"Byłam wychowawczynią na koloniach. To była najcięższa praca w moim życiu"

Magdalena Woźniak
Kolonie to wyjazdy, które od lat tworzą wspomnienia kolejnych pokoleń. Zamiast do dziadków na wieś, dzieci jeżdżą na zorganizowane wyjazdy zapewniające im szereg atrakcji. Dobrą rzeczą jest, kiedy dziecko ma zapełniony czas. Dla opiekunów na koloniach to odpowiedzialna praca, która nie ma nic wspólnego z zabawą.

Napisała do nas młoda pedagożka, która po trzech latach studiów wyjechała po raz drugi na kolonie, jako opiekunka. Drugie i ostatnie, bo jak sama pisze: "To była najbardziej wymagająca praca w jej życiu".

Zobacz wideo Nieoczywiste miejsca nad wschodnim Bałtykiem [VLOG]

Poniżej publikujemy pełną treść listu:

Spontaniczne zatrudnienie, wysokie wymagania

Pracę otrzymałam w jeden dzień, dosłownie. Szukałam czegoś dorywczego na okres wakacji, jednemu z największych biur organizujących kolonie w Polsce zwolniło się miejsce w zespole. Brakowało im kadry, ja potrzebowałam pracy. Planowałam jeden wyjazd, padła propozycja czterech tygodni, czyli dwóch turnusów, jeden po drugim. Zgodziłam się w niecałą minutę.

Na przygotowanie formalności i bagaży miałam dwa dni. W niedzielę wczesnym rankiem stałam już na jednym z placów na Ursynowie, a wokół mnie były dziesiątki dzieci i ich rodziców. Już wtedy poczułam, że praca będzie intensywna. Wyjazd był świetnie zorganizowany, mimo to panowało delikatne zamieszanie. Tłum ludzi, wykrzykiwanie imion nazwisk do konkretnych autokarów, potem kolejne sprawdzanie listy. Pośpiech, nerwy.

Podróż minęła w miarę spokojnie, na miejsce dotarliśmy na obiad. Od przełożonych otrzymałyśmy grafik i komunikat: Każda grupa wchodzi na posiłek o wyznaczonej godzinie, co do minuty. Nie ma mowy o opóźnieniach. Pod moją opieką znajdowała się grupa 8-letnich dziewczynek. Byłyśmy zmęczone podróżą, nie zdążyłyśmy rozpakować rzeczy, odświeżyć się. Kolejny stres: o 15:01 nasza kolej na wejście na stołówkę.

Presja czasu była wykańczająca

Posiłek mógł trwać określony czas. Zanim zadbałam o to, by moje podopieczne miały pełne talerze i usiadły przy odpowiednim stole(!), ledwo starczało mi czasu, by samej zjeść. Przez cztery tygodnie straciłam kilka kilogramów, presja czasu i stres były nie do wytrzymania.

Tego dnia odbyło się jeszcze spotkanie integracyjne, o 21:00 położyłyśmy dzieci do łóżek, o 21:30 było zebranie kadry. Trwało godzinę. Dostałyśmy kolejne listy restrykcyjnych wytycznych, grafiki dzienne wypełnione co do minuty. Kiedy się położyłam, po prysznicu i rozpakowaniu walizek, była północ. O 7:00 rano obudził mnie budzik. Na 8:01 zaplanowane było nasze wejście na stołówkę na śniadanie.

Tak wyglądały cztery kolejne tygodnie. Presja czasu była wykańczająca, zajęcia były zaplanowane w każdej minucie trwania wyjazdu. Po kilku dniach zaczęłam dopiero dostosowywać się do niezwykle intensywnego rytmu i ciało nieco odpuściło napięcie. Atmosfera? Cóż, ratowało ją kilka osób, z którymi złapaliśmy wspólny flow, chociaż na wymianę paru zdań ciężko było znaleźć chwilę. Przełożeni nie należeli do osób, które sympatyzują z pracownikami. Stawiali wysokie wymagania, rzadko zdobywali się na pochwały.

Jedna z naszych koleżanek z pokoju zrezygnowała po tygodniu. Nie wytrzymała presji i napięcia, powiedziała, że woli zapłacić karę niż męczyć się tak przez miesiąc.

Próba charakteru

Dla mnie ten wyjazd był próbą charakteru. Kiedy już moja kandydatura została przyjęta, okazało się, że wyjazd ma charakter sportowy. Powiedzmy może, że zdolności motoryczne nie są moją najmocniejszą stroną. Tymczasem przez cztery tygodnie, codziennie, wskakiwałam do jeziora (nie lubię wody), podnosiłam ciężkie canoe, pływałam wszelkimi rodzajami łódek. Czasem sama z dziesięcioosobową grupą dzieci, czasem pod okiem bardziej doświadczonego instruktora. Ponadto jeździliśmy rowerami, spędzaliśmy wieczory na grze w podchody. Było intensywnie, nie przypuszczałabym, że mnie na to stać.

Nie zdecydowałam się więcej na kolonie. Odpowiedzialność za życie i zdrowie tych dzieci była przytłaczająca. Raz, w biegu, pośpiechu, zapomniałam zaprowadzić jedną z dziewczynek do lekarza. A ona musiała codziennie rano połknąć przed posiłkiem tabletkę, cierpiała na chorobę przewlekłą. O tym, że nie byłyśmy w gabinecie, przypomniałam sobie w połowie śniadania. Dosłownie zamarłam, czułam się tak przytłoczona wyrzutami sumienia, że myślałam, że nie przeżyję kolejnej minuty. Okazało się, że lekarz przyszedł na śniadanie i podał małej tabletkę. Nie byłam jedyną osobą dorosłą, która brała na siebie odpowiedzialność za to dziecko. Mimo to czułam, że zawiodłam i często myślałam o konsekwencjach swojego roztargnienia. W noc poprzedzającą ten poranek spałam cztery godziny. Dwie godziny spędziłam w pokoju dziewczynek, trzymając jedną z nich za rękę. Nie mogła spać, tęskniła za rodzicami.

Nigdy bym się nie spodziewała, że dorywcza praca wakacyjna będzie dla mnie tak trudnym doświadczeniem. Wiele się nauczyłam, jednak nie podjęłabym jej kolejny raz. Nigdy więcej.

Macie podobne doświadczenia? A może zupełnie inne? Wasze zdanie jest dla nas ważne, piszcie do nas na adres: edziecko@agora.pl

Więcej o:
Copyright © Agora SA