Jak nie dać się zrujnować na szkolnej wyprawce? Nie słuchać dziecka: "Ale ja chcę noweeeee"

Środki z programu "Dobry start" można w sklepie papierniczym wydać w kilka chwil i nie kupić nawet połowy tego, co dziecko potrzebuje do szkoły. Można też podejść do zakupów zdroworozsądkowo i najpierw sprawdzić, co zostało z zeszłego roku.

Więcej tematów związanych z życiem rodzinnym na stronie Gazeta.pl

Od czego zacząć kompletowanie szkolnej wyprawki? Najlepiej od zaprzestania jęczenia, że to koszmarnie duży wydatek. Wiadomo, że dla jednego "drogo" oznacza coś zupełnie innego, niż dla drugiego, jednak przy odrobinie zdrowego rozsądku szkolna wyprawka nie musi się wiązać z koniecznością zrobienia gigantycznej dziury w domowym budżecie. Nie musi, ale może. Każdy rodzic jest panem swojego portfela i konta bankowego i decyduje o tym, na co wydaje. Poza tym wychowanie dzieci było, jest i będzie drogie.  Szalejąca inflacja nie pomaga w tej sytuacji, co nie oznacza, że początek kolejnego roku szkolnego musi się wiązać z wizją bankructwa i głodowej śmierci domowników. Dochodzi do tego umiejętność oddzielenia tego, co dziecko chciałoby, żeby rodzic mu kupił, od tego, co sam rodzic chce mu kupić, i tego, co rzeczywiście jest niezbędne, żeby dziecko mogło realizować obowiązek szkolny. Ci, którzy uważają, że szkolna wyprawka kosztuje majątek, chyba nigdy nie byli z dzieckiem u dentysty lub ortodonty.

Zobacz wideo Jak rozpoznać, że dziecko ma autyzm? "Układanie samochodzików w rzędzie, machanie rączkami"

Czego rodzice kupować nie muszą? 

Okazuje się, że wielu rzeczy. Przede wszystkim podręczników i ćwiczeń. Uczniowie szkół podstawowych dostają je w swoich placówkach. Książki czasem są używane przez dwa roczniki, ćwiczenia zawsze są nowe. To oszczędność rzędu kilkuset złotych. Nie muszą kupować także nadmiaru przyborów szkolnych: zeszytów, kredek, farb, bloków, notatników, flamastrów, zestawów linijek etc. Listę tego, co w rzeczywistości będzie potrzebne w ciągu roku szkolnego dostaną od swoich wychowawców. I z pewnością na tej liście nie znajdą się drogie zeszyty z limitowanych kolekcji modnych marek, plecaki za kilkaset złotych, śniadaniówki i bidony ze snobistycznych sklepów internetowych, gadżety, od których w sklepach papierniczych uginają się półki: zakładki do książek, kolorowe zakreślacze, korektory za bezcen, czy drogie długopisy, które w końcu i tak zostaną zgubione. Ci, którzy nie lubią się niepotrzebnie rozstawać z pieniędzmi mogą też zrobić przegląd tego, co zostało z zeszłego roku. Być może plecak jest jeszcze ok. i nie trzeba kupować nowego? Podobnie z piórnikiem, śniadaniówką i bidonem. Kredki czasami wystarczy po prostu natemperować, odszukać na dnie szuflady dobre długopisy, ołówki i flamastry. 

Można taniej, ale można też drożej

Na liście znajdzie się zapewne kilka zeszytów (do kupienia za około złotówki w popularnych dyskontach), farby plakatowe (ok. 10 zł), zestaw pędzli (ok. 12 zł), linijki, ołówki, kredki i długopisy. Wszystko do kupienia w rozsądnych cenach i promocjach, które zdają się nie kończyć. Przy odrobinie szczęścia można je znaleźć taniej, można też kupić znacznie drożej. Np. zeszyty drogich marek w twardych okładkach (dodatkowe kilogramy do dźwigania w plecaku) z efektownymi rysunkami potrafią kosztować nawet po 40 zł za sztukę. Plecak nowej linii popularnej marki może być wydatkiem nawet 400 zł, nie trzeba też długo szukać, żeby znaleźć bidon za 200 zł i śniadaniówkę za tyle samo. Decyzja rodziców. 

Dodatkowe nie oznacza konieczne

U nas z zeszłego roku został plecak z symbolami "Harry’ego Pottera" ("Mamo, ja nigdy go nie wymienię na inny!"), podobnie piórnik i śniadaniówka. Wszystkie wymagały lekkiego przeprania, ale wyglądają jak nowe. Bidon? ("Nie chcę nowego, mój z piłkarzami jest najlepszy na świecie, wszyscy mi go zazdroszczą").  Niemal nietknięte farby, trzy niewykorzystane zeszyty, klej i flamastry. Zapewne trzeba będzie kupić nowe kredki, bloki, nożyczki, które gdzieś się zgubiły i zapas gumek do ścierania, bo te akurat często się gubią. Strój na WF? W szafie nie brakuje T-shirtów i krótkich spodenek. Bez problemu zmieścimy się w środkach z programu "Dobry start". Buty? Jak najbardziej - na tym nie oszczędzamy, jednak nie są potrzebne wyłącznie do szkoły. Na co dzień też trzeba jakieś kupić. A kapcie? Kupimy trampki za 50 zł, bo po kilku miesiącach i tak będą się nadawały do wyrzucenia. Co jeszcze? Dodatkowy angielski, piłka nożna i basen. Ale to nie jest konieczność wynikająca z obowiązku szkolnego, a moja decyzja. Nikt nie zmusza mnie do wydawania kilkuset złotych miesięcznie na zajęcia dla dzieci. A przy okazji moje dziecko jest też małym cwaniakiem. Wie, że jeśli nie kupimy kusząco niepotrzebnych jeszcze ekierek, czy cyrkli, to te pieniądze będziemy mogli wydać na coś innego. 

Dzieci są podatne na efekt nowości, zwykle chcą iść do sklepu i jęczą: "Ale ja chcę nooooooowe..." I tu jest przestrzeń dla rozsądku rodzica. Może wydać majątek na szkolną wyprawkę dla swojej pociechy, jeśli wie, że go na to stać. Może też odmówić przepłacania lub kupowania niepotrzebnych przyborów i gadżetów. Niestety coraz częściej zdarzają się tacy rodzice, którzy uważają, że ich nie stać, że kolejne zakupy są niepotrzebne, a i tak je robią. Często dlatego, żeby nacieszyć swoje oko i potem ze zbolałą miną wyliczać horrendalne wydatki. Mogą to robić nawet co roku, niektórzy to robią. Ale po co? 

Więcej o:
Copyright © Agora SA