"Jestem ojcem piątki dzieci. Jako jedyny płaczę w piątkowe popołudnie, gdy kończę robotę"

Duża rodzina to też dużo obowiązków. Wiele osób czuje się nimi przytłoczona. Nasz czytelnik ma pięcioro dzieci, chociaż nie planował nawet trójki. Przyznaje, że robi wszystko, by jak najdłużej odciągnąć powrót do domu w piątkowe popołudnie.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na Gazeta.pl
Liczna rodzina jest bez wątpienia ogromnym szczęściem, ale i ciężkim obowiązkiem. Szczególnie gdy maluchy są jeszcze małe i wymagają stałej opieki. Niektórych rodziców ta sytuacja po prostu przerasta. Ważne jest to, by mówili o swoich uczuciach i szukali pomocy.

Zobacz wideo Rodzina w życiu i rodzina na planie. Takich przypadków jest zaskakująco dużo

Zgłosił się do nas czytelnik, który ma piątkę dzieci. Jak sam przyznaje, z żoną nie planowali więcej nić dwójkę. Jak więc to się stało, że mają tak liczną gromadkę pociech?

Po urodzeniu dwójki dzieci zdecydowaliśmy się z żoną Magdą, że więcej nie będziemy powiększać rodziny. Niestety, gdy najmłodsza córka miała trzy latka, okazało się, że niestety nie wszystko można zaplanować i za kilka miesięcy na świecie pojawi się kolejne maleństwo. Początkowo nie byliśmy zachwyceni, ale w sumie uznaliśmy, że przecież skoro wychowujemy dwójkę dzieciaków, to damy radę i z trójką

- opowiada nasz czytelnik Paweł z Warszawy.

Życie zaskoczyło małżeństwo... i to potrójnie

Para nie spodziewała się jednak tego, co usłyszy podczas badania USG. Lekarz poinformował ich, że kobieta niebawem urodzi nie jedno, nie dwoje, a aż trójkę dzieci. Oboje byli tak zszokowani, że niewiele pamiętali z tej wizyty i tydzień później musieli ją powtórzyć. Przyznali, że z tego wszystkiego o nic lekarza nie zapytali, a on chyba widząc ich miny, też nie kontynuował rozmowy.

Byłem z żoną na USG, tak samo jak chodziłem w przypadku poprzednich ciąż. Uważam, że to fantastyczne móc zobaczyć swoje nienarodzone dziecko na ekranie i usłyszeć bicie jego serca. Nie spodziewałem się jednak tego, co usłyszę w gabinecie. Myślałem, że zemdleję, gdy lekarz powiedział, że będziemy mieli trojaczki. Byłem przekonany, że to nie jest możliwe, że to się nie może dziać naprawdę. Bo bliźniaki to w mojej opinii ostra jazda bez trzymanki, a trójka maluchów?!

- wspomina nasz czytelnik. W końcu z żoną zaakceptowali fakt, że rodzina się znacznie powiększy. Starali się w miarę możliwości wszystko zaplanować, kupili specjalne wózki dla trojaczków, zmienili też samochód, który na szczęście i tak chcieli wymienić.

Ciąża przebiegła bez większych problemów, chociaż już w połowie żona musiała leżeć, a pod koniec sporo przebywała w szpitalu. Pan Paweł dawał jednak radę "jakoś ogarnąć" dwójkę dzieci i dom pod jej nieobecność.

Po porodzie wszystko się zmieniło

Nasz czytelnik przyznaje, że gdy wszyscy mu gratulowali, że urodziły mu się trojaczki, on miał mieszane uczucia. Nie potrafił się z tego cieszyć, bo czuł, że nie będzie łatwo.

W żonie obudził się instynkt macierzyński, ciągle wołała mi pokazać, jakie śliczne mają stópki, radziła się odnośnie imion, całowała te maluchy. A ja czułem, że to mnie przerasta, że nie dam rady. W domu było cały czas głośno, ciągle ktoś płakał. Jak tylko wracałem do domu, to w drzwiach dostawałem któregoś dzieciaka na ręce, który albo był zarobiony po pachy i wymagał kąpieli, albo głodny, albo cokolwiek innego. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że zaczynam maksymalnie przeciągać powroty z pracy, by nie brać w tym wszystkim udziału

- relacjonuje mężczyzna. Przyznaje, że gdy wszyscy w piątkowe popołudnie zerkali na zegarki, by jak najszybciej jechać do domu, on... wyszukiwał sobie jeszcze jakieś roboty, byleby tylko odwlec ten moment.

Weekendy stały się dla pana Pawła prawdziwym koszmarem. Wiedział, że musi wtedy pomóc żonie i może zapomnieć o meczu z kumplami, ba, nawet w samotności nie było szans, by go obejrzał. Miał wrażenie, że wszystko się kręci wokół piątki dzieci, a szczególnie wokół trojaczków.

Po kilku miesiącach takiego życia miałem dość. Żona wyglądała jak cień samej siebie, ciągle była niewyspana i przemęczona, chociaż chyba lepiej się odnajdowała w całej tej sytuacji. Ja stałem się nerwowy, krzyczałem na dzieci, potrafiłem wyjść wyrzucić śmieci i przez godzinę krążyć wokół domu, żeby tylko tam nie wchodzić. Uświadomiłem sobie, że mnie to przerasta.

- przyznaje mężczyzna.

Depresja jest demokratyczna, każdy może na nią zachorowaćDepresja jest demokratyczna, każdy może na nią zachorować Fot. Shutterstock

Trzeba rozmawiać o problemach

Żona naszego czytelnika zauważyła, że między nimi nie jest tak jak dawniej. Miała dość jego nadąsanej wiecznie miny i ciągłych pretensji o wszystko wokół.

Magda kazała mi się wziąć w garść, zagroziła, że jeśli tego nie zrobię, to ode mnie odejdzie. Dodała przy tym, że i tak wracam do domu jak dzieciaki są ogarnięte, więc finalnie niewiele jej pomagam, a i tak marudzę. Biję się z myślami, co zrobić. Początkowo wizja samotnego życia wydała mi się piękna, wynająłbym kawalerkę i niczym się nie przejmował. Ale jak zacząłem o tym myśleć, to przecież kocham te swoje dzieciaki i żonę, nie mógłbym ich zostawić...

- mówi mężczyzna. Najlepszym rozwiązaniem w jego przypadku byłaby chyba rozmowa ze specjalistą, który zapewne pomógłby mu się uporać z problemami i poukładać wiele spraw. Tylko czy się na to zdecyduje? Miejmy nadzieję, że tak.

 

Więcej o:
Copyright © Agora SA