Chciała zjeść śniadanie z dzieckiem. Za chleb z dżemem zapłaciła 90 złotych. "Sok wypiłyśmy na pół"

Często bywa tak, że zostajemy rozczarowani obsługą restauracji, jakością potraw czy cenami dań. Ta mama jest rozżalona podwójnie. Nie tylko straciła niemałą kwotę, ale przede wszystkim widziała, jak przykro jest jej córce.

Napisała do nas Marcelina, która wróciła z wakacji z Budapesztu. Ceny i jakość potraw bardzo ją zaskoczyły.

"Zmierzyła nas lodowatym spojrzeniem"

Pojechałam z córką do Budapesztu. Chciałam, żeby poczuła się jak księżniczka i zabrałam ją na śniadanie do eleganckiej restauracji. Tłum ludzi piętrzył się już przed wejściem, w większości były to pary. Gdy kelnerka zobaczyła matkę z ośmiolatką, zmierzyła nas lodowatym spojrzeniem.

W końcu udało nam się usiąść, dostałyśmy menu, córka pokazała, że chce zjeść danie z pierwszej strony. Na trzypiętrowej paterze znajdowały się talerze z owocami, dżemami i wypiekami. Wyglądało to zachęcająco. W zestawie była kawa, sok i szklanka wody. Cena 90 zł była imponująca, ale chciałam, by dziecko się najadło i było zadowolone.

Na zdjęciu: Śniadanie w jednej z restauracji w Budapeszcie.Na zdjęciu: Śniadanie w jednej z restauracji w Budapeszcie. Fot. Materiały własne.

"Sok wypiłyśmy na pół"

Niestety, okazało się, że dostałyśmy dwa ciastka, dwie kromki chleba, mini rogala, pół mandarynki, trzy kulki winogron i kawałek brzoskwini z puszki. Wodę podano w maleńkim kieliszku, a chłodną kawę przyniesiono po 30 minutach. Jeden z talerzy zajmowało kilka mini dżemów. Zapewne sądzili, że do dwóch kromek chleba zużyjemy jeden.

Dziecko było tak głodne, że wyjadało sam dżem ze słoiczka. Sok wypiłyśmy na pół, a po wszystkim poszłyśmy po bułki do supermarketu.

Drogo nie znaczy smacznie. Myślałam, że w Polsce jest drożyzna, ale za tę cenę wolałabym już zjeść rybę nad Bałtykiem, przynajmniej byśmy się na jadły.

Więcej o: