Małgorzata Rozenek-Majdan szczerze o in vitro. "Pakujesz w siebie tyle chemii, że w dobę tyłam 1,5 kg"

Małgorzata Rozenek-Majdan jest mamą trzech chłopców Stanisława, Tadeusza i Henryka, którzy przyszli na świat dzięki metodzie in vitro. Swoje doświadczenia i wiedzę chce przekazywać innym, wspólnie z najlepszymi specjalistami w leczeniu niepłodności w naszym kraju za pośrednictwem swojej fundacji. W rozmowie z nami opowiada o swoich przeżyciach, misji fundacji, a także zwraca uwagę, jak duży jest to problem w naszym kraju.

Więcej o in vitro znajdziecie na Gazeta.pl

Zobacz wideo

Agnieszka Matracka: Skąd pomysł na założenie fundacji wspomagającej leczenie in vitro?

Małgorzata Rozenek-Majdan: Ten pomysł powstał z potrzeby, którą w 2016 roku stworzył nas ustawodawca, a dokładnie Ministerstwo zdrowia, kasując dofinansowanie in vitro dla starających się o dziecko par. Tak naprawdę bardzo szybko samorządy przejęły ten obowiązek, ale to nie powinno tak wyglądać. W pewnym momencie zaczęłam dostawać mnóstwo wiadomości, próbowano się ze mną skontaktować, bo przecież sama jestem mamą dzieci, które urodziły się dzięki tej metodzie. Doskonale wiem, jak wyglądają wszystkie etapy, dlatego postanowiłam dzielić się swoją wiedzą i oczywiście wiedzą wspaniałych lekarzy i klinik, które uważane są za najlepsze na świecie.

Czyli tak naprawdę my mamy bardzo dobre zaplecze do leczenia niepłodności w Polsce?

- Podkreślę to raz jeszcze, my w Polsce mamy jednych z najlepszych lekarzy, którzy zajmują się leczeniem niepłodności na świecie. Pary z całego świata do nas przyjeżdżają. I my żyjemy w kraju, w którym partia rządząca przez swoje "etyczne przemyślenia" uniemożliwia własnym obywatelom, którzy już w swoich składkach zdrowotnych tak naprawdę odprowadzili to finansowanie metody in vitro, zajście w ciąże. Dla mnie jest to prawdziwe barbarzyństwo. Dlatego my jako fundacja współpracujemy z tymi specjalistami i chcemy pomagać.

Karolina i Agnieszka są parą od pięciu lat.Polskie influencerki o dziecku. "Zaczęłyśmy odkładać na in vitro"

Z pewnością śledzicie dane na temat tego, ile par zmaga się z problemem niepłodności w Polsce. Czy to są setki, czy tysiące takich osób?

- Zaskoczę cię, to są miliony. Szacuje się, że jest to około 20 proc. par starających się o dziecko w naszym kraju, czyli prawie 3 mln osób. Jeśli nie in vitro to te pary nie będą mogły zostać rodzicami. Co więcej, my nie możemy zapomnieć o tym, że in vitro jest najskuteczniejszą metodą leczenia niepłodności. Oczywiście przeciwnicy bardzo często wchodzą w dywagacje filozoficzne czy jest to metoda lecząca, czy nie. Ja uciekam od takich dyskusji, skupiając się na tym, żeby pomóc parom zostać rodzicami, bo to jest dla mnie najważniejsze.

Czy problem niepłodności będzie się pogłębiać?

- WHO już dawno wpisało niepłodność na listę chorób cywilizacyjnych. Bardzo wiele z tych niepłodności jest niepłodnością idiopatyczną tzn. taką, w której nie jesteśmy w stanie stwierdzić bezpośredniej medycznej przyczyny, a mimo to ona występuję. Oczywiście są różne badania i naukowcy na całym świecie pracują nad tym. Obwinia się zanieczyszczenie powietrza, obwinia się tzw. mikroplastik krążący wszędzie. Są różne pomysły na to, co może być przyczyną, ale mam nadzieję, że naukowcy w końcu się tego dowiedzą. Natomiast dopóki tego nie wiemy, musimy sobie radzić z naprawdę alarmującymi już danymi.

