Kazik przerwy spędzał ukryty w łazience. "Przyszedł do mnie i wykrzyczał, że się zabije"

Gdy inni śmiali się i bawili, on wolał siedzieć ukryty łazience. Choć na chwilę chciał uciec przed kopniakami, wyzwiskami, byciem dziwolągiem. Tam mógł leżeć skulony na zimny płytkach i opłakać, że pani zrobiła z niego pośmiewisko przed kilkunastoma wrogimi parami oczu. Ranić się do bólu, aby ukarać się, bo nie jest taki jak wszyscy. Kazik miał 9 lat.

Kazik miał 9 lat, gdy po raz pierwszy powiedział rodzicom, że nie chce żyć. Znosił w szkole miesiące prześladowań. Był bity i dręczony psychicznie przy obojętności, a może wręcz cichej zgodzie szkoły. Chłopiec przeszedł przez piekło, podobnie jak jego rodzina, która dziś mówi z mocą: "nie pozwolimy więcej tak nas traktować". Rozmawiamy z Katarzyną Stachów, mamą Kazika, która w ciągu jednego dnia postanowiła, że jej synowie więcej nie przekroczą progu państwowej placówki. 

Zuzia Ałdycka: Syn idzie do pierwszej klasy. Jest odświętny garniturek, duma, pasowanie na ucznia. Trzy lata później odbiera pani dziewięć telefonów dziennie ze szkoły, że syn stwarza problemy, kiedy tymczasem pani zastraszone dziecko spędza przerwy na podłodze szkolnej toalety, samookaleczając się. Jak znaleźliście się takim miejscu?

Katarzyna Stachów: Od przedszkola wiedzieliśmy, że Kazik jest wyjątkowym dzieckiem. Zdarzało mu się wpadać w silną złość, być agresywnym. W przedszkolu nawet jak go nie było, a ktoś coś zbroił, to dzieci i tak mówiły, że winnym jest mój syn. Rodzice plotkowali o nas, ale dyrekcja była po naszej stronie. Mówili: "Lubimy takie dzieci, są dla nas wyzwaniem, ale to też świetny pedagogiczny trening".

Kiedy stwierdzono, że ruchliwość Kazika i jego impulsywność wykracza poza normę?

W zerówce zostało u niego zdiagnozowane ADHD. Miał jednak bardzo przychylnych nauczycieli. Tak samo na początku jego edukacji. Pomagali nam przezwyciężać problemy wychowawcze. Współpracowaliśmy również ściśle z wychowawczynią, która jego zachowanie tłumaczyła zarówno dzieciom, jak i rodzicom.  Aż do trzeciej klasy.

Co się stało w trzeciej klasie?

Kazik zaczął kłócić się innym chłopcem. Konflikt nasilał się, a jego rodzice nie wyrażali chęci współpracy. Wiem, że Kazik nie zawsze umie się zachować, a inne dzieci wykorzystywały jego popędliwość i impulsywność. Prowokowano go, zwłaszcza ten jeden chłopiec, który po czasie okazało się, że też ma ADHD. Niestety, trafili na siebie w grupie na półkoloniach przed czwartą klasą. Tam usłyszał od niego i innych dzieci, że "jest nienormalny, głupi" i "matka go nie kocha". 

Wychowawcy nie reagowali?

Oni mu to mówili na przerwach, a na zajęcia chłopcy wchodzili jak gdyby nigdy nic. Ale takie emocjonalne i wrażliwe dziecko jak mój syn nie potrafiło zapomnieć ich słów. Zraniony i naładowany emocjami wchodził na zajęcia. Wybuchał. Krzyczał, płakał. Mówił, że się udusi, zaczął się podduszać. 

Ten pierwszy incydent miał się jednak okazać jedynie preludium tego, co Kazik potem miał przeżyć. Od września zaczynał czwartą klasę - nowy etap edukacji. Jak pani, mając w pamięci sytuację z półkolonii, starała się mu ten start ułatwić?

Nigdy nie byłam mamą, która nic nie mówi. Tym bardziej, że Kazik chodził wcześniej na zajęcia dodatkowe, jeździł na obozy w wakacje. Miałam więc już przygotowaną dla każdego jego opiekuna spisaną "instrukcję obsługi" mojego syna. Tłumaczyłam, uprzedzałam o wszystkim jego nową wychowawczynię. Uprzedzałam też o depresji, którą syn przeszedł podczas pandemii i o bardzo niskiej samoocenie mojego dziecka. Okazało się jednak, że te informacje nie poszły za uczniem. 

Co to znaczy?

Nauczyciele nie byli świadomi jego problemów ani nie wiedzieli, jak z nim postępować. Chociaż według pedagogów wszyscy w szkole doskonale znają się na ADHD. Na języku polskim Kazik strasznie chciał coś powiedzieć. Pani go zignorowała. Syn wpadł w swój gniew, nie mógł się uspokoić. Wziął - na szczęście dziecięce, z okrągłym czubkiem - nożyczki i zagroził, że sobie obetnie język. 

Jak zareagowała szkoła?

Wyobrażam sobie, że dla nauczycieli to musiało być straszne. Zakładam, że dlatego zrobili z tego straszną aferę. Od tej pory zaczęliśmy bywać w szkole co tydzień na kolejnych rozmowach.

Co usłyszeliście na pierwszej rozmowie?

Miałam poczucie, że wychowawczyni po tygodniu od rozpoczęciu roku już go skreśliła. Powiedziała, że mamy go zabrać ze szkoły, bo jest nieprzystosowany. Nam zależało, aby Kazik przebywał wśród rówieśników. Ponieważ należeliśmy do "Koła rodziców dzieci z ADHD", wiedzieliśmy, że szkoła nie może od nas tego żądać. Napisaliśmy specjalne pismo. Spotykaliśmy się z nauczycielami, opowiadaliśmy o Kaziku. Okazało się, że pani od polskiego w ogóle nie widziała o jego problemach.

Katarzyna Stachów z synemKatarzyna Stachów z synem Fot. Katarzyna Stachów

Zaczęły się sypać uwagi w dzienniku. Uwagi jednak dotyczyły objawów ADHD. Miałam wrażenie więc, że wszystko to, co chciałam przekazać, cała dostępna wiedza o tym zespole została zwyczajnie zignorowana. Na każdą z tych uwag odpisywałam, często długie elaboraty. Tak, Kazik wybuchał na lekcjach. Tak, jego gniew utrudniał prowadzenie lekcji. Czy ktoś jednak zapytał dlaczego?

Zapytał?

Nikogo to nie interesowało. Miało być grzeczny na lekcji. Fakt, że podczas przerwy inne dzieci go prowokowały i gnębiły, nie miał znaczenia. On stres i emocje z przerwy przenosił do sali lekcyjnej. Krzyczał na tych chłopców, że są debilami, że ich zabije. 

Jak reagowała szkoła?

Wysyłali uwagi w Librusie. Dzwonili. Często nieustannie. Jednego dnia potrafili do mnie zadzwonić dziewięć razy dziennie, bo na przykład nie chce pracować na lekcji. A kiedy jedna życzliwa nauczycielka zaczęła rozdawać inny pedagogom broszurki o uczniach z ADHD, to władze ją strofowały i "kazali się nie wtrącać". Całe szczęście przychylna była nam pani pielęgniarka, z którą dogadałam się, że syn może przyjść do jej gabinetu i uspokoić się. 

Zorganizowali też spotkanie socjoterapeutyczne, ale na tym spotkaniu był też ten chłopiec, z którym Kazik tak się kłócił, nie chciał więc na nie chodzić. Zgłosiłam to w szkole, ale nikt się tym nie przejął. Było spotkanie? Było. Reszta ich nie interesowała.

Gdzie w tych wszystkich przepychankach był Kazik?

Nie musiał mi mówić, że jego szkolne problemy się nasilają. Widzieliśmy to. Zaczął wybuchać też w domu. Krzyczał: "jestem nienormalny", "nienawidzę się", "chcę umrzeć", "zabierzcie mnie do psychiatryka". Drapał się i rozdrapywał rany. Był cały w krwi i strupach. Pojawiły się charakterystyczne dla stresu u małych dzieci objawy psychosomatyczne. Mówił, że boli go brzuch i głowa. Najczęściej we wtorek, kiedy miał dwa polskie. Potem już brałam pracę zdalną w te dni, bo wiedziałam, że we wtorek będą do mnie na pewno dzwonić. I dzwonili. A ja chodziłam do tej szkoły. Tłumaczyłam, zgłaszałam co chwila, że Kazik jest prześladowany, że zaczął się okaleczać, że dzieci go prowokują, a potem nagrywają to komórkami i rozpowszechniają. Patrzą się na niego, wyśmiewają, jak dziwoląga w ludzkim ZOO. Ale szkoła nic z tym nie zrobiła. Do dzisiaj zresztą nie wiem, co się stało z tymi nagraniami.

