Jest nauczycielką, chce zrezygnować. "Mam dość wiecznie niezadowolonych rodziców i ich telefonów z pretensjami"

"Od prawie 10 lat pracuję w szkole i przyznam szczerze - mam dość. I nawet nie chodzi pieniądze, bo te są kiepskie, mają być lepsze - pożyjemy, zobaczymy. Mam dość rodziców. Tak, rodziców, a nie uczniów, bo to oni dają mi najwięcej w kość" - opowiada Ula, która uczy w jednej z warszawskich podstawówek.

Współcześnie polscy nauczyciele zmagają się z wieloma trudnościami. Muszą co raz stawiać czoła wprowadzanym zmianom, realizować materiał i... spełniać oczekiwania rodziców. I jak przyznaje nam nasza czytelniczka, to właśnie z nimi ma największy problem.

Zobacz wideo Matura z matematyki. Czy powinna być obowiązkowa? Matematyczka: Tak, jest jedno "ale". "Nauczyciele powinni przechodzić testy psychologiczne"

Okazuje się, że "rodzice są dziś często roszczeniowi, wymagają od nauczycieli zbyt wiele, a do tego podważają ich zdanie, czy wiedzę", a to nie pomaga w budowaniu autorytetu w oczach uczniów.

Po 10 latach pracy nauczyciela chce zrezygnować. "Wszystko przez rodziców"

Ula jest młodą, trzydziestoparoletnią kobietą. Jak sama przyznaje, przez swój zawód, do którego niegdyś miała tyle zapału, czuje się starsza, wypalona i zniechęcona.

Po ostatniej rozmowie z rodzicami stwierdziłam, że muszę zrezygnować z tej pracy, bo w końcu oszaleję. Niektórzy są naprawdę trudni, nic do nich nie dociera. Potrafią przyjść poza moimi godzinami pracy i mieć pretensje, że mnie nie ma, bo przecież "powinnam zawsze na nich czekać". Tak, bo ja to życia prywatnego w ich oczach nie mam i nie powinnam mieć

- opowiada nauczycielka. Przyznaje, że rodzice potrafią mieć pretensje dosłownie o wszystko, np. "o to, że uczeń dostał słabą ocenę, że nie ma wzorowego zachowania, że nie je obiadów". Wydawałoby się, że przecież to nie jej wina, ale zdaniem niektórych, to właśnie ona powinna dopilnować, by dziecko uczyło się dobrze i było grzeczne, a do tego zjadało wszystko z talerza podczas przerwy obiadowej.

Rodzice zapominają, że nie jestem indywidualną asystentką ich dziecka i to nie ja je wychowuję, tylko oni. Ostatnio przyszedł do mnie ojciec poskarżyć się, że nie radzi sobie z synem, który jego zdaniem jest niegrzeczny. I miał o to do mnie pretensje! Tłumaczyłam mu, że może warto, by porozmawiał z własnym dzieckiem, poświęcił mu czas. Wtedy wydarł się na pół szkoły, że ja nie będę go pouczać jak ma z dzieciakiem rozmawiać. No ręce opadają, naprawdę

- relacjonuje Urszula.

Nauczycielka podczas lekcji.Nauczycielka podczas lekcji. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Telefony późnym wieczorem to norma

Nasza czytelniczka przyznaje, że popełniła kiedyś błąd, ponieważ dała rodzicom swoich wychowanków numer, by dzwonili w ważnych sytuacjach

Byłam młoda i głupia, najgorsze co mogłam zrobić. Teraz, biorąc nową klasę, nawet nie muszę go podawać, bo wszyscy go już mają. Jak, sąd? Nie wiem... Nigdy się nie spodziewałam, że rodzice będą do mnie wydzwaniać z głupotami i to o godz. 22.00! Ostatnio zadzwoniła do mnie jedna matka i powiedziała, że robi z synem pracę na konkurs i czy moim zdaniem lepiej użyć bibuły, czy plasteliny! Litości! I to nie była jednorazowa sytuacja, jest ich całe mnóstwo

- żali się nauczycielka. Przyznaje także, że czasem ma wrażenie, że niektórzy dzwonią, "żeby sobie pogadać". Bo zadają mało istotne pytania i szybko przechodzą do opowiadania o sobie i swoim dziecku. Jedna z matek w trakcie rozmowy zaczęła się radzić "czy wysłać syna na jakiś casting, bo jej zdaniem jest tak przystojny, że mógłby być modelem". I dziwiła się, że wychowawczyni tego nie dostrzega i nie chce się wypowiadać w takich kwestiach.

Nauczycielka uważa także, że najgorsze są wywiadówki, które często ciągną się godzinami, bo rodzice mają problem, by dogadać się w najprostszych sprawach. "Część rodziców jest bardzo w porządku, ale zawsze znajdzie się grupka, która nie dość, że przeciąga dyskusję, to porusza tematy, które nie są dla wszystkich istotne, a do tego stara się narzucić" - przyznaje kobieta i dodaje, że z tego powodu dochodzi często do konfliktów, które później trzeba załagodzić, co jest dość stresujące.

Wiele osób ma też pretensje, gdy zgłaszam, że dziecko ma z czymś problemy, wielokrotnie słyszałam tekst, że jestem od tego, żeby ich nie miało. Niektórzy podważali też moje kompetencje, albo mówili, że skoro dziecko nie może czegoś zrozumieć, to najwidoczniej nie umiem uczyć. To jest niesamowicie przykre... Czasem rodzic musi ćwiczyć z dzieckiem dodatkowo w domu, nie mogę całej lekcji poświęcać jednemu uczniowi i tak często zostaję po lekcjach (za darmo), by pomóc wychowankom nadrobić zaległości

- relacjonuje Ula.

Kobieta doszła do wniosku, że dłużej nie wytrzyma, skończyła się jej cierpliwość i zapał, który miała, zaczynając pracę w szkole. Uważa, że w polskiej oświacie powinno się zmienić wiele, ale ważne jest też, by rodzice zaczęli szanować nauczycieli i ich pracę, ponieważ "teraz często jest dramat".

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.