"Fanaberia rodziców, którą należy wybić im z głowy" - mali wegetarianie w szkołach i przedszkolach [OKIEM RODZICÓW]

"Niektórzy dyrektorzy nadal uważają, że to dziwactwo" - mówi mama trzyletniej wegetarianki. Zdarzają się też jednak pozytywne doświadczenia. Rodzice opowiadają nam o tym, jak radzą sobie z bezmięsną dietą dzieci w szkołach i przedszkolach.

Po petycji Magdaleny Sikoń z wegemaluch.pl o umożliwienie rodzicom wyboru diety bezmięsnej w publicznych placówkach oświatowych, Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że prawidłowo zbilansowana dieta wegetariańska nie zagraża zdrowiu dzieci i jest akceptowalną formą żywienia. Pozytywną opinię wydał również Instytut Żywności i Żywienia, a Ministerstwo Edukacji Narodowej podkreśliło, że nie widzi przeciwwskazań, żeby rada rodziców i inne organy szkoły zezwalały na bezmięsną dietę dzieci na terenie przedszkola lub szkoły.

O to, jak wygląda sytuacja przedszkolaków i uczniów nie jedzących miejsca pytamy autorkę petycji, Magdalenę Sikoń, Dariusza Gzyrę z empatia.pl, Magdalenę Kozioł, mamę Julka, przyszłego przedszkolaka oraz Annę Kardas, mamę dwójki wegetarian w wieku przedszkolnym.

"Niektórzy dyrektorzy nadal uważają, że wegetarianizm to dziwactwo"

Magdalena Sikoń Magdalena Sikoń  Fot. Yaro Gawłowski

Magdalena Sikoń, wegemaluch.pl, mama Kai (3 l.): : - Kiedy sama szukałam przedszkola publicznego dla córki, zaczęły się schody. Usłyszałam, że dieta wegetariańska jest nieekonomiczna, nie będą dla jednego dziecka gotować, że to widzimisię jednej matki. Zresztą niektórzy dyrektorzy nadal uważają, że wegetarianizm to dziwactwo. Wymagają zaświadczenia od lekarza, że dziecko nie może jeść mięsa. Ale dzięki odpowiedzi MEN po naszej petycji z 2012 roku, wiadomo już, że takie żądanie to forma dyskryminacji rodziców. Zwłaszcza, że teraz w wielu przedszkolach i żłobkach jest catering - to nie problem zamówić posiłek wegetariański, trzeba tylko chcieć.

Jestem zadowolona, bo od czasu petycji zmieniło się to, że rodzice, którzy chcą niekonwencjonalnego żywienia swoich dzieci, wiedzą, że mają takie prawo. MEN nawet opublikowało na stronie stosowną informację. Zaczęła się też dyskusja o żywieniu dzieci w kontekście ich zdrowia - nie tylko o diecie bezmięsnej, ale w ogóle o zdrowym odżywianiu, otyłości itd. Wcześniej nikt o tym w ogóle nie mówił.

"Przy dobrej komunikacji pomiędzy nauczycielem a rodzicami nie ma problemu"

Dariusz GzyraDariusz Gzyra 15557793

Dariusz Gzyra, empatia.pl: - Moje dzieci, Kaja (19 lat) i Bruno (17 lat), są weganami od 15 lat. Córka jest na pierwszym roku studiów, syn w pierwszej klasie liceum. W żadnej ze szkół nie korzystali z jedzenia oferowanego przez szkolne stołówki. Jak wiele innych dzieci, nosili do szkoły jedzenie przygotowywane w domu, zwykle kanapki. Obiad jedli w domu. Chodzili do szkół publicznych i nie spotkałem się nigdy z sytuacją, w której szkoła przygotowała jadłospis uwzględniający wymagania wegan.

W szkole podstawowej czasem odbywały się zajęcia związane z przygotowywaniem posiłków. Wówczas po rozmowie z wychowawczynią udawało się tak zorganizować zajęcia, żeby moje dzieci mogły przygotowywać posiłki wegańskie. Przy dobrej komunikacji pomiędzy nauczycielem a rodzicami takie sytuacje nie stanowią problemu. Gorzej jest w przypadku zbiorowych wyjazdów, szczególnie kilkudniowych. Nie zawsze organizatorzy są w stanie zapewnić odpowiednie dla wegan wyżywienie, chociaż jest z tym coraz łatwiej. Ostatni wyjazd syna na żagle nie wiązał się z żadnymi problemami, robił sobie jedzenie, które wziął ze sobą, do tego miał odpowiedni produkty zakupione wcześniej przez opiekuna po rozmowie ze mną.

Wiedza społeczeństwa (w tym nauczycieli) na temat weganizmu znacznie się zwiększyła podczas ostatnich lat. Zmienia się także nastawienie - na coraz przychylniejsze. Z postrzeganego jako coś egzotycznego i niezrozumiałego, weganizm staje się wyborem kojarzonym ze świadomymi, dbającymi o zdrowie i wrażliwymi na zwierzęcą krzywdę ludźmi.

"Przedszkola państwowe tkwią w latach 70."

Magdalena KoziołMagdalena Kozioł Fot. archiwum prywatne

Magdalena Kozioł, mama Julka (2 l.): - Synek w tym roku skończy 3 lata, więc jesteśmy na etapie szukania dla niego przedszkola. Po obfitym wywiadzie mam wrażenie, że jeśli chodzi o różne rodzaje diety w przedszkolach prywatnych - nie ma z tym najmniejszego problemu, natomiast w publicznych napotykamy na różne przeszkody. Odniosłam wrażenie, że przedszkola państwowe tkwią swoimi poglądami w latach 70. Trzeba się koniecznie do nich dostosować, a uważam że powinno być odwrotnie, że to przedszkole powinno się dostosowywać do zmieniających się potrzeb dzieci czy rodziców. Szczególnie jeśli chodzi o żywienie.