Problemem był tylko język polski?

Z większością nauczycieli były spięcia. Jedną z trudniejszych sytuacji zdarzyła się podczas lekcji angielskiego. Była klasówka, Kazik był nieprzygotowany. Powiedział to pani, zgłosił też, że boli go głowa. Poszedł do pani pielęgniarki, gdzie przesiedział większość lekcji. Gdy wrócił, pani bardzo na niego nakrzyczała. On się przestraszył, wybuchł, zaczął płakać, że ma ADHD i depresję, żeby na niego nie krzyczała. Pani na niego spojrzała, zrobiła smutną minę, placem pokazała po policzku spływającą łzę, po czym dodała: "twoje łzy na mnie nie działają". Cała klasa wybuchnęła śmiechem. Kazik przerwę spędził roztrzęsiony, płacząc w spazmach na podłodze w łazience. Akurat tego dnia nie mogłam go odebrać od razu, to odesłali go do domu, w takim niestabilnym stanie pod opieką dwunastoletniego brata, który chodził do starszej klasy.

Kazik był prześladowany miesiącami. Szkoła nie podjęła tematu ułatwienia mu nauki ze względu na ADHD, czy może więc zareagowała na państwa zgłoszenia o dręczeniu?

Nie tylko nie reagowała na nasze zgłoszenia o nękaniu, lecz także o przemocy psychicznej, do której regularnie dochodziło. Bałam się, że nadejdzie dzień, kiedy nie wróci do domu. Gdy mówiliśmy o prześladowaniu w rozmowie z panią pedagożką, ona się po prostu śmiała. Winny miał być wszystkiemu Kazik, bo "on jest niedostosowany". Doszło do tego, jak się dowiedziałam od jego psychoterapeutki, że Kazik przerwy najchętniej spędzał w toalecie, gdzie mógł się przed tymi chłopcami ukryć. Jednak i tam go znaleźli. Pewnego razu doszło do przepychanki, która przeniosła się poza teren szkoły. Jeden chłopiec uderzył Kazika tak mocno, że się przewrócił. Jego prześladowca stał i śmiał się, gdy jego młodszy brat kopał leżącego na ziemi Kazika. Zadzwoniły do mnie dziewczynki z jego klasy: "Niech pani przyjeżdża, pobili Kazika tak, że nie może wstać". 

Zgłosiliście sprawę na policję?

Nie. Ale dziś z perspektywy czasu żałuję. Zgłosiliśmy sprawę szkole. Tydzień później odbyło się spotkanie i to były chyba najbardziej nieprzyjemne dwie godziny w moim życiu. Usłyszałam, że szkoła sprawą się nie zajmie, bo do bójki doszło poza jej terenem. Co więcej, oprawcy syna sami czują się ofiarami, ponieważ to Kazik ich wyzywał. Winę za zajście ponosimy generalnie my - rodzice. Usłyszałam, że nie mamy w domu żadnych zasad, za mało zajmujemy się dziećmi, a syn uzależniony jest od ekranów. Wszystkie te wyssane z palca argumenty zresztą znaliśmy już na pamięć.

Nie zgłosiliście sprawy na policję, ale wiem, że zawiadomiliście o sprawie kuratorium. Czy coś to dało?

Z pomocą prawnika napisaliśmy 10-stronicowy list do kuratorium. Załączyliśmy tam wszystkie uwagi, korespondencje z nauczycielami. Wszelkie dowody na opieszałość szkoły, którą skrupulatnie zbieraliśmy. Dostałam odpowiedź na cztery strony. Konkluzja była taka, że stwierdzono pewnie nieprawidłowości w opiece nad nieletnim, ale ponieważ zabrałam go ze szkoły to nie ma tematu. A te 799 dzieci, które tam zostało to pewnie w ich mniemaniu żadne nie ma ADHD, więc po co się przejmować?

Zaraz, dziecko było miesiącami dręczone, miało depresję, okaleczało się, w szkole miało ataki paniki oraz złości, zostało pobite i nazwano to wszystko "nieprawidłowościami"?

