Ojciec w sklepie krzyknął na małe dziecko: Stul pysk! Nikt nie zareagował

Są sytuacje, w których nie umiemy znaleźć dobrych rozwiązań. Obwiniamy się po wszystkim, że mogliśmy zachować się inaczej. Napisała do nas czytelniczka, która ma podobne odczucia, po doświadczeniu nieprzyjemnego doświadczenia w przestrzeni publicznej.

Poniżej publikujemy pełną treść listu:

"Starszy chłopiec spuścił głowę, młodszy przestał mówić"

Było sobotnie popołudnie i mimo tego, że supermarket nie jest moim pierwszym wyborem przy planowaniu weekendu, wypadł właśnie dzień w miesiącu, w którym musieliśmy uzupełnić zapasy i zrobić duże zakupy.

Spokojnie przechodziliśmy z alejki do alejki, sprawnie wrzucaliśmy do koszyka potrzebne produkty. W sklepie było sporo osób. Całe rodziny, pary, osoby robiące zakupy w pojedynkę. W jednej z alejek minęłam mężczyznę, pchał wózek, a obok szedł starszy syn. Chłopiec w wózku mógł mieć około dwóch lat. Nie wyróżniali się niczym, ojciec był może nieco nachmurzony, a dziecko w wózku próbowało chyba coś dość wyraźnie zakomunikować. Piszczało, mówiło coś, kręciło się. Ot, dziecięca energia i sposób komunikacji.

Nie dla wszystkich jednak zachowanie dziecka było ok. Najgorsze, że tą osobą był sam ojciec. W pewnym momencie krzyknął głośno i przemocowym tonem: Stul pysk!

Zmroziło mnie, klienci zwrócili na mężczyznę spojrzenia. Ja patrzyłam na dzieci, starszy chłopiec spuścił głowę, młodszy przestał mówić. Zrobiło mi się tak strasznie przykro, ale nie zareagowałam. Ani ja, ani inni ludzie z alejki. Ojciec szybko poszedł dalej, a my zostaliśmy ze swoim rozgoryczeniem i wyrzutami sumienia.

Dlaczego nie zareagowaliśmy?

W domu rozmawiałam o tym z partnerem. Dlaczego nie zareagowaliśmy? I co mogliśmy powiedzieć? Co zrobić? Obok była nasza trzyletnia córka, nie do końca chyba świadoma agresji tego człowieka. W tamtej chwili pochłonął ją bardziej wybór smaku lizaków. To jednak nie jest jej rola i odpowiedzialność, a nasza dorosłych. I my słyszeliśmy, w jaki sposób ojciec zwrócił się do tego dziecka. Czy nie weszliśmy z nim w konflikt, żeby nie przelewać jego emocji na naszą córkę? Być może.

Nie wiem, kim był. Nie wiem, jakim ojcem jest na co dzień. Nie wyglądał inaczej niż my, dzieci były zadbane. Czy po prostu nie potrafił zapanować nad swoją złością w tamtej, konkretnej chwili? A może, jeśli w taki sposób krzyknął na dziecko w przestrzeni publicznej, za zamkniętym drzwiami jest o wiele gorzej? To bardzo trudne pytania, na które nie znamy odpowiedzi.

Przyzwolenie społeczne na takie zachowania jest wciąż żywe. Tłumaczymy się na różne sposoby, nie chcemy ingerować dla własnego komfortu, bezpieczeństwa. I czasami to uzasadnione sytuacje, na przykład wtedy, kiedy doświadczamy takiej sytuacji samotnie. I nie mamy wsparcia grupy. Tutaj było inaczej, ludzi było więcej i wszyscy zatrzymali się w zdumieniu, kiedy usłyszeli krzyk mężczyzny. A jednak nikt nie podszedł.

Macie podobne doświadczenia? A może zupełnie inne? Wasze zdanie jest dla nas ważne, piszcie do nas na adres: edziecko@agora.pl

Więcej o: