Dziecko umierało, ale lekarz twierdził, że symuluje. "Udaje nieprzytomnego"

"Symuluje, udaje nieprzytomnego" - tak miał powiedzieć lekarz o wówczas 13-letnim Pawle, który podczas wycieczki szkolnej niespodziewanie poczuł się źle. Nauczyciele wiedzieli, że jak chłopak będzie skarżył się na swoje samopoczucie, mają wzywać pomoc i powiadomić rodziców. Tak się jednak nie stało.

Ten dramat trwa od lat, jednak dopiero niedawno na jaw wyszły kulisy sprawy, którą jako pierwszy nagłośnił program UWAGA TVN. Paweł Rek od dziecka miał wszczepioną w ciało zastawkę, odprowadzającą płyn mózgowo-rdzeniowy. Choć zastawka w żaden sposób nie wpływała na jego rozwój, chłopiec był pod kontrolą lekarzy. Trzy lata temu, podczas szkolnej wycieczki, zastawka się zerwała. Głównymi objawami były wymioty i ból głowy. Wychowawczyni, miała zamiast wezwać pogotowie, poprosić kolegę Pawła, aby odprowadził go do domu. Po drodze telefon na 112 okazał się konieczny. 

Zobacz wideo Bohaterskie zachowanie policjanta. W czasie wolnym uratował dławiące się dziecko

Matka błagała lekarza o pomoc, a medyk stwierdził: Dziecko symuluje

Kiedy rodzice poinformowali lekarza dyżurującego w szpitalu, że Paweł ma wszczepioną w ciało zastawkę, zignorował to i odesłał ich do domu. Stan dziecka się jednak nie poprawiał, a więc ponownie wezwano pogotowie ratunkowe. Do rodziny przyjechał ten sam lekarz, który wpisał w kartę pacjenta, że 13-latek "symuluje i udaje nieprzytomnego". Chłopiec nie udawał. Zerwana zastawka, która od niemowlęctwa odprowadzała w jego organizmie płyn mózgowo-rdzeniowy, najpierw spowodowała ogromny ból głowy i wymioty, a potem utratę przytomności. 

Dopiero dzięki interwencji rodziców, lekarz zgodził się, być zabrać dziecko do szpitala. Zrobił to jednak bardzo niechętnie. Karetka nie jechała na sygnale i stała na wszystkich czerwonych światłach. W szpitalu stwierdzono zerwanie zastawki. Przeprowadzono operację. Stan chłopca mocno się jednak pogorszył. Dziś Paweł ma prawie 18 lat. Nie mówi i nie chodzi. Jego rodzice proszą o pomoc.

Wyroki dla lekarza i nauczycielki utrzymane

Sprawa trafiła do sądu. Zarówno wychowawczyni dziecka, jak i lekarz usłyszeli zarzuty narażenia chłopca na bezpośrednie niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Kilka dni temu zapadła kolejna decyzja. Sąd Okręgowy w Rybniku zdecydował o utrzymaniu wyroków pierwszej instancji. Lekarz został skazany na pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz 10 tys. złotych grzywny, a nauczycielce nakazano zapłatę 4 tys. złotych na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym i Pomocy Postpenitencjarnej. Jej postępowanie karne warunkowo umorzono na dwa lata.

"Moja osobista opinia na temat tego, dlaczego doszło do takiej sytuacji, jest taka, że lekarz nadmiernie wierzył we własne możliwości, własną wiedzę, własne umiejętności. Czasami nazywa się to syndromem Boga. Po prostu zabrakło pokory, zabrakło słuchania mamy, która wie i wyczuwa, jeśli chodzi o stan zdrowia swojego dziecka, zwykle najwięcej. I zabrakło jeszcze jednego: lekarz nie przyjął scenariusza najbardziej niebezpiecznego dla dziecka i nie postąpił ostrożnie, tylko zaryzykował diagnozę, która w efekcie niosła największe niebezpieczeństwo dla dziecka" - powiedziała przed kamerą "Uwagi!" TVN adw. Jolanta Budzowska, reprezentująca rodzinę Reków.

Dodatkowo oskarżeni mają również zapłacić nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego: lekarz 25 tys. złotych, nauczycielka 5 tys. złotych.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.