Tak mówi każdy rodzic, choć wie, że nie powinien. Słowa-zabójcy dobrych relacji

Gdy dziecko słyszy, że nie ma prawa głosu lub "Co mnie obchodzą wszyscy? Ty nie jesteś wszyscy" - nie wie, co odpowiedzieć. Jest zdezorientowane i często podirytowane. Rodzic osiągnął zamierzony cel. Dawniej, nikt się nad tym nie zastanawiał, dziś bardziej uważamy na słowa, kierowane do dzieci. Ale każdemu czasem zdarzają się wpadki...

Więcej tematów związanych z życiem rodzinnym na stronie Gazeta.pl

Wiele osób zapewne przyzna, że pamięta z dzieciństwa słyszane od rodziców i innych dorosłych sformułowania, które nie do końca były zrozumiałe, czasem irytujące, czasem zabawne. Skutecznie zamykały dzieciom buzie, ucinały wszelkie dyskusje, bo najmłodsi zwyczajnie nie wiedzieli, co na nie odpowiedzieć. I chociaż często obiecywaliśmy sobie, że my na pewno tak nie będziemy mówić do swoich dzieci, to te konkretne zdania i pytania czasem i tak padają z naszych ust. 

Zobacz wideo Jakie są problemy polskiej edukacji? "Każdy musi iść na korki" [SONDA]

"Co wolno wojewodzie..."

"To nie tobie smrodzie!" Rodzice nie musieli kończyć tego zdania, każde dziecko wiedziało, co ono oznacza. "Mój tata często tak do mnie mówił, jak chciałem z nim pooglądać film, w którym się zabijali i przeklinali. Albo gdy chciałem większą porcję ciasta. Mówił tak też wtedy, gdy powiedziałem w towarzystwie coś, co zostało uznane za bezczelne" - wspomina Piotrek (nazwisko do wiadomości redakcji). "Nie znosiłem, gdy tak do mnie mówił, czułem się jakbym nic nie znaczył, byłem wtedy na niego zły. Przysięgałem sobie, że ja tak nigdy nie powiem do żadnego dziecka, ale muszę przyznać, że czasami, samo ciśnie mi się na usta (śmiech)". Nastoletnia Ania (nazwisko do wiadomości redakcji) przyznaje, że kiedyś tak powiedziała do niej ciotka, na stwierdzenie, że skoro ona przeklina, to dlaczego dzieciom nie wolno. "A ja nawet wtedy nie wiedziałam, co to znaczy wojewoda" - śmieje się. 

"Dzieci i ryby głosu nie mają"

Tak dorośli mówili (i czasem nadal tak mówią), gdy bez zbędnego tłumaczenia chcą szybko uciąć dyskusję z dzieckiem. "Kiedyś często to słyszałam od dorosłych. Wiedziałam, że oznacza tyle, że mam po prostu zamilknąć i się o coś nie wykłócać. Mówili tak dziadkowie, czasami znajomi rodziców, mama raczej nie, ale tata czasami" - wspomina Ela (nazwisko do wiadomości redakcji). "Wtedy jakoś specjalnie się tym nie przejmowałam, wydaje mi się, że dzieci 20, czy 30 lat temu były jakoś mniej wrażliwe na takie odzywki, chociaż oczywiście, jak się dziś nad tym dłużej zastanawiam, to uważam, że takie sformułowanie jest bardzo krzywdzące i niewłaściwe w rozmowie z kilkulatkiem" - dodaje. 

"Nudzisz się?"

Wielu rodziców, słysząc od dziecka, że się nudzi, proponuje jakieś zabawy, gry, podpowiada, czym pociecha może się zająć, czasem razem z nią siada do rysowania, układania klocków lub puzzli. Niektórzy wręczają telefon lub pilota do telewizora, inni udają, że nie słyszą, a jeszcze innym przypomina się, co sami w dzieciństwie w takich sytuacjach słyszeli od swoich rodziców: Nudzisz się? To się rozbierz i popilnuj ubrania. "Nie znosiłam, kiedy tata tak do mnie mówił. A robił tak za każdym razem, gdy mu się skarżyłam, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Kiedy to słyszałam, wpadałam w złość. Bo niby mnie usłyszał, niby się mną zainteresował, a potem mówił coś tak bezsensownego" - mówi Ania (nazwisko do wiadomości redakcji). "Mam dwoje dzieci w wieku 4 i 8 lat i gdy przychodzą, jęcząc, ze się nudzą, mój mąż czasami im tak odpowiada. Szlag mnie trafia, prosiłam go tysiące razy, żeby tak nie mówił, bo to irytujące, nie tylko dla dzieci, ale i dla mnie, ale on zawsze ze śmiechem odpowiada, że nie może się powstrzymać" - dodaje. 

"A co mnie obchodzi, że wszyscy?"