Jedno z przedszkoli reklamowało się głównie z powodu zdrowej kuchni, podając na śniadanie np. biały chleb z margaryną i odgrzewane parówki. Ja sama pamiętam takie posiłki serwowane w zerówce, na początku lat 80, kiedy nie było za bardzo innych możliwości i tak rozwiniętej wiedzy na temat żywienia. Od jednego z przedszkoli publicznych w Krakowie dostałam taką odpowiedź: "W przedszkolu uwzględniamy indywidualne żywienie dzieci tylko w sytuacji zaświadczenia lekarskiego i konieczności stosowania określonej diety lub wyeliminowania wskazanego produktu".

Po interwencji ze strony wegemalucha i Ministerstwa Zdrowia, pani dyrektor zaczęła się trochę tłumaczyć i mam nadzieję że zapoznała się już ze stanowiskiem Instytutu Żywności i Żywienia oraz Ministerstwa Zdrowia w sprawie diet u dzieci. Jednak mam lekkie obawy z wysłaniem zgłoszenia mojego dziecka do tego przedszkola, czy nie będziemy traktowani trochę jak wrogowie, którzy wprowadzają tylko niepotrzebne zamieszanie...

Moje dziecko od pierwszego roku życia uczęszczało do klubu malucha. Na początku przygotowywaliśmy posiłki w domu, pakowaliśmy w pojemniki i na miejscu były one podgrzewane przez pracowników placówki. Z racji naszej wygody i możliwości klubiku, skorzystaliśmy z usługi cateringowej. Nie było żadnego problemu, jeśli chodzi o dania bezmięsne, oprócz delikatnych nieścisłości. Nasze dziecko jest lactoovowegetariańskie, a okazało się, że dania wegetariańskie zawierają ryby, natomiast dania wegańskie to te właściwe wegetariańskie, czyli bez mięsa (w tym ryb), ale z jajkami i nabiałem. Nazewnictwo nadal się nie zmieniło, więc dziecko otrzymuje dania tzw. wegańskie i wszyscy są zadowoleni.

Nie widzę problemu, żeby przedszkole serwowało także posiłki wegetariańskie, wegańskie czy bezglutenowe. Dieta wegetariańska u dziecka nadal jest jednak traktowana jako fanaberia rodziców, którą to należy wybić im z głowy. Przynajmniej tak to wszystko odczułam szukając publicznego przedszkola dla mojego synka.

"Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona"

Anna KardasAnna Kardas Fot. archiwum prywatne

Anna Kardas, mama Marcela (4 l.) i Tymona (7 l.): - Wytypowałam kilka przedszkoli w okolicy naszego miejsca zamieszkania i jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnej internetowej rekrutacji, zadzwoniłam do dyrektorek wybadać sprawę otwartości personelu na dietę wegetariańską. Spodziewałam się kręcenia nosami i trudności, jednak zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Wszystkie panie ze zrozumieniem, a często także autentyczną ciekawością, wypytywały o ograniczenia naszej diety, dopytywały szczegółowo, co dziecko może, a czego nie może jeść. Nigdzie nie spotkałam się z krytyką, na której ewentualność byłam przygotowana.

Starszy syn rok temu skończył przedszkole, młodszy jest w średniej grupie i nigdy przez te lata nie mieliśmy problemu w związku z naszą dietą. Płacimy połowę stawki żywieniowej i częściowo korzystamy z posiłków przedszkolnych. Śniadanie i podwieczorek to zazwyczaj kanapki, często z bezmięsnym dodatkiem lub w opcji szwedzki stół. Jeżeli planowana jest wędlina, Marcel z domu dostaje "zamiennik". Zawsze zanosimy mu zupę i ewentualnie kotlet/sos do przedszkolnych ziemniaków/kaszy/ryżu/makaronu.

Przynajmniej raz w tygodniu serwowane są bezmięsne drugie dania. Przedszkolne podwieczorki w postaci jogurtów/galaretek/gotowych deserów zastępujemy przynoszonym z domu jogurtem bez zawartości żelatyny, a panie są czujne i sprawdzają składy serwowanych gotowych produktów na opakowaniu. Kilkakrotnie zostałam nawet zagadnięta o przepisy na dania przynoszone przez moje dzieci, np. kotlety z białego sera czy marchewkowe na stałe weszły do menu przedszkolnego i są co jakiś czas serwowane wszystkim dzieciom.

W szkole Tymona, co ponoć stanowi rzadkość w szkołach warszawskich, posiłki przygotowywane są na miejscu. Także i tu wybrałam się na rozmowę z właścicielem stołówki (zewnętrzna firma), ten powiedział, że nie ma możliwości przygotowywania specjalnie oddzielnych posiłków, jednak sam zaproponował opcję bezpłatnego odgrzewania w kuchni, miałam jedynie dostarczyć własny garnuszek. Ostatecznie kupiłam dobry termos w którym starszak zanosi zupę, drugie danie je w domu po powrocie, a śniadanie w postaci kanapki i owocu także ma z domu.

Generalnie zarówno w przedszkolu, jak i szkole, nie ma najmniejszego problemu z dietą. Bardzo cieszy mnie ten fakt, a dodatkowo mam pełną świadomość tego, co jedzą moje dzieci. Ciekawe jest to, że grupy równieśnicze moich chłopców także bez najmniejszego problemu, a jedynie z ciekawością, przyjęły ich żywieniową odmienność.

Więcej o: