bardzo rzadko spotykam się z tym, żeby nastolatkowie ukrywali cięcia pod plastrami, ale zdarza się, że bandażują sobie rany. Najczęściej ukrywają rany bądź blizny pod ubraniami, nie zważając na pogodę, choć nie zawsze tak się dzieje.

A inne samouszkodzenia? Drapanie się do głębokiego zranienia skóry, samogryzienie, wyrywanie sobie włosów?

Wszystkie one mają podobną funkcję – redukcja napięcia, wyrażenie złości, lęku. Tych sposobów jest naprawdę dużo, wszystko zależy od wyobraźni i od tego, na co taki nastolatek jest sobie w stanie pozwolić. Prócz cięć i "zdrapek" częste jest gaszenie papierosów na swojej skórze i polewanie się wrzątkiem. Wydrapywanie czy też ponowne rozdrapywanie gojących się ran trwa dłużej niż szybkie cięcie i wydaje się, że jest to jeszcze wyższa forma autodestrukcji. Wszystkie wynikają z braku dojrzałych sposobów radzenia sobie z trudnościami życiowymi i ze słabej regulacji emocjonalnej. Takie osoby zastępują myślenie i czucie – działaniem. Jak się nastolatek okaleczy, to nie musi myśleć i odczuwać w sensie psychicznym. Ból jest bardziej w ciele niż w psychice. W terapii łączymy to, co się rozgrywa na ciele, z tym, co się dzieje w emocjach.

To przejdźmy do emocji i do tego, co mogło wyzwolić tak silną autoagresję.

W 90 procentach przypadków samouszkodzenia są reakcją na coś. Wyzwalaczami mogą być: dom, szkoła, relacje z rówieśnikami, ale też różnego rodzaju wewnętrzne konflikty. Nastolatek, który wchodzi w okres dojrzewania, przeżywa dylematy zależności i niezależności. Z jednej strony chce się odseparować od rodziców, z drugiej – świat jest na tyle przerażający i trudny, że woli jeszcze przy nich zostać. Pojawia się wiele konfliktów związanych z potrzebą autonomii (chęcią decydowania o sobie) i z tym, kto kontroluje życie dziecka, na ile rodzice dają przestrzeń do tego, by dziecko brało za siebie odpowiedzialność.

Trzeba też pamiętać, że w okresie dojrzewania budzą się impulsy seksualne – niektórzy nastolatkowie nie akceptują ich, nie rozumieją. Mogą przeżywać napięcia związane z rozpoznawaniem swojej orientacji seksualnej, tożsamości płciowej. To bardzo ważne, żeby rodzic próbował wczuć się w takiego nastolatka. Mam jednak wrażenie, że wielu rodziców, chcąc zrozumieć sytuację, odnosi się do swojego okresu dorastania. Ale teraz mamy zupełnie inne warunki, funkcjonujemy w innej rzeczywistości, nastąpiły ogromne przemiany. Nie można współczesnych realiów porównywać z czasami sprzed internetu, mediów społecznościowych, przemian społecznych.

Tak, wszystko się bardzo zmieniło. Nie ma już świata, jaki pamiętamy z naszego okresu dorastania.  Zatem przyczyną samouszkodzeń mogą być konflikty związane z samym dojrzewaniem. Co jeszcze?

Cierpienie może dotyczyć obszaru relacji z innymi ludźmi. Na przykład nastolatek jest odrzucany przez rówieśników, nie ma znajomych, przyjaciół – nie ma się z kim identyfikować. A właśnie w tym okresie rozwojowym to grupa rówieśnicza wchodzi na piedestał potrzeb. Kontakt z rodzicami jest ważny, ale schodzi wtedy na drugi plan.

To może być także sposób radzenia sobie z traumatycznymi doświadczeniami – ponowne przeżywanie bólu poprzez samookaleczanie się. W literaturze wymienia się tak zwany zespół odtwarzania traumy, w którym powstaje błędne koło: osoba w wyniku napięcia dokonuje samouszkodzenia, potem przeżywa spowodowany nim wstyd i żeby zredukować napięcie, znów wchodzi w zachowania autodestrukcyjne. Wielu autorów uznaje samouszkodzenia za następstwa urazu psychicznego związanego z wykorzystaniem seksualnym. Gdy zbadano dorosłe kobiety dokonujące samookaleczeń, 49 procent z nich jako powód wskazało wykorzystanie seksualne. Blisko połowa wymieniała brak odpowiedniej opieki ze strony rodziców w dzieciństwie, 43 procent nadużycie w dzieciństwie, 22 procent gwałt w dorosłości.

Samookaleczenia mogą być także skutkami różnego rodzaju zaburzeń psychicznych. Mam wielu pacjentów, którzy chodzą na psychoterapię i jednocześnie leczą się psychiatrycznie. Są tacy, którzy samookaleczają się bardzo impulsywnie w czasie epizodów psychotycznych. To zagraża życiu i zdrowiu, konieczna jest farmakoterapia.

Z badań przeprowadzonych w 2004 roku wynika, że 50 procent młodzieży dokonującej samouszkodzeń wychowywane było bez jednego rodzica. Związek między utratą kontaktu ze znaczącymi osobami a występowaniem samookaleczeń potwierdziły między innymi badania wśród młodzieży leczonej psychiatrycznie. Także z innych badań z tego samego okresu jednoznacznie wynika, że aż 47 procent pacjentów z problemem samouszkodzeń utraciło w dzieciństwie kontakt z rodzicem, a dokładnie z ojcem.

Z samookaleczeniami powszechnie kojarzy się zaburzenie osobowości typu borderline.

Tak, ale tu mówimy o osobach dorosłych. W okresie dorastania, gdy osobowość dopiero się kształtuje, nie można jeszcze jednoznacznie zdiagnozować u pacjenta zaburzeń osobowości. Wtedy mówimy raczej o kształtujących się zaburzeniach osobowości.

Samookaleczanie niejednokrotnie miesiącami nie jest zauważane przez rodziców.Samookaleczanie niejednokrotnie miesiącami nie jest zauważane przez rodziców. Neal Bryant/Shutterstock.com

Na zachowania nastolatka patrzymy poprzez kontekst rozwoju. Owszem, pojawiają się skrajnie impulsywne zachowania, przypominające kryteria borderline, ale w przyszłości wcale nie musi się z nich rozwinąć zaburzenie osobowości. Zawsze warto się zastanowić, jaką funkcję pełni dane zachowanie.

Czy depresja może się wiązać z samookaleczeniami? Zwykle tę chorobę kojarzy się ze smutkiem, ale jest w niej także dużo zablokowanej złości.

Tak. Smutek widać na zewnątrz, w środku jest złość. Złość, która nie jest wyrażana na zewnątrz, zmienia swój wektor i zaczyna być kierowana na siebie. Samookaleczenia mogą się pojawić w depresji, ale nie muszą. Może być tak, że w życiu nastolatka najpierw jest napięcie, które on redukuje przez samouszkodzenia, a dopiero potem rozwija się depresja.

Czy cięcie się lub inna forma zadawania sobie bólu może być karą wymierzaną sobie za coś?

Tak, to może być karanie siebie na przykład wynikające z niskiego poczucia własnej wartości. "Jestem beznadziejny, nie zasługuję na nic dobrego". Samookaleczenia często towarzyszą zaburzeniom odżywiania, w zasadzie można uznać, że anoreksja to rodzaj powolnej, rozciągniętej w czasie autoagresji. W zaburzeniach z kręgu bulimii to może być kara za napad wilczego głodu i objadania się.

Często słyszę o tnących się dziewczynach, rzadko o chłopcach. Czy to ma swoje odzwierciedlenie w statystykach?

W grupie nastolatków do 16. roku życia dziewczynki okaleczają się cztery razy częściej niż chłopcy. We wczesnej dorosłości proporcje trochę się zmieniają, ale wciąż samouszkadza się dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn. To stała tendencja, która ma odzwierciedlenie w badaniach prowadzonych od lat 90.

To może mieć związek z wychowaniem? Z kulturą?

Tak. Dziewczynki wciąż są uczone tłumienia złości. Przypominam – to, co tłumione, obraca się przeciwko nam. Chłopcy mają większe przyzwolenie na wyrażanie agresji, gniewu. Uprawiają bardziej żywiołowe sporty, biją się, są głośniejsi. Dziewczyny przeżywają wszystko w środku.Co ciekawe – chłopcy, którzy się samookaleczają, robią głębsze nacięcia niż dziewczynki. To może mieć związek z wzorcem męskości, okazywania siły.

