Kolonie w PRL-u. Ogniska, kąpiele w morzu i listy do rodziców. "Przyślijcie pieniążki"

Kolonie w PRL-u wyglądały zupełnie inaczej niż teraz. Normą były polowe warunki, zatłoczone pociągi i poranne pobudki. "Pamiętam. Świetne czasy, nowe znajomości, czułam się jakbym była w niebie. Luz totalny. Ogniska, piosenki, chrzest i zielona noc" - wspomina czytelniczka.

Obecnie dalekie podróże są czymś bardziej powszechnym. Rodzice chętnie zabierają swoje dzieci na wspólne wczasy all inclusive albo na własną rękę odwiedzają z nimi inne kraje. Oprócz tego mają bardzo duży wybór obozów i kolonii, zarówno tych w kraju, jak i za granicą. Od tego typu wyjazdów rodzice wymagają jednak pewnego standardu - czystych wygodnych pokojów, własnej łazienki oraz dobrego jedzenia. Prawie każdy uczestnik kolonii ma własny telefon komórkowy, dzięki któremu w dowolnej chwili kontaktuje się z mamą lub tatą. Niegdyś o takich luksusach nie było jednak mowy.

Kolonie w PRL-u nie przypominają obecnych obozów

Osoby wychowane w latach 70. i 80. letnie wyjazdy wspominają zupełnie inaczej. W PRL-u kolonie organizowano najczęściej nad morzem, nad jeziorem i w górach. Nikt nie myślał o klimatyzowanych autokarach i autach, a dzieci spędzały wiele godzin w zatłoczonych pociągach. Dla wielu kolonie były prawdziwymi lekcjami samodzielności. Na miejscu małych wczasowiczów często czekały polowe warunki, niewygodne prycze, chrzest i poranne pobudki. Mimo to wiele osób wspomina te czasy z wielkim sentymentem. Pod jednym z artykułów udostępnionych na grupie facebookowej kobieta.pl czytelnicy podzielili się z nami swoimi doświadczeniami. Niektórzy z przyjemnością cofnęliby się do tamtych lat.

Zobacz wideo

"Ogniska, piosenki, chrzest i zielona noc"

Czytelnicy podkreślali, że te wyjazdy nauczyły ich samodzielności. Obozowicze musieli dostosować się do panujących na miejscu reguł, apeli, porannego wstawania, kolejek do pryszniców. "Pamiętam kolonie, na które jeździłem. Trzy tygodnie bez rodziców, do tego poranne apele i zaprawa, zabawy w podchody i ogniska na plaży. Piękne czasy", "Od ukończenia I klasy SP jeździłam najpierw na kolonie, a później na obozy harcerskie. Było wspaniale. Nauczyłam się wielu rzeczy, które przydają się do dziś", "Może i dla niektórych takie obozy czy kolonie były koszmarem, ale uczyły życia. Ranne przygotowanie kanapek dla obozowiczów, zabawa w podchody i tak dalej", "Kolonie trwały kiedyś 3 tygodnie i był płacz, jak się kończyły", "Pamiętam obóz pod namiotami w środku lasu. Super sprawa. Tyle osób na obozie, że były dni, w które wybieraliśmy, która grupa bierze prysznic. Kończyło się na tym, że jeden dzień kąpieli w morzu, a drugi dzień pod prysznicem. Zbieranie szyszek za karę, a jak deszcz padał ciągiem, dwa dni układaliśmy plecaki i walizki na pryczach albo na paletach, żeby nie zamokły. Wspaniały czas, a teraz to by się skończyło jakimiś skargami do rzecznika praw dziecka", "Pamiętam. Świetne czasy, nowe znajomości, czułam się jakbym była w niebie. Luz totalny. Ogniska, piosenki, chrzest i zielona noc" - pisali.

"Kochani rodzice, przyślijcie pieniążki"

Chociaż wówczas dzieci nie miały komórek, a o codziennych telefonach nie było mowy, wciąż pamiętano o kontakcie z rodzicami. Większość osób pisała listy i wysyłała kartki. Nasi czytelnicy przyznali, że w wielu z nich prosili rodziców, aby wysłali im trochę pieniędzy. "Nie było komórek, ale były słynne listy. Kochani rodzice, przyślijcie pieniążki. Zawsze przysyłali", "Kartkę wysyłałam w połowie turnusu, żeby wiedzieli, że żyję. Ale to były super czasy. I rodzice odpoczywali od dzieci i dzieci od dorosłych. Zawiązywały się przyjaźnie, te ogniska z kiełbasą na patyku", "Super to były czasy i pisanie listów było fajne i ewentualnie telefon do pracy taty z tekstem: kasa się skończyła" - wspominali.

Gdzie Twoje dziecko pojedzie na wakacje?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.