Tak. Dodam jeszcze, co usłyszałam od kilku życzliwych osób? Że podczas kontroli kuratorium pani pedagogżka pokazywała mój profil osobom z kuratorium, aby udowodnić, że "jestem nienormalna" i cała ta sytuacja jest moją winą. 

Co czuła pani jako matka słysząc takie oskarżenia?

To było dla mnie bardzo trudne. Przez te wszystkie miesiące koszmaru mojego dziecka, na każdym ze spotkań, które nic nie dało, słyszałam głównie zarzuty wymierzone we mnie. Sukcesywnie podkopywano wiarę w moje kompetencje wychowawcze, na którymi zresztą wiele pracowałam. Chodziłam na kursy, szkolenia, warsztaty dla rodziców. Ba, skończyłam szkołę dla rodziców przy poradni psychologiczno-pedagogicznej. Każdy kolejny telefon, każda kolejna rozmowa, to był dla mnie kolejny lęk. Bałam się, co tym razem usłyszę w słuchawce. Niby chodziłam do pracy, ale tak naprawdę musiałam być stale do dyspozycji, aby zabrać go ze szkoły, bo sobie nie radzą. Przez sytuację Kazika przeszłam załamanie nerwowe. Byłam bardzo chora. Nie byłam w stanie wstać. Mimo trojga dzieci, egzaminów dla Kazika itd. Przez dwa tygodnie nie mogłam podnieść się z łóżka. Sama potrzebowałam pomocy. Poszłam na zwolnienie lekarskie. Jednak nie mogłam skupić się na swoim zdrowiu, bo po incydencie z pobiciem zabrałam obu chłopców z tamtej szkoły. 

Zobacz wideo Jakie są najczęstsze zaburzenia uczenia?

Dlaczego nie chciała już pani z nimi walczyć? Tak wiele pani poświęciła.

Chyba zbyt wiele. Uważali, że mój syn jest zły i niedobry i należy się go pozbyć. Słyszałam, że to podobnie traktują inne dzieci z ADHD w tej szkole. Krzyczą na nie. A praca z takimi dziećmi to nie jest jakaś czarna magia. Wystarczy naprawdę trochę dobrej woli, trochę niespokmplikowanej wiedzy, żeby ułatwić życie i sobie i innym. Mogliby chociaż przeczytać te broszurki o ADHD, którymi rzucali nam w twarz podczas spotkań. Z dnia na dzień postanowiłam, że więcej nie poślę ich do tej szkoły. Zostałam z niczym. Nie wiedziałam, co dalej zrobię, byłam jednak pewna, że jeśli ta sytuacja będzie trwać dalej, to mój syn albo sobie coś zrobi, albo komuś innemu. Starszemu synowi, który chodził do tej samej placówki szybko znaleźliśmy nową szkołę, prywatną, bo nie mam ochoty na kolejne stresy. A Kazik jest teraz w edukacji domowej. 

Jak się zmienił się Kazik w edukacji domowej?

To jest inny człowiek. Wszyscy to podkreślali. Sama to widzę i widzą to też inni. Jest teraz bardzo spokojny, uśmiechnięty. Nie wybucha tak, jak wcześniej. Nie okalecza się. Chce żyć, chce być dzieckiem, chce się uczyć i bawić.

A ma kontakt z rówieśnikami? Dla wielu przeciwników edukacji domowej brak kontaktów społecznych jest koronnym argumentem.

Ma kontakt z rówieśnikami. Po pierwsze ma dwóch braci, po drugie wychodzi na podwórko, po trzeci chodzi na zajęcia dodatkowe. Chodzi na terapię grupową, gdzie ma znajomych. Jest w harcerstwie, gdzie świetnie się odnajduje. Chodzi na zajęcia plastyczne, gdzie słyszę od prowadzących, że jest wybitnie uzdolniony (w szkole z plastyki miał trójkę, a nauczyciel twierdził, że nie ma ADHD, bo on wie, jak naprawdę zachowują się dzieci z ADHD). Co dla mnie najważniejsze, to są kontakty tylko pozytywne. Wybieram środowiska, w które go wysyłam. Zawsze dowiaduje się wcześniej od prowadzących zajęcia, czy udźwigną pracę z moim dzieckiem. Tłumaczę, wyjaśniam, jak postępować z nim. Nie ma przemocowości. Nikt się nad nim nie znęca.

Jeździ na obozy i to nie tarepeutyczne, tylko zwykłe - sportowe, pływackie. Ostatnio był aż na Mazurach. Nie byłoby łatwo go stamtąd zabrać, jeśli coś poszłoby nie tak. Wszystko jednak było lepiej niż sobie wyobrażaliśmy. Jedna z wychowawczyń powiedziała nam, że Kazik "był jej słoneczkiem". Inne dzieci były niegrzeczne, ale nie on. On pomagał, był bardzo uczynny. Na jednym z tych obozów był też, o czym wcześniej nie wiedzieliśmy, chłopiec z jego klasy. Okazało się jednak, że bez problemu się dogadali, co nie udawało im się w szkolnym środowisku. 

Co dla pani oznacza posiadanie syna w edukacji domowej?

Edukacja domowa nie jest łatwa. Dla mnie nie jest. Nigdy nie marzyłam o tym. Mam poczucie, że zostałam do niej zmuszona. Mogłam iść w zaparte, ale jestem pewna, że skończyłoby się to tragedią. Zostałam zostawiona sama sobie. Czuję się jak dziecko we mgle. Mimo mojego braku doświadczenia Kazik zdał wszystkie egzaminy po czwartej klasie, w której niewiele zdążył się nauczyć. Obecnie jesteśmy przy szkole starszego syna, ale oni niewiele pomagają. Zresztą mam wrażenie, że tak jest ze wszystkim. Wszystko trzeba sobie wychodzić samemu. Tak samo z diagnozą Aspergera. Sami za nią zapłaciliśmy. Zdaję sobie sprawę, jak jesteśmy uprzywilejowani - mamy pieniądze na prywatne wizyty. Ale gdyby nas nie było stać, to ja nie wiem, jak byśmy sobie poradzili. Wizyta u psychiatry kosztuje 200 zł.

Jeśli w ogóle jest w okolicy psychiatra dziecięcy, bo ich po prostu nie ma w Polsce.

Ja czekałam trzy miesiące na ustalenie terminu pierwszej wizyty. A potem kolejne trzy na tę pierwszą wizytę. Dodam, że chodzimy prywatnie, a mieszkamy w niemałym mieście. 

To nie jest jednak problem tylko braku specjalistów, lecz także braku psychoedukacji. Zdrowie psychiczne? Jeden wielki temat tabu. Nie raz czułam się napiętnowana, gdy mówiłam o depresji. Widzę też, jak duży jest to problem. Nie zliczę wiadomości prywatnych na Instagramie, kiedy piszę o depresji swojej czy Kazika. Czytam o problemach innych, o ich strachu i bezradności. To są szokujące ilości. Dzwonią do mnie znajomi, znajomi znajomych z prośbą o poradę, o kontakt do terapeuty dla dzieci i dorosłych. Kondycja psychiczna w Polsce jest fatalna. Dorośli nie radzą sobie sami ze sobą, a co dopiero dzieci. 

A jak zmieniła się mama Kazika na przestrzeni tych kilku miesięcy?

Wcześniej obwiniałam się o wszystko. Teraz już tego nie robię. Znam swoją wartość jako matki i jako matki dziecka z ADHD i w spektrum autyzmu. Nie daję sobą pomiatać jak dawniej. Staram się rozwijać, edukować innych w mediach społecznościowych, ale i na żywo, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ostatnio na podwórku pewna mama krzyczała na Kazika. Podeszłam do niej i powiedziałam, że nie życzę sobie, aby odzywała się do mojego dziecka. Jak ma jakiś problem z jego zachowaniem, niech rozmawia bezpośrednio ze mną. Tak samo w autobusie, jak za bardzo macha rękami, czy krzyknie. Mówię: "czy jakby nie miał nogi, to byście mieli do niego pretensje, że za wolno biega?". Nigdy więcej nie pozwolę, aby ktoś traktował moje dziecko tak, jak w tamtej szkole. 

Naszą rozmówczynią była Katarzyna Stachów. Mama trzech synów. Autorka profilu na Instagramie Bez.wstydne. Przed publikacją obawiała się ujawnić swoje nazwisko, nie chcąc, aby jej rodzina musiała znosić kolejne cierpienia. Podjęła jednak tę odważną decyzję, ponieważ nie chce, by podobny los spotkał inne dzieci. Dlatego jeśli czujesz, że prawa Twojego dziecka z ADHD są łamane przez szkołę, możesz zgłosić się o pomoc do organizacji wspierającej rodziców dzieci z ADHD.

Więcej o: