Godziny czarnkowe w praktyce. Nauczycielka: Siedzę za darmo w pustej sali, ale pan każe, sługa musi

"Godziny czarnkowe" były pomysłem Ministra Edukacji na poprawienie i umocnienie relacji uczniów i nauczycieli. Mija właśnie miesiąc od ich wprowadzenia, a jedyne co się zmieniło, to poziom frustracji pedagogów, którzy mają jeszcze więcej pracy, za którą nikt im nie płaci.

W podpisanej niedawno przez prezydenta nowelizacji ustawy o Karcie Nauczyciela nazywano je "godzinami dostępności". Za czasów PO określano je "godzinami karcianymi", obecnie nauczyciele mówią o nich "godziny czarnkowe". Niezależnie jednak od nazwy emocje wśród nauczycieli budzą takie same: złość i frustracje. Właśnie mija miesiąc od wejścia w życie kolejnego pomysłu Przemysława Czarnka, który - jak mówi nam nasza rozmówczyni, nauczycielka z 40-letnim stażem (imię i nazwisko do wiadomości redakcji) - jej zdaniem kompletnie się nie sprawdza. 

Więcej wiadomości na Gazeta.pl >>>

Czym są godziny czarnkowe?

Godziny czarnkowe wprowadziła nowelizacja ustawy o Karcie Nauczyciela. Zgodnie z intencjami pomysłodawców chodziło o zagwarantowanie uczniom i rodzicom możliwości rozmowy z nauczycielem. Miało to poprawić kontakty na linii rodzic-uczeń-szkoła. Idea słuszna i szczytna, jednak w sposobie jej realizacji można dopatrzeć się absurdów. 

W ramach zajęć i czynności, o których mowa w ust. 2 pkt 2, nauczyciel jest obowiązany do dostępności w szkole w wymiarze 1 godziny tygodniowo, a w przypadku nauczyciela zatrudnionego w wymiarze niższym niż 1/2 obowiązkowego wymiaru zajęć – w wymiarze 1 godziny w ciągu 2 tygodni, w trakcie której, odpowiednio do potrzeb, prowadzi konsultacje dla uczniów, wychowanków lub ich rodziców - czytamy w rozporządzeniu.

Oznacza to, że każdy nauczyciel (także wspomagający) ma mieć raz w tygodniu (lub raz na dwa tygodnie) godzinny dyżur, podczas którego uczeń lub rodzic może do niego przyjść i z nim porozmawiać. Godzin konsultacji nie można kumulować. Jeśli więc w jednym tygodniu nauczyciel będzie rozmawiał z rodzicami dwie godziny, to w następnym tygodniu i tak musi mieć swój dyżur w wymiarze minimum 60 minut. Jak godziny czarnkowe wyglądają w praktyce? O tym mówi nam nasza rozmówczyni, nauczycielka z przeszło 40-letnim stażem.

Siedzę w pustej sali przez godzinę, bo być może ktoś raczy mnie odwiedzić. Może uczeń? Może rodzic? Może duch Mickiewicza? W praktyce jedyne co mnie spotyka podczas tzw. godzin czarnkowych to uczucie frustracji. 

Godziny czarnkowe czy godziny fikcji?

Nim rozpoczął się rok szkolny, nikt do końca nie widział, jak mają być realizowane dyżury wymyślone przez MEiN. Teraz, prawie miesiąc od ich wprowadzenia, nadal jest wiele niewiadomych.

Do tej pory, a uczę już 40 lat, jeśli jakiś rodzic chciał ze mną porozmawiać, umawiał się ze mną na konkretny dzień i godzinę. Mógł też przyjść na zebranie lub dzień otwarty. W nagłych sprawach rozmawiałam też z rodzicami przez telefon. Teraz nadal rodzice do mnie dzwonią, poświęcam na rozwiązywanie ich wątpliwości, lęków i problemów swój prywatny czas, a oprócz tego raz w tygodniu marnuję godzinę, siedząc w pustej sali - mówi nam nasza rozmówczyni.

Zgodnie z wytycznymi kuratorium nauczyciele mają ustalić termin konsultacji w porozumieniu z rodzicami.

