Z grobu niepełnosprawnej Marianki ktoś ukradł jej ulubioną żyrafę. "Jaką trzeba być mendą"

Monika Skiba to mama Marianki. Jej córeczka zmarła siedem miesięcy temu. Grobu dziewczynki pilnowały dwie żyrafy - Dżizel i Tomcio. - Jedna z nich była ostatnią zabawką, której dotykało moje dziecko. Taka ostatnia pamiątka, była przy Mery do ostatniej chwili - opowiada Monika. Obie żyrafy miały przywiązane kamienie, by nie zwiał ich wiatr. Zabawki ktoś ukradł.

Z Moniką Skibą rozmawiałam w marcu. Cały czas nie docierało do niej, że Marianki już nie ma. Mówiła wtedy, że najchętniej schowałaby się pod kołdrą i z nikim nie rozmawiała. 

Życie z Marianką było gehenną. To nie było życie. Ale chociaż z nią było bardzo ciężko, bez niej jest milion razy trudniej. Pocieszające jest jedynie to, że moje dziecko już nie cierpi. To mnie jeszcze jakoś trzyma w ryzach.

- mówiła mi Monika.

Monika straciła śmiertelnie chorą córkę. Państwo zostawiło ją z niczym"Już nie cierpisz, córeczko". Mama Marianki z płaskomózgowiem: To nie było życie, to była gehenna

"Nadal staram się przetrwać każdy dzień"

Siedem miesięcy po śmierci Mery Monika nadal czuje, jakby jej córka odeszła wczoraj. "Staram się przetrwać każdy dzień bez niej. To jak survival. (...) Gdyby ktoś mi teraz powiedział, że za pięć minut mogę dołączyć do niej w niebie, to poprosiłabym tylko o czas, żeby znaleźć dom moim psom. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, zrobiłabym to bez zastanowienia. Życie z nią było ekstremalne, ale bez niej jest dużo trudniejsze" - przyznaje. 

Monika stara się walczyć o siebie - chodzi na terapię, treningi, spotyka się z przyjaciółmi. Najbliższe osoby postanowiły zresztą pomóc mamie Mery i zgłosiły ją do programu "Totalne remonty Szelągowskiej". Wcześniej wszystkie pomieszczenia w domu były przygotowane pod potrzeby niepełnosprawnej dziewczynki, sama Monika mówiła o nich "nasz OIOM". 

Jestem niesamowicie wdzięczna, mam najlepszych przyjaciół na świecie. Mieszkanie mam teraz wręcz katalogowe, nie wchodzę już jak na nasz OIOM. Ale niektórym ludziom się wydaje, że skoro mam piękne mieszkanie, to powinnam być zadowolona, nie mieć depresji i że ten remont załatwił wszystko. A przecież to nadal te ściany. Ciuszki Mery, z którymi nie potrafię się rozstać, jej zdjęcia. Nadal mam chwile, że wchodzę tu, siadam i ryczę. Może i dla niektórych to aż siedem miesięcy, ale to ja nosiłam Mariankę pod sercem, ja żyłam z nią przez sześć lat i nie dam rady zmienić swojego myślenia w tak krótkim czasie

- mówi Monika.

Żyrafki Mery

Na cmentarzu jest często. Zazwyczaj trzy, cztery razy w tygodniu. Grób Mery odwiedzają też przyjaciele Moniki. Przez cały czas strzegły go też dwie pluszowe żyrafki. 

-  Jedna z nich, Dżizel, to ulubiona zabawka Marianki. Dostała ją od społeczności kościelnej, której przewodniczy Dominik Chmiel. To wolontariusze, którzy przez wiele lat dostarczali nam niezbędne rzeczy i nas wspierali. Dżizel cały czas leżała przy Mery w domu, przeszła z nią wizyty w szpitalach, była w ostatnich chwilach. Z tą żyrafą poszłam na pogrzeb. Trzymałam ją cały czas, szłam z nią w pochodzie, odstawiłam przy zdjęciu Marianki przy urnie. Przetrwała śniegi, huragany, które zrywały dachy. Po wielu miesiącach nie była nawet naznaczona czasem. (...) Zawsze, jak wychodziłam z cmentarza, mówiłam do Dżizel, żeby pilnowała Mery i porządku. Wiem, że to głupie, ale przecież to ostatnia rzecz, której dotykała moja córka... - opowiada Monika.

Do żyrafki przywiązała solidny kamień. Zależało jej, żeby zabawki nie zdmuchnął wiatr. Podobnie zrobili w przypadku tęczowego Tomcia.

