"Po urodzeniu dzieci zostałam w domu, bo chciałam". Teściowa nie wytrzymała: Jesteś leniwa

Niektóre mamy po urodzeniu dzieci nie chcą wracać do pracy. Przynajmniej do czasu, kiedy trochę nie "odchowa" swoich pociech. Okazuje się, że niektórym jednak bardzo to przeszkadza.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na Gazeta.pl
Są mamy, które nie mają wyboru i po roku urlopu macierzyńskiego muszą wrócić do pracy. Wtedy są zmuszone oddać swoje pociechy pod opiekę innych. Jest znacznie łatwiej, gdy dziecko zostaje z babcią, dziadkiem, czy innym krewnym. Niestety w wielu przypadkach konieczne jest wynajęcie niani lub wysłanie malucha do żłobka.

Zobacz wideo Wolny czas po przedszkolu? Jak go wykorzystują dzieciaki?

Zdarza się, że kobieta wspólnie z ojcem dziecka, podejmują decyzję, że zostanie w domu, do czasu, aż pociecha nieco podrośnie i np. pójdzie do przedszkola czy szkoły. Tak ustaliła nasza czytelniczka Anna, mama 5-letniego Jasia i 2-letniej Oliwki.

Gdy urodziłam Jasia, zmieniły się wszystkie moje priorytety. Przez kilka lat pracowałam w biurze projektowym, miałam fajny zespół, dobre zarobki i nie ma co ukrywać - mało czasu na cokolwiek innego. Praca dawała mi jednak mnóstwo satysfakcji i oddawałam jej całą siebie. Nawet gdy zaszłam w ciążę, to pracowałam przez 7 miesięcy, później niestety ból pleców był na tyle dokuczliwy, że musiałam iść na zwolnienie

- wspomina Anna. Gdy w 2018 roku na świat przyszedł jej synek, kobieta całkowicie zmieniła swoje życie. Zmieniła eleganckie sukienki i garsonki na wygodny dres, zaczęła gotować (choć dotychczas żywiła się jedynie na mieście), a siłownię zastąpiły jej długie spacery i noszenie maleństwa na rękach. I... była tym zachwycona!

Kobieta odnalazła się w roli mamy

Niesamowicie odnalazłam się w roli mamy. Przypływ miłości, jaki pojawił się z urodzeniem Jasia, był czymś niezwykłym. I chociaż był wymagającym niemowlęciem, to naprawdę uwielbiałam się nim zajmować. Nie wyobrażałam sobie, żeby mógł robić to ktokolwiek inny. Dlatego niemalże od razu postanowiliśmy wraz z mężem, że do czasu, aż synek podrośnie, zostanę na urlopie wychowawczym.

- opowiada mama Jasia. Gdy została z dzieckiem w domu, sporo osób się dziwiło, jednak jak przyznaje nasza czytelniczka "chyba zakładali, że stara się o drugie dziecko", więc obyło się bez większych komentarzy i pytań, dlaczego nie wraca do pracy.

Po trzech latach kobieta doczekała się córeczki. Mimo to nie wysłała Jasia do przedszkola, postanowiła, że będzie zajmować się dwójką dzieci. Uniknie też w ten sposób wszystkich chorób, które syn przynosiłby z przedszkola.

Uważałam, że Jaś nie jest jeszcze gotowy na rozłąkę ze mną. Poza tym, jakby się poczuł, że urodziła się siostra i mama go oddaje do przedszkola, bo jest nowe dziecko? Nie, to nawet nie wchodziło w grę. Więc wstrzymaliśmy się z przedszkolem. Mamy duże podwórko, mnóstwo miejsca do zabaw i możemy naprawdę fajnie spędzać razem czas. Przychodzą do nas dzieci sąsiadów i znajomych, więc nie jest tak, że Jasiek jest odizolowany od nich

- wyjaśnia Anna. Planuje wysłać syna dopiero do zerówki. Niestety nie wszyscy rozumieją jej podejście. Wiele osób nie rozumie, dlaczego nie wraca do pracy i nie odda dzieci do żłobka i przedszkola.

Mama i dzieckoMama i dziecko Shutterstock, autor: Yavdat

Ludzie uważają, że mają prawo komentować życie innych i udzielać "dobrych rad"

Mnóstwo krewnych i znajomych daje sobie też prawo do komentowania tej sytuacji, a nawet niekiedy obrażania Anny. Chociaż nie ma co ukrywać, przecież to nie ich sprawa.

Gdy Oliwka skończyła roczek, zaczął się koszmar. Wszyscy pytali mnie, czy w końcu wrócę do pracy, że powinnam to zrobić, że kto to widział tyle czasu siedzieć w domu. Koleżanki mówią, że marnuję potencjał. Teściowa najpierw delikatnie sugerowała mi, bym zmieniła decyzję, aż w końcu otwarcie mi powiedziała, że to czyste lenistwo, by tyle lat siedzieć w domu. Uważa, że syn się musi zaharowywać przez moją fanaberię

- wyjaśnia nasza czytelniczka. I tłumaczy też, że zajmowanie się domem i dziećmi to też praca, ciężka i całodobowa. Jej dzieci nie chodzą do przedszkola, ale nie siedzą i nie oglądają bajek. Anna stara się rozwijać ich umiejętności, organizuje im różne zajęcia i atrakcje.

Mąż popiera swoją żonę i odpowiada mu cała sytuacja. Dzieci są dopatrzone, szczęśliwe, tak samo, jak ich mama. Zarabia wystarczająco, by zapewnić byt rodzinie. Mężczyzna uważa, że Anna nie powinna się w ogóle przejmować komentarzami, a jak jej nie pasują, to mówić ludziom otwarcie, żeby pilnowali swojego nosa.

Staram się odpierać ataki innych, ale przyznaję, że większe spotkania rodzinne są dla mnie gehenną. Nie chce mi się po raz setny tłumaczyć ciotkom i wujkom, że jak to może być, że młoda i wykształcona kobieta siedzi w domu, zamiast robić karierę. Szanuję kobiety, które potrafią pogodzić rolę matki i doskonałej pracownicy, ja chyba nie potrafię, a na pewno nie chcę, więc dokonałam wyboru. Kiedyś wrócę do pracy, ale nie wiem, czy to będzie za rok, czy za dwa.

- wyjaśnia mama Jasia i Oliwki. Przykre jest bez wątpienia też to, że część znajomych się od niej odsunęła. Zapewne dlatego, że jej życie kręci się głównie wokół dzieci, nie może poopowiadać żadnych ciekawych zdarzeń z pracy, czy ploteczek. Jej zdaniem cała ta sytuacja mocno zweryfikowała jej prawdziwych przyjaciół: "Wolę mieć jedną prawdziwą przyjaciółkę, niż dziesięć takich, które odzywają się, jak czegoś chcą. A ode mnie nie ma zbytnio czego chcieć, chyba żebym im dzieci przypilnowała" - stwierdza Anna.

Dawniej kobiety zajmowały się domem i wychowywaniem dzieci, co było normalne. Później krytykowano je, bo zaczęły robić kariery zawodowe i się rozwijać na wielu płaszczyznach. Teraz, jeśli któraś się wyłamie, to znów jest "nie tak, bo inaczej". A może warto w końcu dać ludziom żyć po swojemu i zająć się swoimi sprawami, zamiast udzielać rad, których nikt nie chce i nie potrzebuje? Niech każdy żyje tak, jak chce.

Więcej o:
Copyright © Agora SA