Na pewno też na skłonność do tego, jak wyraża się emocje, wpływają wzorce ról męskich i kobiecych, jakie dziecko obserwuje w domu – jaka jest matka, jaki ojciec. Nastoletni chłopcy na terapii czasem mówią, że właśnie pierwszy raz w życiu mogą porozmawiać o tym, co czują. Tata nie daje im przestrzeni na takie rozmowy, z mamą nastolatek nie bardzo chce rozmawiać. Coraz częściej się zdarza, że chłopcy sami proszą rodziców o zapisanie ich na terapię.

Spotkałam się z sytuacją, gdy szesnastoletnia dziewczyna nacięła sobie przedramiona, utoczyła krew do słoika, przyniosła do pokoju, w którym siedziały mama i siostra, i powiedziała do matki: "Zobacz, to przez ciebie". Matka jest osobą wspierającą i uważną na potrzeby dzieci. Rodzice tej dziewczyny są po rozwodzie, ojciec to typ silnego faceta, który nie bardzo rozumie emocje, nie okazuje empatii. Mówi córce wprost, że jest nią rozczarowany.

Bardzo poruszająca sytuacja. Można to interpretować jako ekspresję emocji niemożliwych do wyrażenia słowami. Przedmiotem ataku tej dziewczyny staje się przede wszystkim jej własne ciało. Myślę, że ona nie chciała odebrać sobie życia. Raczej przekazuje rodzicom, że dzieje się coś bardzo ważnego i trudnego. Proszę zauważyć, ile ona musi użyć autodestrukcyjnej siły, aby ktoś na nią zwrócił uwagę! Ewidentnie nastolatka powinna trafić na psychoterapię, a cała rodzina na konsultację rodzinną. Dziewczynka swoim zachowaniem zdaje się przenosić uwagę z tego, co dzieje się w rodzinie, na siebie. Myślę, że zastanowiłabym się również, czy mama rzeczywiście jest wspierająca, z jakiegoś powodu w tej rodzinie trzeba coś rozegrać w działaniu, a nie w otwartej rozmowie.

Samookaleczanie jako strategią radzenia sobie z problemamiSamookaleczanie jako strategią radzenia sobie z problemami fot: Neal bryant/shutterstock

No tak, ale matka ją wspiera, zapewnia terapię i leczenie, widzi jej problemy. A oberwała właśnie mama.

Często jest tak, że dostaje się temu rodzicowi, który wydaje się bardziej bezpieczny, z którym relacja jest stabilna. Trudniej złościć się na rodziców, którzy są niedostępni albo agresywni. W przypadku rodzin po rozwodzie, jeśli kontakt z ojcem jest sporadyczny i słaby, dziecko może się bać, że jak wyrazi złość, to tata w ogóle przestanie przychodzić, odtrąci je.

Czasem rodzice pytają: „Czemu ona/on tak się na mnie złości? Przecież tak bardzo się staram!". Ze złością w wieku nastoletnim jest tak, że im mocniejsze wiązanie, tym trzeba większej siły, żeby je rozbić. Im bardziej dziecko związane jest z rodzicem, tym większej musi użyć złości, żeby się od niego odseparować – czyli móc zdrowo się rozwijać.

A oto inna sytuacja. Nastolatek z chorobą przewlekłą, terapia choroby jest obciążająca, wiąże się z częstymi pobytami w szpitalu. Młody człowiek zaczyna się ciąć. Jak mu pomóc?

Interpretacja może być różna w zależności od sytuacji. Można się pokusić jedynie o hipotezę, że przeżywa duże cierpienie, ale nie ma przestrzeni do tego, żeby je wyrażać. W rodzinach z chorobą przewlekłą u dzieci często obserwuje się mechanizm odwrócenia ról: zaczynają one chronić swoich rodziców przed zmartwieniami, ukrywają własne emocje, szczególnie jeśli widzą, że rodzice bardzo przeżywają tę sytuację. To powoduje duże napięcie, a z napięciem dziecko może sobie radzić właśnie przez samookaleczenia. Rodzice wtedy muszą się bardzo zatroszczyć o swoje emocje. Trzeba przeżyć stratę, żałobę związaną z utratą pewnych wyobrażeń o przyszłości dziecka, nauczyć się radzić sobie z lękiem.

Rodzicom może się wydawać, że robią wszystko, jak należy, traktują chorobę jako część nowego normalnego życia. Ale jeśli się z tym przesadzi, to zabraknie miejsca na powiedzenie: "Poczekajcie, jednak nie wszystko jest takie piękne. Ta choroba coś mi zabiera i jestem z tego powodu wściekły".