- Z tą żyrafką też wiąże się historia. Mery dostała ją od przyszywanej babci Beatki. 30 czerwca Marianka obchodziłaby szóste urodziny. Długo zastanawiałam się, co robić tego dnia. W pierwszej chwili myślałam o mszy, ale to przecież godzina katorgi, przypominania. Nie chciałam w ten sposób uczcić tej daty. Rozmawiałam o tym z moją pani psycholog. Zapytałam, co powinnam zrobić. Przecież to szóste urodziny, których Mery nie dożyła. Psycholożka zapytała mnie, jak normalnie spędziłabym ten dzień z Marianką. A ja odpowiedziałam, że byłaby wielka impreza, bo Mery uwielbiała dzieci, hałas. Zawsze się wtedy śmiała. Zaprosiłabym przyjaciół, byłby sernik, balony, kolory. Pani doktor powiedziała mi - więc proszę to zrobić. Posłuchałam - wspomina Monika.

Niemal natychmiast wysłała sms-y do wszystkich znajomych i zaprosiła na urodziny Marianki. Chciała, żeby było wesoło, by każdy opowiedział śmieszną historię związaną z Mery. Były różowe (bo to ulubiony kolor Marianki) balony, dmuchana szóstka, prezenty.

- Umówiłam się z Beatką i naszym sąsiadem Tomkiem, że pojedziemy rano na grób. Przyszywana babcia zawsze sprawiała Mery jakieś niespodzianki. Tym razem przyniosła tęczową żyrafkę. Były też kwiaty, bo Mery bardzo lubiła rośliny. Pluszaka nazwałyśmy Tomcio na cześć naszego sąsiada, który zawsze nam pomagał - opowiada. 

Kolorowe balony w dniu urodzin MeryKolorowe balony w dniu urodzin Mery fot. archiwum prywatne

Zabawki ktoś ukradł. "To była ostatnia rzecz, jakiej dotykało moje dziecko"

Niedawno Monika miała intensywny czas przed zabiegiem. Niemal codziennie była w klinice na badaniach, więc nie odwiedzała Mery przez kilka dni. Kiedy przyszła po tym czasie na cmentarz okazało się, że zabawki ktoś ukradł. "Niestety ulubiona żyrafa Mary Dżizel oraz tęczowa żyrafa Tomcio zniknęły. Dżizel miała na sobie różową chustkę Mary specjalnie dla niej uszytą oraz crossfitową opaskę silikonową. Nie kumam tego, delikatnie mówiąc: jestem wkurzona, chce mi się płakać" - napisała Monika.

To były przecież prezenty od ludzi, którzy tak nas wspierali, prosto z serca. Jedna żyrafka, która trwała z Mery przez te wszystkie lata i najgorsze chwile, a druga na cześć jej szóstych urodzin. Nie mieści mi się w głowie, że ktoś mógł je tak po prostu zabrać

Monika przyznaje, że kiedy zauważyła, że żyrafki zniknęły, siedziała na grobie i płakała. Sprawdzała, czy nie wpadły za pomnik, między inne nagrobki. Chodziła przez kilka godzin, żeby przeszukać inne alejki. - Ale na pomniku było wszystko poprzestawiane. Więc ktoś musiał po prostu wejść, poprzesuwać rzeczy, którymi te zabawki były zablokowane i je po prostu zabrać - mówi.

Mama Mery dodaje, że ma kontakt z wieloma rodzicami, którzy stracili ciężko chore dzieci. - Wiesz, oni kontaktują się ze mną i piszą, że im też zdarzyły się takie sytuacje. Że ktoś ukradł z grobu zabawkę, pamiątkę. Zrozumiałabym jeszcze, żeby ktoś zarąbał jakiś kosztowny znicz, byłam na to przygotowana. Ale teraz czuję, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca. Ktoś zabrał ostatnią rzecz, jakiej dotykało moje dziecko. Gdybym spotkała osobę, która ukradła nam te żyrafy, zabrałabym ją do siebie do domu na kawę i opowiedziała jej naszą historię. Myślę, że to by wystarczyło. Opowiedziałabym historię małej, wielkiej wojowniczki i tego, jak duże znaczenie ma każda rzecz. Nie tylko dla mnie, ale też dla ludzi, którzy mają śmiertelnie chore dzieci. Jak wielkie znaczenie może mieć mała żyrafka - mówi Monika.

***

Podobnie jak mama Marianki, staram się myśleć pozytywnie. I podobnie jak ona wierzę, że jej apel trafi do złodzieja żyrafek. Jeśli to czytasz, odnieś zabawki na grób Mery. Cmentarz Służew Nowy w Warszawie, ul. Wałbrzyska. Marianna Praszek, alejka 21/ 22, grób numer 31.

Ukradzione zabawki MeryUkradzione zabawki Mery fot. archiwum prywatne

Więcej o: