Rodzina z piątką dzieci adoptowała staruszka. "Chciał pomóc nam w remoncie"

Zazwyczaj staruszkowie nie mają w sobie zbyt wiele optymizmu i energii do życia. Większość narzeka na biegające i krzyczące dzieci za oknami. Tego samego obawiała się mama piątki dzieci. Już po pierwszym spotkaniu pozbyła się wszelkich wątpliwości. Nikt nie przypuszczał, że sytuacja przybierze taki obrót.
Zobacz wideo Aleksandra Żuraw zdradza, jak jej mąż odnalazł się w ich życiu z córką Apolonią. "Ma ogromne serce, dlatego zmieściłyśmy się w nim obie"

Życie niektórych ludzi może zainspirować do stworzenia filmowego hitu lub do złudzenia przypomina znany już scenariusz. Różnica jest tylko taka, że tu nikt nie może zrobić cięcia i powtórzyć akcji, bądź wprowadzić zmian i zagrać jeszcze raz. Tu wszystko dzieje się na żywo. Emocje są prawdziwe, sytuacje pisze samo życie, a z przeszkodami trzeba się uporać samodzielnie. Tak było z Sharaine Caraballo i jej mężem Wilsonem - kupili swój pierwszy dom w Pawtucket w stanie Rhode Island i przeprowadzili się tam wraz z pięciorgiem dzieci. Najbardziej obawiali się o to, jak sąsiedztwo zareaguje na ich głośne i żywiołowe dzieci oraz czy nie będą mieli spięć ze staruszkiem mieszkającym najbliżej. 

Więcej ciekawych informacji znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Obawiała się jak zareagują sąsiedzi na jej gromadę dzieci, nie spodziewała się, że zyskają kolejnego członka rodziny

Jej obawy bardzo szybko rozwiało pukanie do drzwi zaraz po tym jak się zjawili w nowym domu. Na ganku stał staruszek, miał ze sobą drabinę i zaoferował pomoc w drobnych naprawach w domu. Jego ulubionym zajęciem było majsterkowanie, dzięki temu jakoś zajmował sobie wolny czas i czuł, że robi coś pożytecznego. Niedługo po tym spotkaniu małżeństwo dowiedziało się, że staruszek ma na imię Paul i niedawno został wdowcem. Jego żona zmarła zaledwie 6 miesięcy wcześniej, przed ich przeprowadzką. Paul odwiedzał ich często. Okazało się, że kobieta niepotrzebnie się martwiła. Staruszek zwierzył się, że uwielbia wielkie rodziny i gwar, który im towarzyszy. To przypominało mu swoje początki, gdy zakładał rodzinę wspólnie z żoną. 

 
 

Już po pierwszych spotkaniach przestał być sąsiadem, a stał się "dziadkiem" Paulem

Od pierwszych spotkań Paul zaskarbił sobie miłość pięciorga dzieci. Traktowali go jak swojego dziadka. Rodzice nazywali go "wujkiem Paulem". Jakoś naturalnie przyszło im "adoptowanie" sąsiada. Nie ma dnia, którego nie spędziliby razem z dziadkiem. Od dawna nie jest już uważany za sąsiada, a za pełnoprawnego członka rodziny. Jedzą razem obiady, spędzają wspólnie święta i wszystkie ważne i mniej ważne chwile. Para w jednym z wywiadów powiedziała o nim:

Przychodził z narzędziami. Przynosił śrubokręty i uczył Wilsona, jak naprawić garaż, a Wilson zastosował się do wszystkich jego rad. Sharaine powiedziała, że Paul nie jest już tylko sąsiadem. Mężczyzna, który ma do opowiedzenia całe mnóstwo historii całymi dniami, jest częścią rodziny i jest zapraszany na każdy rodzinny obiad, wspólne gotowanie i świąteczne spotkania.

Internauci darzą staruszka ogromną sympatią. Wysyłają mu wiele ciepłych słów, nie zapominając o całej rodzinie. Mogą być wzorem i inspiracją dla innych.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.