Nastolatek chce czuć, że może wszystko, chce korzystać z wolności, umawiać się ze znajomymi, chodzić na randki, poznawać świat. Ograniczenia są dla niego katastrofą. Dorośli często tego nie rozumieją. Według nich dziecko ma wszystko, czego potrzebuje, jest zaopiekowane, ma ustawione leczenie, rodzice je wspierają, są blisko. No właśnie. A dziecko chce się wyrwać, realizować marzenia.

W rodzinach z problemem samookaleczeń zdarzają się szantaże emocjonalne. W obie strony. Rodzice mówią: "Jeśli jeszcze raz to zrobisz, to szlaban na wyjścia, komputer, telefon". Lub inaczej: "Jeśli jeszcze raz to zrobisz, to mi chyba serce pęknie". Ale są też nastolatkowie, którzy mówią: "Jak mi nie pozwolisz iść na imprezę, to się potnę". Albo: "Kiedy mi powiedziałaś, żebym zmyła makijaż, tak się wkurzyłam, że poszłam do łazienki się pociąć".

Szantaże emocjonalne to sygnał, żeby się przyjrzeć sytuacji i sprawdzić, o co w niej chodzi, dlaczego ta rodzina musi się uciekać do tak ofensywnych środków. Co się dzieje, że nie są w stanie usłyszeć siebie nawzajem na poziomie mówienia o potrzebach? Jeśli nastolatek używa szantażu, to pojawia mi się myśl: skąd on to wziął? Kto go nauczył, że do zaspokojenia swoich potrzeb używa się szantażu? Być może to rodzice komunikowali się w ten sposób.

Są rodzice, którzy naturalny etap w rozwoju nastolatka, czyli chęć separowania się, odbierają jako krok przeciwko sobie. Myślą: "Ja jej/jemu tyle lat poświęciłem, a teraz nie chce ze mną jechać na wakacje". Nie chce – bo się prawidłowo rozwija. W pewnym momencie rodzic musi dziecko puścić w świat. Jeśli trzyma mocno, nastolatek próbuje go wystraszyć.

Szantaż emocjonalny przypomina trochę sytuację zakładnika. Z tego wynikają dwa uczucia: wściekłość albo potworny lęk. Tak się boję, że muszę zaszantażować. Tyle że w wieku nastoletnim szantaże typu: zabiorę ci telefon, komputer – słabo działają.

Ale ciągle są stosowane.

Tak, to pokazuje bezradność rodziców. W takiej sytuacji warto się zatrzymać i nazwać literalnie sytuację. Myślę, że każdy szantaż powinien mieć swoje konsekwencje. Młodzież czasami szantażuje samobójstwem – rodziców, rówieśników. Miałam w terapii grupowej pacjentkę, która systematycznie, poza sesjami, mówiła członkom grupy, że się zabije. Przekazywała to rówieśnikom, obciążając ich tą informacją. Po kilku interwencjach powiedziałam jej, że jeśli jeszcze raz powie to swoim znajomym, a nie dorosłym, to któreś z nich zadzwoni na policję. Takie zgłoszenie uruchamia określone procedury, będzie musiała pojechać do szpitala psychiatrycznego. Opowiedzenie jej o konsekwencjach zadziałało, przestała to robić. Usłyszała wyraźnie, co czują inni, gdy ona to robi – że się boją, czują się bezradni, obciążeni.

Uważam, że jeśli nastolatek szantażuje rodzica, to warto to nazwać: „To jest szantaż, a taką metodą posługują się terroryści. Ja nie będę w takiej przepychance uczestniczyć". Warto pokazać związek przyczynowo-skutkowy, na przykład: „Kiedy mówisz mi, że się potniesz, to ja czuję strach. A kiedy się boję, to nie umiem ci zaufać. Ty chcesz jechać na koncert i mi mówisz, że jak się nie zgodzę, to coś sobie zrobisz. Kiedy to słyszę, tym bardziej nie chcę ci pozwolić na wyjazd".

Można też powiedzieć: "Słuchaj, możemy ponegocjować. Nie mogę ci pozwolić samemu jechać na koncert, ale spróbujmy razem znaleźć rozwiązanie, które będzie dla nas obojga okej". Nastolatkowie mają tendencję do poruszania się między skrajnościami: białe-czarne, albo-albo. Rodzic powinien być tą osobą, która pokaże, że można rozmawiać inaczej.

A strategia typu: "Rób, co chcesz, na wszystko ci pozwolę, tylko się nie tnij"?

Gdyby się tak dało, to ten nastolatek by się nie ciął. On coś czuje, coś go boli, nie umie sobie poradzić z emocjami, więc się tnie. Nie umie inaczej. To tak samo, jakby powiedzieć osobie uzależnionej: "Nie pij". Super, ale jak to zrobić? Jak inaczej regulować swoje emocje?

Czasem dzwonią do mnie rodzice i mówią: "On już tyle czasu jest w terapii, a nadal się samookalecza". No tak, bo pewnie jeszcze gdzieś tli się jakiś konflikt, jeszcze do czegoś nie dotarliśmy. Trzeba szukać przyczyny, a nie walczyć z samym objawem.

Część rodziców uważa, że teraz panuje moda, żeby się ciąć, i nie traktują samookaleczeń dziecka poważnie. Mówią: "Chce na siebie zwrócić uwagę", "Ma koleżankę, która to robi, i ją naśladuje".

Jeśli ktoś ma uwagę rodziców, akceptację rówieśników – to nie musi tego szukać. Jeżeli się tnie, żeby tę uwagę na siebie zwrócić, to nie można tego ignorować.

Czy to moda, naśladowanie? Nie. Jestem daleka od takich stwierdzeń. Mogę sobie wyobrazić sytuację, w której młoda osoba widzi u koleżanki czy kolegi cięcia i chce spróbować, czy na jej problem też to pomoże. Ale to dlatego, że cierpi i nie wie, co zrobić, by złagodzić ból. Sięga więc po coś, co jest stale dostępne – po swoje własne ciało. Jeśli nie ma nikogo, kto pomoże jej znieść cierpienie, to przynajmniej ciało jest "na posterunku".

Jaka postawa rodziców pomaga przy samookaleczeniach? Czy sama miłość, uważność, akceptacja wystarczą, czy potrzebne są jakiś system, ramy, zasady?

Miłość jest bardzo potrzebna. Pytanie, jak ją rozumiemy. Czasami rodzice zalewają nastolatka swoją miłością i wtedy bardzo trudno mu się wyodrębnić. Jak się oddalić, skoro mama tak kocha? Jeśli agresji nie można skierować przeciw rodzicom, to coś trzeba z nią zrobić – wtedy kieruje się ją do środka.

Miłość jest potrzebna, ale w racjonalnej dawce. Myślę, że dziecku w tym wieku najbardziej potrzeba ze strony rodzica następujących rzeczy: otwartości, zaciekawienia, zauważania i nazywania emocji. Konkretne metody postępowania trzeba trafnie dobrać do typu osobowości dziecka. Ogólnych recept tu nie ma – trzeba po prostu coraz lepiej się poznawać i być ciekawym kolejnych wyzwań, jakie niesie ze sobą rozwój dziecka.

'Kochaj i pozwól na bunt. Jak towarzyszyć nastolatkom w dorastaniu'. Joanna Szulc'Kochaj i pozwól na bunt. Jak towarzyszyć nastolatkom w dorastaniu'. Joanna Szulc Wydawnictwo Agora

ANNA GRYCZEWSKA-JOWSA, psycholożka, psychoterapeutka indywidualna i grupowa, specjalistka psychoterapii dzieci i młodzieży, psychotraumatolożka z Ośrodka ReGeneRacja
JOANNA SZULC  - psycholożka, dziennikarka, redaktorka. Ukończyła także socjologię, kursy z zakresu wspierania rodziców, kurs psychoterapii dzieci i młodzieży. Prowadzi konsultacje dla rodziców w Fundacji Psycho-Edukacja. Pracowała w magazynach poradniczych, była redaktorką naczelną miesięcznika „Dziecko". Autorka tekstów i książek dla rodziców, m.in. „Sama mama. Jak przejść przez rozwód i żyć dalej", „Jest z nami dziecko. Poradnik początkujących rodziców". Współpracuje z „Wysokimi obcasami", „Newsweek Psychologia dziecka" i „Newsweek Psychologia nastolatka". Pisze opowiadania dla dzieci w miesięczniku „Świerszczyk" i bajki psychoedukacyjne. Mama dwóch nastoletnich córek.
Książę Joanny Szulc "Kochaj i pozwól na bunt, Jak towarzyszyć nastolatkom w dorastaniu", skąd pochodzi powyższa rozmowa, kupisz w Kulturalnysklep.pl.

Więcej o:
Copyright © Agora SA