Najgorsze wspomnienia ze szkoły. "Kazała mi stać pod oknem i patrzyła, czy wykonuję jej polecenia. Wstydziłam się"

"Zawsze prosiłyśmy, aby na WF-ie chodzić w parach po piłki. Mówiłyśmy, że są ciężkie. Pani zgadzała się, nie znała prawdziwego powodu. Nie wiedziała, że w kantorku spał pijany mężczyzna" - wspomina była uczennica.

Niektóre wspomnienia ze szkolnych lat zostają z uczniami na długo po zakończeniu szkoły. W czasach, gdy nie było mediów społecznościowych lub gdy te dopiero raczkowały, nie nagłaśniano incydentów, które dziś byłyby nie do pomyślenia. Piętnowanie uczniów czy dziwne zachowania pracowników placówek pozostawały sprawami szkoły i nikt nie komentował ich na Twitterze czy Facebooku. Nasze rozmówczyni postanowiły podzielić się najgorszymi wspomnieniami ze szkolnych lat. Z perspektywy czasu niektóre naprawdę zaskakują. Poniżej przedstawiliśmy kilka z nich.

"Kazała mi stać pod oknem i robić to przy wejściu"

Więcej artykułów o tematyce szkolnej przeczytasz na stronie Gazeta.pl.

Zobacz wideo Tak Ciocia Liestyle reaguje na pytania o drugie dziecko. "Nie na miejscu"

Okazuje się, że pielęgniarka, która powinna okazać się wsparciem dla uczniów, miała nietypowe podejście do swojej pracy. "W naszym liceum szkolną legendą była pielęgniarka, która miała swoje dziwactwa, wymyślała niestworzone historie i nigdy nie było wiadomo, co ją zdenerwuje. Raz wtargnęła na godzinę wychowawczą, by ogłosić, że podczas bilansu będzie wyrzucać za drzwi uczennice ze 'sznurkami w dupie', jak nazywała stringi. Z kolei innym razem powiedziała, że nie wejdzie na piętro do ucznia, który zemdlał, gdyż jest po zawale i nie może wchodzić po schodach. Chłopcy ze starszej klasy znosili go na parter. Najgorsze było jednak to, że stawiała uczniom wymyślone diagnozy. Kiedyś przyszłam do niej z gorączką, a ona spojrzała mi w oczy i powiedziała, że mam niedobór potasu. Nie mam pojęcia, skąd to wzięła. Z kolei innym razem przyszłam z bólem głowy, na które lekarstwem miały być pajacyki. Stacjonowała w gabinecie przy wejściu głównym. Z okna rozciągał się widok na plac przed szkołą. Kazała mi wyjść na dwór, stanąć przed oknem i robić pajacyki, podczas gdy ona na wszystko patrzyła. Bardzo się wstydziłam, bo z boku moje zachowanie wyglądało dziwnie, ale je zrobiłam, bo chciałam mieć już to za sobą. Więcej do niej nie poszłam" - wspomina była uczennica.

"Wiecznie porównywała mnie do brata"

Rodzeństwo, które chodziły do jednej szkoły często uczyło się u tych samych nauczycieli. Nierzadko je do siebie porównywano. "Miałam w szkole matematyczkę, która ciągle porównywała mnie do starszego brata. Na każdej lekcji słuchałam, jaka ja jestem zła, a on był och i ach (w przeciwieństwie do mnie był umysłem ścisłym). Pisała listy do moich rodziców, zaniżała mi oceny i ogólnie gnębiła mnie. Kiedyś nie wytrzymałam i powiedziałam, że jak jej się podoba, to niech się z nim umówi. Wylądowałam u dyrektora. Wyszło mi to na plus, bo ograniczyła opowieści, jak życie pokarało mojego brata taką siostrą humanistką" - przekonuje Aneta, która sama jest dziś mamą pierwszoklasisty.

"Gdy ją zobaczyła, zaczęła płakać"

W olsztyńskim liceum doszło do sytuacji, w której uczniowie przepisywali się do innych szkół z powodu jednego przedmiotu. "Trzeba przyznać, że nauczycielka od chemii budziła postrach. Jej lekcje polegały na tym, że musieliśmy przepisywać do zeszytu treść wyświetlaną na rzutniku. Kto nie zdążył, ten miał problem. Niewiele tłumaczyła, więc w praktyce większość uczniów uczyło się w domu, albo chodziło na korepetycje. Jak wyczytała, kto ma podejść do tablicy, uczniowie drżeli. W rzeczywistości niektóre zabiegi miały chyba na celu ułatwienie jej pracy. Wszystkie testy, nawet te, w których trzeba było rozwiązać skomplikowane równania, były testami wielokrotnego wyboru z liczbą zadań, których nie dało się rozwiązać w ciągu 45 minut. Jeśli końcowy wynik był błędny, nie było szansy nawet na pół punktu, za dobry tok myślenia. Wszystko skonstruowane tak, by klasówki sprawdzało się szybko i przyjemnie. Nauczycielka chętnie wytykała wszystkim błędy, była surowa i połowa klasy miała u niej zagrożenia. Znajoma z powodu tej kobiety przeniosła się do szkoły prywatnej. Niestety, po wejściu do klasy na pierwszych zajęciach z chemii zrozumiała, że ta sama nauczycielka pracuje też w tej drugiej szkole. Dla uczennicy był to tak wielki szok, że nawet nie usiadła w ławce, ale wybiegła z pomieszczenia. Potem przepisała się ponownie. Tym razem do innej klasy" - twierdzi Maria i dodaje, że sama nigdy nie chciałaby wrócić na jej lekcję.

"Wuefista spał pijany"

Nasza czytelniczka Zosia przyznaje, że w dzieciństwie najbardziej bała się wuefisty i to wcale nie dlatego, że był wymagający. "Najbardziej bałam się w gimnazjum pana od WF-u. Wszyscy wiedzieli, że jest alkoholikiem i w szkole też popija. Pamiętam go dobrze. Chodził w dresie z lat 70. z błyszczącego poliestru i w halówkach, ale pod szyją miał zawsze zawiązaną elegancką apaszkę. Nigdy nie był agresywny, wręcz raczej miły w obyciu, jednak jak dziecko w kontakcie nawet z miłym pijanym jest nieufne. Nie miałam z nim lekcji, ale zawsze bałam się, gdy to mnie pani wysyłała po piłki do kantorka wuefistów. Zawsze prosiłyśmy, aby chodzić w parach, że niby piłki ciężkie. Pani zgadzała się, nie znała prawdziwego powodu. Poszła fama po szkole, że pan od WF-u lubi spać pijany w kantorku. Każda z nas bała się, że gdy zapali światło, pan będzie spał na krzesełku. Wydawało się, że każdy o tym wie. Dorośli musieli czuć od niego woń alkoholu, która wyraźnie przebijała się przez intensywny zapach wody kolońskiej. My czuliśmy. Władzom szkoły zajęło dwa lata zwolnienie tego pana" - wyznaje.

Więcej o:
Copyright © Agora SA