Polska mama z Turcji: Znam dziewięciolatka wciąż karmionego widelcem i takiego, który już pracuje

Gosia jest mamą dwóch chłopców. Starszy, Chris, ma ponad półtora roku, a młodszy, Alex, niecałe cztery miesiące. Obaj urodzili się w Turcji i tu poznają religie obojga rodziców. - Kiedy będą chcieli, to sami wybiorą - mówi Gosia.

Więcej tematów związanych z rodzicielstwem na stronie Gazeta.pl

Ewa Rąbek: Jak trafiłaś do Turcji?

Dzięki wolontariatowi. Osiem lat temu Erol — obecnie mój mąż — przyjechał do Polski w ramach programu współfinansowanego przez Unię Europejską. Pracowaliśmy dla stowarzyszenia na rzecz osób z niepełnosprawnością intelektualną. Ja koordynowałam pracę wolontariuszy, on wspierał podopiecznych — dorosłych i dzieci — w różnych placówkach. Potem ja wyjechałam na podobny wolontariat do Stambułu.

I już tam zostałaś?

Nie. Erol wtedy nawet tam nie mieszkał, ale przez kilka lat się odwiedzaliśmy i zastanawialiśmy się, czy kiedyś uda się nam zamieszkać w miejscu, gdzie obydwoje znajdziemy dobrą pracę. Wreszcie cztery lata temu zaryzykowaliśmy.

Padło na Turcję. To była trudna decyzja? 

Tak, ale ułatwił ją fakt, że Turcja mnie fascynowała i wciąż fascynuje nawet bez motywacji w postaci męża (śmiech). Jest bardzo egzotyczna, orientalna, a jednocześnie blisko Europy i tę "europejskość" można w Turcji znaleźć. To dla mnie idealne połączenie.

Nati i jej mąż Hiro.Polska mama z Japonii: Tu kobiety często rezygnują z pracy, gdy rodzą dzieci

Co z językiem?

Na szczęście nauka języków przychodzi mi łatwo i sprawia dużo przyjemności, więc kiedy poznałam Erola, w ramach zabawy zaczęłam uczyć się tureckiego. Między innymi oglądałam tureckie filmy i seriale. Bardzo mi pomogły. Praca z dziećmi podczas wolontariatu w Stambule też sporo mi dała, bo dzieci to świetni nauczyciele.

Czym się zajmujesz na co dzień? 

Z wykształcenia jestem artystką plastykiem i historyczką sztuki i to twórczością własną oraz innych najbardziej lubię się zajmować. W Polsce praca z młodzieżą w ramach międzynarodowych programów edukacyjnych sprawiała mi ogromną przyjemność, ale w Turcji obcokrajowcom bardzo trudno znaleźć pracę.

 

Dlaczego?

Przede wszystkim przez ogrom biurokracji i kosztów, które musi ponieść pracodawca, który zamierza zatrudnić obcokrajowca. Zajęłam się więc pracą biurową w dużej fabryce tkanin, w której pracuje mój mąż.

Czym on się tam zajmuje?

W uproszczeniu: dba, aby produkowane tkaniny były zawsze w barwie idealnie zgodnej z systemami używanymi przez klientów.

Trochę to skomplikowane...

(śmiech) Wyobraź sobie, że rękawy koszulki, którą masz teraz na sobie, powstały w Chinach, a przód w Turcji i są wysyłane do szwalni w Jordanii. Barwa wszystkich fragmentów ma być idealna, choć do ich produkcji używane są różne farby i chemikalia, a do tego muszą w ten sam sposób być odporne na działanie światła i reagować na pranie. Muszą być idealne. Także dlatego, że produkujemy tkaniny na odzież sportową, między innymi polskiej reprezentacji w piłce nożnej! (śmiech) Dodam jeszcze, że nie wróciłam do pracy po porodzie, bo urlop macierzyński trwa w Turcji tylko cztery miesiące, a ja chciałam zostać z synem przynajmniej do czasu, aż pójdzie do przedszkola, gdy skończy trzy lata. Pewnie więc spędzę z moją dwójką jeszcze trochę czasu w domu.

 

Co w tureckiej mentalności było dla ciebie największym zaskoczeniem?

Jest bardzo odmienna od polskiej, szczególnie w Kahramanmaras — mieście, w którym teraz mieszkamy na południu Turcji. Nastawiona jest na wspólnotę, a nie jednostkę. Mniej jest "zachodniego" indywidualizmu czy prawa do prywatności, ale też mniej egoizmu. Zaskoczyła mnie też turecka bezpośredniość. Zarobki, religia, polityka, zdrowie... Tu nie ma czegoś takiego, jak sprawy osobiste, zawsze trzeba być przygotowanym na ciężki kaliber pytań. Częste są też odwiedziny bez zapowiedzi i wizyty, co do których nigdy nie wiemy, jak długo potrwają. Zupełnie inaczej niż w Polsce. Tutaj trudno być samotnikiem. Mieszkamy w miejscu, gdzie żyją bardzo konserwatywni i religijni ludzie, więc często prowadzę z nimi dyskusje na temat polskiej kultury i religii.

Jakie wnioski?