Nie jest możliwe, aby wybrać jeden termin, który wszystkim będzie pasował. Jeśli ktoś będzie miał naprawdę ważną sprawę, a termin mojego dyżuru nie będzie mu pasował? Znacznie efektywniejsze jest umawianie się z rodzicem indywidualnie. Mam świadomość tego, jak ważny jest kontakt z rodzicami i uczniami, nie rozumiem jednak, dlaczego robimy krok wstecz i nie możemy wykorzystać pandemicznych doświadczeń. Przecież te dyżury mogłyby być chociaż w wersji online. 

Praca czy przymusowy wolontariat?

Na dodatek godziny czarnkowe to czas pracy, za który nauczyciel nie dostaje wynagrodzenia. 

Wyobraźmy sobie taką sytuację w jakiejkolwiek innej firmie. Pracodawca po prostu nakazuje ci siedzieć w biurze godzinę dłużej. Wynagrodzenie? O nie, to przecież twój obowiązek! Twoja misja! - denerwuje się nasza rozmówczyni.

Wszystko dlatego, że z założenia godzina konsultacji powinna zmieścić się w 40-godzinnym tygodniu pracy nauczycieli. W praktyce to jednak trudne do zrealizowania, ponieważ oprócz prowadzenia zajęć lekcyjnych, nauczyciele muszą także przygotować pomoce naukowe lub scenariusze lekcji, a także sprawdzić i ocenić napisane przez uczniów klasówki. Co ważne, na nauczycielach spoczywa także obowiązek samokształcenia. 

Poza zwykłymi lekcjami prowadzę też nauczanie indywidualne. A teraz jeszcze dojdzie dodatkowych sześć godzin z języka polskiego dla obcokrajowców. Kto to będzie prowadził? Matematycy? Wiadomo, że poloniści. Wszystkie nauczycielki języka polskiego pracują w mojej szkole ponad etat. Sama mam 23 godziny lekcji, nie wliczając godzin czarnkowych czy językowych dla obcokrajowców. My pracujemy ponad siły, ale pan kazał, sługa musi. Absurd!

Przed podpisaniem ustawy związek zawodowy nauczycieli nie pozostawił suchej nitki na pomyśle MEiN, co jednak nie zmienia faktu, że zapis i tak się pojawił. Warto przypomnieć, że PiS w 2016 r. sam zlikwidował analogiczne do godzin czarnkowych godziny karciane. Wówczas ministerka Anna Zalewska mówiła: "Jeśli ktoś zmusza nauczycieli do dodatkowych godzin pracy bez wynagrodzenia, powinni zawiadomić kuratorium".

To próba zakulisowego zwiększenia obowiązkowego pensum zajęć nauczycieli, bez zagwarantowania prawa do adekwatnego wynagrodzenia z tego tytułu - ostrzegał w sierpniu prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, Sławomir Broniarz o godzinach czarnkowych. 

Oświata w kryzysie

Warto dodać, że od kilku lat spada liczba nauczycieli. Wojna w Ukrainie i napływ uczniów od naszych sąsiadów pogłębił ten problem (zobacz: Do polskich szkół wróciły też ukraińskie dzieci. "Sytuacja jest dramatyczna". Gdzie jest najgorzej?). Najgorzej jest w dużych miastach, w których dramatycznie zwiększyła się liczba uczniów. W samej tylko Warszawie liczba uczniów od 1 września wzrosła o 2,7 tys. osób, przy czym nieobsadzonych jest nadal 3,5 tys. wakatów.

Brakuje nauczycieli, a ci, którzy pracują, nie są dostatecznie wynagradzani. Według europejskich rankingów polscy pedagodzy są na szarym końcu, jeśli chodzi o pensje (zobacz: Nauczyciele nie mają powodów do strajku? Ranking nie pozostawia złudzeń. Polska na samym dnie). Gorzej niż u nas jest tylko na Węgrzech. 

W mojej karierze obserwowałam działalność różnych ministrów, jednak to, co dzieje się teraz to cyrk na kółkach. Gorzej nigdy nie było - podsumowuje nasza rozmówczyni.
Zobacz wideo "Co jest złego w tym, że uczeń sprawdzi coś w internecie? Kwestia, żeby umiał zweryfikować znalezione informacje"
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.