Pielęgniarka powiedziała, że ich córeczka nie żyje. Odwołała te słowa po 15 minutach

Ten ojciec przeszedł podwójny szok. Najpierw powiedziano mu, że córka nie żyje, później, że jednak to nieprawda, ale lepiej, aby z żoną szykowali się na najgorsze. Nikt nie spodziewał się, że ta historia może mieć szczęśliwy finał.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na Gazeta.pl
Ciąża jest nie tylko czasem radości, ale też wielu obaw. Przyszli rodzice boją się, czy dziecko urodzi się zdrowe, poród przebiegnie prawidłowo i czy poradzą sobie w nowej roli.

Zobacz wideo Usiadłam na wózku i zobaczyłam Warszawę na nowo. Jest tylko dla młodych, zdrowych i silnych osób...

Portal honey.nine.pl opisał historię rodziców, którzy przeszli prawdziwą traumę. Hiam Darcy była w 36. tygodniu ciąży, wraz z mężem spodziewali się drugiego dziecka. Kobieta nie czuła ruchów dziecka, dlatego pojechali na USG, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku z ich maleństwem. Podczas badania lekarka kazała jak najszybciej jechać do szpitala.

Dziecko miało trochę kłopotów. Okazało się, że Hiam musi mieć szybkie cesarskie cięcie

- opowiada Joe, partner kobiety.

Po przyjeździe do szpitala ciężarna trafiła od razu na stół operacyjny. Po jakimś czasie do Joego przyszła pielęgniarka i przekazała mu druzgocącą wiadomość: "Przepraszam, straciliśmy ją" - powiedziała. Mężczyzna najpierw myślał, że chodzi o jego żonę, jednak pielęgniarka powiedziała, że chodzi o córeczkę.

sala operacyjna - zdjęcie ilustracyjnesala operacyjna - zdjęcie ilustracyjne Fot. Łukasz Giza / Agencja Wyborcza.pl

Dziecko straciło dużo krwi

Okazało się, że dziecko miało krwotok płodowo-matyczny i traciło krew. Gdy lekarze wyjęli ją z brzucha matki, okazało się, że ma tylko 30 ml krwi, szybko uznali dziewczynkę za zmarłą. Nagle na sali rozbrzmiał alarm. Pielęgniarka ponownie pobiegła na salę operacyjną. Wtedy okazało się, że dziecko jednak żyje.
Malutka Eva była reanimowana i podłączona do aparatury podtrzymującej życie. Joe nie mógł uwierzyć, gdy po kilkunastu minutach znów przyszła do niego pielęgniarka, tym razem powiedzieć, że dziecko żyje, ale nie ma dobrych wieści. Okazało się, że dziewczynka ma zaledwie 1 proc. szans na przeżycie.
W kolejnych dniach maleństwu były wykonywane liczne badania. Lekarze mówili, że, nawet jeśli przeżyje, to będzie miała "bardzo niską jakość życia", ponieważ doszło do uszkodzenia mózgu. Kazali rodzicom pożegnać się z dzieckiem i szykować na najgorsze.

Nie miałem ich serca, aby to zrobić, ale ciągle powtarzali ona i tak ma globalne uszkodzenie mózgu, więc zaplanuj pogrzeb

- wspomina Joe.

Rodzice zdecydowali się ochrzcić córeczkę i zaczęli myśleć o pogrzebie. Gdy doszło do wyłączenia urządzenia, podtrzymującego życie zdarzyło się jednak coś niesamowitego.

Po godzinie nadal oddychała samodzielnie. Przyszedł lekarz, wystawił palec, a ona zaczęła ssać jego palec, szukając jedzenia. (...) Nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego i jak to się stało... To była jedna z tych rzeczy typu jedna na milion

- mówi ojciec Evy. Wbrew temu, co mówili lekarze, dziecko miało ogromną wolę życia. Stan dziewczynki zaczął się poprawiać. Po tygodniu od odłączenia aparatury, dziecko mogło wraz z rodzicami opuścić szpital.
Rodzice wiedzieli, że u ich córeczki zdiagnozowano porażenie mózgowe. Postanowili zrobić wszystko, by ich pociecha rozwijała się jak najlepiej. Rozpoczęli nowoczesną terapię, Joe zrezygnował z pracy, by móc w pełni poświęcić się dziecku.

Po jakimś czasie okazało się, że porażenie mózgowe Evy jest bardzo łagodne, dotyczy głównie nogi i stopy. Nie przeszkadza to jej jednak w uprawianiu wielu sportów, czy chodzeniu do szkoły. Zachowuje się jak jej rówieśnicy.
Historia dziewczyny zainspirowała jej szkołę do wzięcia udziału w STEPtember, w którym uczestnicy będą zbierać pieniądze na ważne badania nad porażeniem mózgowym. Do akcji włączyło się łącznie 120 tys. osób, które chcą zebrać łącznie 10 mln dolarów.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.