Nie wszyscy potrafią tu zaakceptować odmienny sposób myślenia, nawet Polska wydaje się już bardziej otwarta na inność...

Zobacz wideo Przyzwyczajenia, trendy, zalecenia medyczne i dobre rady. Czyli skąd właściwie brać wiedzę o pielęgnacji noworodka?

Zdarza się, że po czterech latach czujesz się jeszcze w Turcji niekomfortowo?

Raczej nie, chociaż na przykład sporym wyzwaniem jest dla mnie umiłowanie Turków do dobrej kuchni. Ja raczej jem, żeby żyć, a tutaj jedzenie to zawsze uczta, celebracja, mnogość dań i smaków. Czasem czuję się źle w towarzystwie "idealnych pań domu" dyskutujących o wielodaniowych obiadokolacjach.

Urodziłaś swoje dzieci w Turcji. Jak wspominasz czas ciąży i poród?

Bardzo dobrze, mimo że korzystałam z państwowej, bezpłatnej opieki zdrowotnej, a na to decydują się tu biedniejsi Turcy i uchodźcy z Syrii. To się jednak już zmienia, bo przy obecnym wzroście cen coraz mniej ludzi stać na prywatne szpitale. Słyszałam, że w prywatnych placówkach porody w większości odbywają się przez cesarskie cięcie. Moim zdaniem w niektórych przypadkach jest to podyktowane wygodą lekarza, a ponieważ zależało mi na porodzie naturalnym, wolałam zaufać szpitalowi miejskiemu. To oczywiście moje doświadczenia, koleżanki z innych miast mają zupełnie inne.

Czułaś się zaopiekowana? 

Tak, chociaż na szczęście obie ciąże przebiegały bez komplikacji, więc stawiałam się tylko na comiesięczne wizyty u ginekologa, gdzie miałam robione USG. Cztery razy w czasie każdej ciąży zgłaszałam się do przychodni na podstawowe badania. Porody przyjmują tu zazwyczaj położne, ale w moim przypadku chciał to zrobić lekarz. Poród Polki mówiącej po turecku musiał być atrakcją! (śmiech). Warto wspomnieć o szpitalnym jedzeniu. Trzy razy dziennie dostawałam tacę z różnorodnymi, smacznymi daniami, podobnymi do tych serwowanych w stołówkach pracowniczych. Sam pobyt po porodzie trwa tu krótko. Gdy urodzimy wieczorem i nie ma żadnych komplikacji, następnego dnia rano możemy już iść do domu.

 

Jakimi rodzicami są Turcy? Chuchają i dmuchają na dzieci, czy raczej dają im sporo swobody?

Nie można generalizować, bo społeczeństwo tureckie jest bardzo zróżnicowane. Obok elit żyjących w sposób przypominający ten w Zachodniej Europie, są tu wielopokoleniowe, często też wielodzietne rodziny żyjące w sposób tradycyjny, gdzie najważniejszy jest honor rodziny i widać silny wpływ starszego pokolenia. Na jedne dzieci chucha się i dmucha, wysyła do drogich szkół i kupuje polecane przez influencerki zabawki, inne zaś plączą się gdzieś obok nurtu normalnego życia, wychowywane przez starsze rodzeństwo. Siedzą do późna w nocy i oglądają w telewizji to, co dorośli, jedzą też to samo, praktycznie od początku. Znam dziewięciolatka, który jest wciąż karmiony widelcem przez mamę i takiego, który już pracuje, żeby finansowo wesprzeć rodzinę.

Jak zarabia ten dziewięciolatek?

Pomaga sprzedawcom na bazarze. Mali chłopcy zwykle przynoszą też herbatę, są "na posyłki", nawołują klientów, starsi pracują jako kelnerzy i w fabrykach.

Są bardzo zaradni...

To prawda. Chociaż z drugiej strony trochę to smutne, że tak krótko mogą cieszyć się beztroską lub skupić na edukacji.

Oboje z Erolem pochodzicie z religijnych rodzin. Jak ich członkowie zareagowali na wasz ślub?

Mam wspaniałą "turecką mamę". Pochodzi z malutkiej wioski w górach, nie zdobyła formalnego wykształcenia, a ma głowę bardziej otwartą niż niejeden profesor! W bardzo trudnych warunkach wychowała pięciu fajnych i dobrych synów. Ma w sobie tyle miłości i serdeczności, że obdarza nią wszystkich wokół. Również mnie, tak bardzo obcy element, przyjęła do rodziny bez zastrzeżeń. Obie nasze rodziny są religijne, ale nie stoi to na przeszkodzie dobrym relacjom. My też w życiu codziennym staramy się szukać tego, co łączy, a o tym, co dzieli, dużo rozmawiamy. Naprawdę da się stworzyć udany związek z wyznawcą innej religii.

A jakiego wyznania są Wasi chłopcy?

Na razie poznają obie religie i pewnie poznają też inne, a kiedy będą chcieli, to sami wybiorą.

Karolina ułożyła sobie życie w Australii i nie myśli o powrocie do Polski.Polska mama z Australii: Przedszkola kosztują tu 300 zł za dzień

Więcej o: