Ojcowie Gazeta.pl podliczają swoją pracę opiekuńczą. "Kiedyś, jak będę budował dom, schody nie będą kręcone"

Choć nie jest tajemnicą, że opieka nad dziećmi i domem najczęściej spada na kobiety, krzywdzące byłoby stwierdzenie, że ojcowie w ogóle nie angażują się w życie rodziny. Wielu z nich bierze na siebie znaczną część obowiązków, wielu jest prawdziwym wsparciem dla swoich partnerek. Z okazji Dnia Ojca postanowiliśmy oddać im głos. A was zachęcamy do dzielenia się swoimi historiami.

* wyliczenia panowie oparli na kalkulatorze ze stworzonej przez Gazeta.pl strony niewidzialnyetat.pl. Więcej o tym narzędziu - u dołu tekstu.

***

Mikołaj, tata trzyipółletniej Ady i 15-miesięcznego Jasia

Mój kalkulator: ok. 6500-7000 zł/mc

"Całą mocą staram się, aby nie dać mojej żonie odczuć, że jest osamotniona w obowiązkach domowych"

Znam opracowania demograficzne, rozmawiam z ekspertkami i ekspertami z tej dziedziny — więc wiem, że wśród przyczyn kiepskiej dzietności w Polsce wymienia się także mizerne zaangażowanie mężczyzn w wychowanie dzieci i opiekę nad nimi. Ale zawsze, gdy słyszę tę diagnozę, czuję delikatnie ukłucie. Bardzo daleko mi do ojca i męża idealnego, ale jednak całą mocą staram się, aby nie dać mojej żonie odczuć, że jest osamotniona w obowiązkach domowych.

Żeby nie było wątpliwości — jestem przekonany, że bez żony zginęlibyśmy po tygodniu. Basia jest doskonałą organizatorką, o wszystkim pamięta i ogarnia. W dodatku wszystko robi dwa razy szybciej ode mnie. Bez niej obiad byłby na kolację.

Podział obowiązków? Są rzeczy, które częściej robię ja – np. kąpię dzieciaki, usypiam je czy zawożę córkę do przedszkola. Pewnie też trochę częściej do nich wstaję w nocy i nad ranem, gdy są już wyspane zdecydowanie zbyt wcześnie i od razu głodne.

Basia dużo częściej m.in. gotuje, pierze czy sprząta. Pewnie też częściej widzi, że dzieciom czegoś brakuje, że wyrastają z ubrań itd. Choć oczywiście też czasem jestem "podkuchennym" albo odkurzam, wycieram kurze itd. Jest też mnóstwo rzeczy, które po prostu wykonujemy wspólnie – kto pierwszy ten lepszy. Gdy widzę naczynia do umycia albo wyciągnięcia ze zmywarki, albo dziecięce zabawki porozwalane po całym mieszkaniu itd., przecież nie czekam, aż zajmie się tym żona.

Jest też tak, że po całym dniu z Jasiem (Basia jeszcze nie wróciła do pracy) żona woli, żebym zabrał dzieciaki np. na plac zabaw, "a ona sobie wtedy spokojnie posprząta, tak jak chce". Być może podział "matka goni z mopem albo stoi przy garach, a ojciec bawi się z dziećmi" wydaje się niesprawiedliwy i urągający, ale właśnie taką potrzebę sygnalizuje czasem Basia – chce skupić się na czymś innym i uwolnić dom i własną głowę od dziecięcych krzyków i jęków. Rodzicielstwo jest absolutnie odlotowe, to najcudowniejsza przygoda i wyzwanie w życiu. Ale cóż – nie ulega wątpliwości, że czasem też trochę męczy.

Moją żonę często mierżą pytania typu: "czy mąż ci pomaga w domu?". Mówi, że facet nie jest od tego, żeby "pomagał" kobiecie, ale żeby angażował się całym sobą, bo to tak samo jego dom i jego dzieci. Staram się, żeby tak właśnie było i z tego, co słyszę od żony – raczej mi się udaje.

Więcej ciekawych tematów na stronie głównej Gazeta.pl.

Rafał, tata trzynastolatki

Mój kalkulator: 3200 zł/mc

"Jak mam podbić świat, gdy zlew od trzech dni nieumyty"

U nas w domu kalkulator dał odczyty 3000 dla mnie i 4000 dla żony, więc nie ma tu za dużych sensacji, a wyrównanie obciążeń nie będzie trudne. Ale... ostatnio zyskałem nową perspektywę. Żona miała covid, który wyłączył ją całkowicie z życia na dwa tygodnie, co sprawiło, że mój kalkulator przekroczył 8 tysięcy i zrozumiałem to, co wynika z wielu badań i wypowiedzi ekspertek. Że nie da się podbić świata, kiedy zlew od trzech dni nieumyty.

Mój dzień samotnego pracującego i prowadzącego dom rodzica był organizacyjnym koszmarem. Obudzić dziecko, wyprowadzić psa, wyprawić córkę do szkoły, zadbać, żeby nie było kryzysu przy wyjściu, ogarnąć kuchnię, przepełniający się pojemnik na śmieci bio, jedzenie, listę zakupów na po pracy, nie zapomnieć zamówić jedzenia dla psa, odebrać rzeczy z paczkomatu, wytrzeć plamę czegoś lepkiego na podłodze w kuchni, zrobić obiad, rozmowa z rodzicami, rada rodziców, sprawdziany w szkole itd. itp. Kilkanaście dni tego maratonu najlepiej podsumowuje scena, kiedy, łącząc obowiązki, wziąłem córkę na lody i żeby nie tracić czasu, postanowiłem jednocześnie zrobić zakupy i wyprowadzić psa. Dla córki to było kupienie lodów, dla mnie walka o życie. Dlatego, gdy po zakupie siedliśmy na pobliskim murku, obwiązałem smycz szarpiącego się psa wokół ramienia, opuściłem głowę na kolana i autentycznie próbowałem zasnąć, słuchając treli zadowolonego dziecka.

Będąc w nieustannym pędzie zadań i gaszenia mniejszych i większych pożarów, o pracy — normalnie bardzo fajnej — zacząłem myśleć jak o kolejnym męczącym obowiązku, który dzieli mnie od mojego prawdziwego marzenia, czyli od snu. Nie było mowy o genialnych pomysłach, świetnych dyskusjach czy wykazywaniu jakiejkolwiek inicjatywy. Chciałem tylko przetrwać. Dlatego tak ważne jest mówienie o niewidzialnych etatach i nieumytych zlewach, które ciągną nas (ale częściej kobiety) w dół.

Bartek, tata 13-latki i 16-latki z niepełnosprawnością

Kalkulator: Trudno przeliczyć etat. Nie wychowuję dzieci wspólnie z ich matką, córka walczy z chorobą nowotworową. Wygrywa, ale ceną jest niepełnosprawność.

"Niosę córkę po schodach jedną ręką, trzymając się drugą balustrady, a i tak śnią mi się koszmary, że spadam"

[Długi weekend] Wieczorem zapakowaliśmy się jak zwykle w piątek (choć to środa) do samochodu, walizy wypchane ubraniami na 4-5 dni, komputerem i lekami dla starszej. Młodszą od razu zawieźliśmy na konie, starsza chciała do wyra. Zrobiłem herbatę i zaniosłem ją (najpierw córkę, potem herbatę) na górę do jej pokoju. Na boku — nienawidzę kręconych schodów, ale wnoszenie 16-latki jest mimo wszystko łatwiejsze niż znoszenie po tym ustrojstwie. Już w łóżku było mycie, picie, różne sprawy fizjologiczno-zabiegowe.

Koło 21 młodsza wróciła z koni i pogaduszek z przyjaciółką. Byłem gotowy na okrzyk: głodna jestem! Młodszej mogę jeszcze kazać zrobić sobie samej, starszej nie. Nauczyłem się jednak nie robić pustych przelotów po schodach, więc najczęściej np. kolację łączę z doniesieniem zapomnianej ładowarki, podaniem leków, zamknięciem/otworzeniem okna, poprawieniem kołdry i zabiciem muchy. Nigdy też nie umiem zasnąć, jeśli wiem, że one jeszcze nie śpią, a starszą dodatkowo układam, odkładam komputer, gaszę światło. Jak mają wolne, nigdy nie dzieje się to przed 1 w nocy.

W czwartek dziewczyny spały do 11. Potem młodsza znów wyfrunęła na konie. Poranna toaleta starszej to ok. 1 godzina z ubraniem i śniadaniem, którego sama sobie nie zrobi. Udało się zejść po schodach, choć niosę ją jedną ręką, trzymając się drugą balustrady, a i tak śnią mi się koszmary, że spadam i mogiła. Wieczorem dodatkowa atrakcja — kąpiel w wannie. To zawsze kilka dźwignięć więcej. Do listy znienawidzonych miejsc w domu dokładam obudowę wanny, która nie pozwala na ugięcie kolan.

W piątek młodsza znów poleciała na konie, ze starszą do szpitala na badania. Pół dnia zleciało. Poszliśmy na spacer po pizzę, a potem do basenu. Frajda jest zawsze duża, tylko potem dużo zachodu: przebieranie, osuszanie, no i noszenie, bo w dodatku zawsze zaleję wózek, więc potem schnąć musi. Gdzieś pomiędzy pracowałem, bo mimo długiego weekendu część spotkań on-line się odbyła.

W nocy zawołała, że ją boli gardło. Podałem leki. Na szczęście rano została tylko chrypa, ale pojechałem do apteki po jakieś dodatkowe medykamenty. Potem obiecany grill. Młodsza wpadła na pomysł farbowania włosów na wakacje. Wieczorem dwie godziny paćkania.

Świetnie sobie poradziły beze mnie. Ja tylko musiałem wrzucić do prania trzy ręczniki i umyć łazienkę, bo wyglądała jak miejsce krwawej jatki (starsza użyła farby czerwonej).

W niedzielę był basen. Kilka razy, bo wytrzymać się nie dało. Farba puściła w wodzie, kolejne ręczniki wylądowały w praniu. Obiad robiłem, ale młodsza zażądała kasy, bo idzie ze znajomymi do restauracji. Kiedy starsza obsychała na kanapie, udało mi się zobaczyć zwycięstwo Hurkacza i wypić kawę. Wieczorem pakowanie i pojechały do domu. Rower się nie zmieścił, a młodsza była tak zmachana kolejnym treningiem i jazdą ze znajomymi, że musiałem zawieźć ją kolejnego dnia.

Młodsza córka dużo rzeczy robi sama. Jest bardzo samodzielna, ale lubi jak to dziecko się mną wyręczać. I dobrze, bo też w wielu sprawach mi pomaga, np. w tym lataniu po schodach - z pustym kubkiem, komputerem, suszarką, czy wyprowadzaniu psa, kiedy ja zajmuję się starszą. Bo ona wymaga opieki non-stop, przy każdej, nawet najprostszej czynności. Bardzo się staram, żeby nie iść na łatwiznę, żeby jej nie stawiać w wózku w kącie i dawać komputer.

Na razie daję radę i niczego bym nie zmieniał, ale młodszy nie będę. Teraz chwilę odpocznę, popracuję, zawiozę na konie, starszej obiecałem, że pojedziemy po jakiś fajny strój kąpielowy w tygodniu. A kiedyś, jak będę budował dom, to schody nie będą kręcone.

Kalkulator pensji za domowe obowiązki

Nie mamy wątpliwości, że takich ojcowskich historii jest dużo więcej. Choć bardzo często większość domowych obowiązków przejmują kobiety, wiemy, że wielu ojców jest w pełni zaangażowanych w wychowywanie dzieci i wykonywanie codziennych, domowych czynności. I chcemy o tym mówić. To również dla nich powstał nasz kalkulator na stronie niewidzialnyetat.pl.

Dane pokazują, że w dużej mierze nieodpłatna praca opiekuńcza dotyczy kobiet (czytaj więcej, pod tym linkiem znajdziesz też metodologię kalkulatora)

Ale doskonale wiemy, że nie tylko kobiet. Świat się zmienia, szanse wyrównują, obowiązki i praca też. TUTAJ możecie sprawdzić wszyscy - ojcowie i matki - jaką pensję "wypracowujecie" proporcjonalnie do poświęconego na konkretne obowiązki czasu.

Czekamy na Wasze historie

Chcemy też udostępnić Wam przestrzeń do dyskusji. Jak wygląda podział obowiązków w Waszych domach? Jak udaje Wam się godzić etat z kolejnym, bezpłatnym etatem w domu? A może macie już dość i chcecie coś zmienić? Czekamy na Wasze historie. Piszcie na adres: niewidzialnyetat@gazeta.pl.

Najciekawsze listy opublikujemy w serwisie edziecko.pl.