"Kiedy wracałam do domu z jakąś złą oceną i tłumaczyłam mamie, że wszystkim kiepsko poszła kartkówka, często mówiła mi: A co mnie obchodzi, że wszyscy dostali złe oceny? Wszyscy mnie nie interesuję, Ty to nie wszyscy" - wspomina Maria (nazwisko do wiadomości redakcji). "Nie znosiłam, gdy tak mówiła, bo nie wiedziałam, co jej wtedy odpowiedzieć. A na dodatek chwilę później pytała, co dostała moja najlepsza koleżanka i gdy mówiłam, że jakąś lepszą ocenę, ona odpalała: No widzisz? Czyli jednak interesowali ją inni. I ja już wtedy zupełnie nie rozumiałam, o co jej tak naprawdę chodzi" - dodaje ze śmiechem.

"Nie bądź taki hop do przodu..."

...bo ci tyłu zabraknie. Tak kiedyś mówili rodzice do dzieci, które wykazywały się nadmierną śmiałością w jakiejś sytuacji. A potem tak do siebie mówiły dzieci. "Kiedy ostatnio tak powiedziałam w żartach do swojego dziewięcioletniego syna, odparł, żebym tak nie mówiła, bo to wiocha - śmieje się Anita (nazwisko do wiadomości redakcji). "No i tak, szybko, jak odkopałam to sformułowanie w pamięci, tak samo szybko je tam zakopałam. Żeby już nie ujrzało światłą dziennego" - dodaje. 

To może wynikać z bezradności

Tych wszystkich sformułowań dzisiejsi rodzice nie wzięli znikąd. Oni też słyszeli je w swoich domach i chociaż prawdopodobnie przyrzekali sobie, że nigdy nie będą się zachowywać i mówić jak ich rodzice, to jednak przejęli te wzorce, a teraz stosują je w wychowaniu własnych dzieci. "Możliwe, że wynika to z ich bezradności, ale jest przejawem metod wychowawczych, które nie wspierają zdrowego rozwoju emocjonalnego dziecka. Wspólną cechą tych zdań jest deprecjonowanie, lekceważenie i niedostrzeganie podmiotowości dziecka. Nie ma w tych zdaniach przestrzeni na jego emocje, indywidualność i poczucie wartości. Te zdania z jednej strony poniżają małego człowieka, ustawiają go w rodzinnej hierarchii na pozycji tego, kto ma słuchać i nie kwestionować autorytetu i dominującej pozycji rodziców, a z drugiej przybierają formę nakazów i to na dodatek wyrażonych w manipulacyjnej, niejasnej formie" - mówi psycholog Elżbieta Grabarczyk-Ponimasz. Dodaje, że jest to o tyle okrutne, że dziecko nie jest w stanie zakwestionować zdania rodziców. Na pewnym etapie rozwoju traktuje to, co usłyszy w ich słowach i co zobaczy w ich zachowaniach jako prawdę o świecie. Będzie to traktowało jako normę. "Uzna i zapamięta, czasem na całe życie, że tak należy myśleć, tak należy się zachowywać, taki jestem, bo tak o mnie mówili rodzice. I tak będzie też traktować swoje dzieci, jeśli nie zdoła poddać tych słów zakwestionować, podważyć. Niektórzy są w stanie zrobić to w procesie własnej terapii, kiedy najpierw identyfikują te zdania, a potem uczą się poddawać je krytycznemu oglądowi, dyskutować z nimi" - dodaje psycholog.

Rodzice z dziećmi (zdjęcie ilustracyjne)Rodzice z dziećmi (zdjęcie ilustracyjne) Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Ekspertka wyjaśnia też, że te zdania dzieci nagrywają się w umyśle jak na taśmę i odtwarzają się w dorosłym życiu. Wiele z tych sformułowań niestety utrwali się w ich emocjach i umyśle, jako przekonania kluczowe, które będą się aktywować w trudnych momentach, jako niekonstruktywne automatyczne myśli, które mają wiele negatywnych konsekwencji zarówno w emocjach, jak i w postawach, powodujące obniżenie poczucia własnej wartości, wpływają negatywnie na nastrój, pewność siebie, a także na umiejętność wyrażania i obrony swojego zdania. "Dziecko, które musiało ślepo i bezkrytycznie słuchać rodziców, nie stanie się niezależnie myślącym, pewnym siebie i asertywnym dorosłym. Będzie musiało włożyć w to wiele ciężkiej pracy. Dziecko czy nastolatek nieustannie porównywanie z rodzeństwem, czy dziećmi znajomych, nie będzie wierzyć w siebie, będzie się czuć gorsze i potrzebować nieustannie potwierdzania siebie w oczach innych" - przestrzega psycholog.

Elżbieta Grabarczyk-Ponimasz, psycholog, specjalistka psychoterapii uzależnień i mediatorka  z warszawskiej Pracowni Pomocy Psychologicznej SALAMANDRA.

Więcej o:
Copyright © Agora SA