Serce córki przestało bić przed porodem. "Bałam się, że umrę, a mąż pójdzie do więzienia"

Klaudia zgłosiła się do szpitala w 42. tygodniu ciąży. Miała urodzić córeczkę, na którą czekała wraz z mężem. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, jednak po przekroczeniu progu szpitala czuła pewien niepokój. To były czasy pandemii, więc mąż został na zewnątrz. I wtedy wszystko się zaczęło. Strach, płacz i łzy. Serce jej dziecka przestało bić, wstrząsająca i smutna w całej tej historii jest nie tylko utrata dziecka, lecz także obawa kobiety przed śmiercią i więzieniem.

"Pojechałam z mężem do szpitala już w 42. tygodniu ciąży. Dwa dni później miałam mieć indukowany poród. Jednak musiałam jechać wcześniej, bo nie czułam ruchów dziecka. Z racji pandemii byłam sama na wizycie w szpitalu i tam w trakcie badania (bo nikt mi tego nie powiedział wprost) wywnioskowałam, że nasza Kasia nie żyje" - wspomina Klaudia Piwowarczyk, która postanowiła opowiedzieć swoją historię.

Zobacz wideo

"Usłyszałam, że powinien zawiadomić policję i zgłosić nieumyślne spowodowanie śmierci"

Kiedy Klaudia dowiedziała się o śmierci swojego nienarodzonego dziecka, nie mogła skupić się na pożegnaniu lub chociażby samym przeżyciu tej bolesnej traumy. Przed nią było wszak niewyobrażalnie trudne zadanie. Miała urodzić dziecko, które już nie żyło. Personel szpitala, do którego zgłosiła się kobieta, nie zareagował tak, jak można by się tego spodziewać. Brak było zwykłego, ludzkiego współczucia. "Usłyszałam, że powinien zawiadomić policję i zgłosić nieumyślne spowodowanie śmierci. Nie wiedziałam, o co chodzi. Ciąża była kontrolowana, chodziłam do lekarza, ostatnie KTG wyszło prawidłowe. Miałam skierowanie do szpitala na indukcję, jeśli poród nie zacząłby się samoistnie. Uważali, że powinnam zgłosić się już w 40. tygodniu ciąży. Tylko że na wizycie lekarskiej z KTG ginekolog wystawił mi zwolnienie oraz skierowanie i powiedział dokładnie, kiedy mam się udać do szpitala, jak poród się nie zacznie. Stwierdził, że Kasia ma się dobrze i mogę jeszcze zaczekać parę dni. Tego dnia powiedzieli mi i mężowi, że muszę zostać, bo inaczej pewnie dostanę zakażenia i umrę" - wspomina kobieta w rozmowie z reporterką portalu onet.pl.

Kolejne godziny były ciągiem dalszym koszmaru. Trwała pandemia, zatem w szpitalach obowiązywały restrykcyjne ograniczenia, a to oznacza, że mąż Klaudii nie mógł jej towarzyszyć w tym trudnym czasie. "Bałam się, że ja umrę, a mój mąż pójdzie do więzienia. (…) To było dla mnie strasznie trudne. Byłam bardzo wystraszona, zupełnie sama. Czułam się obwiniona przez lekarza, a przecież ciąża była cały czas pod kontrolą. Jeszcze kilka dni temu stwierdzono, że Kasia ma się dobrze i można zaczekać z wywołaniem porodu" - dodaje w rozmowie. Wieczorem podłączono ją do specjalnej aparatury, aby wywołać poród. Musiała jak najszybciej urodzić martwe dziecko.

Poród i krótkie pożegnanie. "Była ubrana, w czapce i jakimś beciku"

Klaudia miała urodzić swoje dziecko siłami natury. Po podaniu leków przeciwbólowych i kilku dawek oksytocyny brak było jakiegokolwiek postępu. Po 14 godzinach skurczy i ogromnego wysiłku ze strony rodzącej lekarze podjęli decyzję o wykonaniu cesarskiego cięcia. Dziewczynka przyszła na świat. "Była ubrana, w czapce i jakimś beciku. Dostałam ją na ręce, ale byłam tak słaba, że wydawała mi się okropnie ciężka. Pielęgniarki ochrzciły ją przy mnie, tak chyba dla mnie jedynie, bo sakramenty są przecież dla żywych. Nie miałam siły. (…) Zabrały ją po 15 minutach, chociaż wcześniej obiecywały, że będziemy mogli pożegnać się razem, ile tylko chcemy, nawet parę godzin" - wspomina ten wyjątkowy, ale jakże tragiczny moment kobieta. I chociaż Kasi już nie ma, cała historia wydarzyła się w 2021 roku i Klaudia wraz z mężem pogodzili się ze śmiercią córeczki, to nadal mają ogromny żal do personelu medycznego nie tylko ze względu na brak empatii z ich strony, lecz także na nieprofesjonalne zachowanie. "Odebrali mi godność, bezpieczeństwo i nawet pożegnanie z moją córeczką. Nie dostałam opieki psychologa od razu, tylko po paru dniach" - dodaje.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.