5 dzieci wyznaje, czego najbardziej nie lubi jeść na stołówce. "Nazywamy to karmą dla pingwinów"

Przedszkolne i szkolne jedzenie nie wszystkim przypada do gustu. Jedne dzieci uwielbiają zupę brokułową, inne krzywią się na samą myśl o niej. Jednocześnie te pierwsze nie tkną gulaszu, a drugie domagają się dokładki naleśników. Trudno dogodzić wszystkim, tak było, jest i zapewne będzie. Spytaliśmy dzieci jakich potraw w swoich placówkach szczególnie nie lubią.

Więcej tematów związanych z życiem rodzinnym na stronie Gazeta.pl

Jedzenie na szkolnych i przedszkolnych stołówkach nie wszystkim przypada do gustu. Zresztą trudno sobie wyobrazić, żeby jedno danie smakowało bez wyjątku każdemu. Ludzie po latach wspominają potrawy, jakie dostawali na stołówkach, niektóre szczególnie zapadły w pamięć np. zupa owocowa, kasza manna z sokiem malinowym, czy mleko z bułką. Jedni wspominają je z rozrzewnieniem, inni obrzydzeniem. A jak jest dziś? Spytaliśmy pięcioro dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym o to, czy dostają w swoich palcówkach dania, które szczególnie im nie smakują. Nie musieli długo zastanawiać się nad odpowiedziami. 

Śmierdząca biała zupa

"Mamy czasami taką białą zupę, która strasznie śmierdzi jak stare skarpety. Nikt jej nie chce jeść, nawet jak pani mówi, że jak zjemy, to nam przedłuży przerwę, to i tak nikt jej nie chce" - mówi Ola (nazwisko do wiadomości redakcji), uczennica pierwszej klasy szkoły podstawowej. "Chodzi o krem z kalafiora" - śmieje się jej mama. "Rzeczywiście dzieci z całej klasy nie chcą jej jeść, wychowawczyni już zgłaszała, żeby jej nie było, ale nie wiadomo, czy ta prośba zostanie wzięta pod uwagę przez panie kucharki" - dodaje rozbawiona. 

Zobacz wideo Jakie są problemy polskiej edukacji? "Każdy musi iść na korki" [SONDA]

Na obiad "karma dla pingwinów"

Ośmioletni Franek (nazwisko do wiadomości redakcji) mówi, że w jego szkole czasami pojawia się na stołówce gulasz, który nikomu nie smakuje. "Nazywamy go karmą dla pingwinów. Ma takie okropne kawałeczki" - dodaje. "A jak jest coś naprawdę dobrego, tak jak kotlet schabowy, bo ma taką dobrą panierkę, to nigdy nie ma dokładek" - narzeka. Jego mama nie skarży się na szkolne jedzenie. "Kiedy studiuję jadłospis na kolejny tydzień, zawsze jestem pod wrażeniem, że jest tak urozmaicony, potrawy rzadko się powtarzają i jest bardzo dużo rzeczy, na które nie wpadłabym, żeby je zrobić w domu" - dodaje. Z kolei jego rówieśnik z innej placówki narzeka na kotlety schabowe: "Są suche i w ogóle nie da się ich pogryźć. Ohyda, nie jem ich" - zapewnia.

Deser "skacze w buzi"

Czteroletni Franek (nazwisko do wiadomości redakcji) nie skarży się na jedzenie w przedszkolu, zwykle wszystko zjada, ale w jadłospisie pojawia się kilka pozycji, których - jak twierdzi jego mama - nie ruszy. Zawsze narzeka, gdy na deser jest galaretka: "Nie lubię jej, bo skacze w buzi" - mówi i krzywi się z obrzydzenia. Jego mama dodaje, że w domu zdarza mu się jeść galaretkę, ale zakłada, że to dlatego, że jest słodsza. "Pewnie ta przedszkolna nie może być dosładzana i niektórym dzieciom może nie smakować" - twierdzi. 

"Zupa wygląda jak gluty"

Ośmioletnia Kornelka (nazwisko do wiadomości redakcji) bardzo lubi szkolne obiady i zawsze wszystko zjada. Jest jednak jeden wyjątek. "Nienawidzę zupy brokułowej u nas na stołówce. Wygląda jak gluty" - skarży się z obrzydzeniem. "Nie tknie jej. I nie zdaje tu egzaminu bajka o shrekowej zupie , która z kolei doskonale sprawdza się w przypadku jej młodszego brata" - śmieje się mama. 

Trudno dogodzić wszystkim

Żywienie zbiorowe w żłobkach, przedszkolach i szkołach z punktu widzenia dzieci często pozostawia wiele do życzenia. "Dzieci przyzwyczajone do domowych posiłków z trudem akceptują posiłki w placówkach, które z kolei musza być oparte na zasadach wynikających z Rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 26 lipca 2016 r. w sprawie grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach (Dz. U. z 2016 r. poz. 1154). W praktyce to oznacza wykluczenie w dużej mierze dodatków do potraw, w tym przypraw jak cukier, sól, koncentraty i oparciu technik kulinarnych głównie na gotowaniu" - mówi Joanna Giza-Gołaszewska, dietetyk ze smakfit.pl. Poza tym trudno sobie wyobrazić, że menu na dany dzień będzie smakować wszystkim - każdy malec ma inne preferencje jedzeniowe, jest przyzwyczajony do innych dań i smaków. 

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.