Co to znaczy?

- W ciągu 20 lat te dane pogorszyły się tak bardzo, że jeśli to tempo degradacji np. wartości męskiego nasienia będzie się utrzymywać to w przeciągu kolejnych 20 lat, nie 20 proc. par będzie zmagało się z problemem niepłodności, a już 40 proc.

Czyli tak naprawdę niepłodność może dotknąć każdego?

- Zdecydowanie, jeśli tak to mogę określić, to jest niezwykle demokratyczne schorzenie. Z niepłodnością mierzą się osoby z dużych, ale też małych miast, zamożni i ci mniej. Wszystkich natomiast łączy ta niezwykła determinacja i gotowość, by stanąć do arcytrudnej procedury, jaką jest in vitro.

Niektórym wydaje się, że in vitro to kilka zastrzyków, zabiegów i już.

- Ja generalnie jestem przeciwniczką roztkliwiania się, ale im dalej w las, im więcej o tym wszystkim myślę i wiem, że to już się nigdy więcej u mnie nie powtórzy, to tym bardziej dociera do mnie, jak trudna jest to droga. I trochę obwiniam siebie, muszę powiedzieć to zupełnie szczerze, że starałam się w trakcie mojej drogi cały czas w narracji minimalizować problemy. Wydawało mi się, że jeśli ja pokażę ludziom: -"Zobacz, ja to przeszłam, było ok, nie przesadzajmy, w końcu najważniejsze jest to, że jest dziecko", to że ja w ten sposób robię dobrze sprawie, ludziom, którzy podchodzą do inseminacji. A teraz jak trafiam na zdjęcia z tamtego okresu, albo przypominam sobie, jak było to myślę, że może trzeba mówić ludziom o tych problemach, ale nie po to, żeby ich zniechęcić tylko po to, żeby wszyscy z boku zrozumieli, z czym te pary muszą się zmierzyć. Jest jeszcze jeden problem, z którym osoby będące z boku nie potrafią sobie poradzić.

Karolina zaszła w ciążę dzięki in vitroKarolina została mamą dzięki in vitro. "Hamowałam tę radość"

Jaki?

- My nie umiemy rozmawiać o in vitro. Nie wiemy, czy ciążę z inseminacji nazywać "normalną", czy jak do tego podejść. W nazewnictwie medycznym mówi się o ciąży spontanicznej, czyli takiej, przy której nie potrzebujemy żadnej pomocy medycznej i ciążę wystosowaną medycznie, czyli np. z in vitro. Moja fundacja w tym roku realizować będzie dwa programy. Pierwszy z nich to kierowanie i finansowanie leczenia w odpowiednich klinkach niepłodności. Oczywiście jesteśmy bardzo z niego dumni, ale myślę, że ten drugi jest równie ważny. Jest to projekt "Wspólny język", który ma pomóc nam wszystkim nauczyć się rozmawiać o in-vitro.

To prawda, sama zastanawiałam się jakich słów użyć, by absolutnie nikogo nie urazić.

- I to jest naprawdę normalne, wiele osób ma dokładnie tam samo jak Ty. Chciałabym jednak żebyśmy nauczyli się o in vitro rozmawiać. 

 

Porozmawiajmy zatem o twojej ciąży.

- Wiesz, że dopiero teraz tak naprawdę do mnie dociera, kiedy ja się oswajam z tym wszystkim, jak długą drogę z Radosławem przeszliśmy przez te trzy lata. Miałam ogromne szczęście, że przy ciąży ze Stasiem i Tadziem udawało się za pierwszym razem i oczywiście przechodziłam przez wszystkie emocje z tym związane, ale jeśli leczenie trwa rok, to statystycznie przechodzisz mniej trudnych momentów, niż kiedy trwa to trzy lata.

Jaki był najtrudniejszy moment podczas tych trzech lat?

- Wiesz, ja straciłam dwie ciążę w tym jedną bliźniaczą. W maju doszło do poronienia, a w lipcu pojechaliśmy na wakacje, po to, by pożegnać się z myślą, że będziemy rodzicami. Chcieliśmy przejść taką jakby żałobę, na własnych warunkach, po nieudanym in vitro, ale nie po tej konkretnej ciąży, ale w ogóle, bo mieliśmy świadomość, że wyczerpaliśmy już wszystkie możliwości i opcje. W końcu dochodzisz do tego momentu, że już zrobiłeś wszystko i po prostu musisz pogodzić się z tym, że to już koniec twoich starań.

Jednak pojawiło się jakieś światełko w tunelu.

- Pamiętam, jak w sierpniu zadzwonili do mnie moi lekarze i powiedzieli, że jest jeszcze jedna metoda, której możemy spróbować. We wrześniu zaszłam w ciążę.

Jak zareagowałaś na wieść o ciąży?

- Powiem ci tak, jak pierwszy raz dowiedziałam się, że będziemy mieli z Radosławem dziecko, wpadłam w szał, euforię. Jednak to bardzo szybko się zmieniło kiedy doszło do poronienia i zamieniło w żal. Tłumaczyłam to sobie, że to pierwsza próba i czasem tak się zdarza. Za drugim razem znowu wielka radość, tym bardziej że była to ciąża bliźniacza, a ja zawsze marzyłam o bliźniakach. Tym razem ciąża trwała prawie do 12 tygodnia, więc jak możesz się domyślać, no cieszyłam się, choć lekarze od początku byli ostrożni, bo ciąże jednojajowe obarczone są ogromnym ryzykiem i bardzo rzadko dochodzi do pomyślnego rozwiązania ciąży. Za trzecim razem wyglądało to zupełnie inaczej. W dniu, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży, byłam w drodze do Londynu. Rano pojechaliśmy z Radosławem oddać krew, potem z kliniki prosto na lotnisko i stojąc do odprawy, dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wtedy, szczerze ci powiem, w ogóle się jakoś nie ucieszyliśmy, nie było żadnego skakania, stwierdziliśmy, że poczekamy, zobaczymy.

Patrycja Sołtysik i Andrzej SołtysikSołtysik szczerze otwiera się na temat niepłodności: "Może pomóc jedynie medycyna"

Widzę również pewną różnicę pomiędzy ciążą spontaniczną, a tą przy pomocy in vitro. Dowiadujesz się o niej z badania krwi, a nie testu ciążowego jak to zwykle bywa.

- To prawda i to już na bardzo wczesnym etapie. Ja jednak zawsze chciałam mieć na pamiątkę takie testy ciążowe z dwiema kreskami i przy Stasiu i Tadziu je robiłam. Oczywiście przy Henryku też chciałam, więc poprosiłam Radka, żeby poszedł do apteki kupić mi test. On zaaferowany powiedział, że chce najlepszy, więc pani dała mu taki elektroniczny, który owszem pokazał, że byłam w ciąży, ale kiedy rozładowały się baterie, to po prostu przestał działać. I teraz mam w domu sam test bez kresek.

Wiem, że Radek jest twoją drugą połówką i zawsze cię wspiera, ale jestem ciekawa jak dużą rolę w całej procedurze in vitro odgrywa partner? Jak twój mąż przez to przechodził?

- Wiem, że dla Radosława było najgorsze poczucie bezradności, że on nic nie może więcej zrobić. Może tylko patrzeć, jak ja wzięłam na siebie cały ten wysiłek. To nie jest tak, że kobieta przechodzi przez całą procedurę i koniec. Później w organizmie zachodzi szereg zmian, bo nazwijmy to po imieniu "pompujesz w siebie" taką ilość chemii, że ja potrafiłam w ciągu jednej doby przytyć 1,5 kg. Te zmiany są widoczne również w odczuciach czy zachowaniu. Niektóre kobiety stają się płaczliwe, poddenerwowane inne się uspokajają. Są takie, które mają mdłości i takie, które zaczynają cierpieć na bezsenność. Nie jesteś w stanie nigdy przewidzieć, w jaką stronę to pójdzie. I facet widzi to wszystko i naprawdę nic nie może zrobić. Dla mojego męża to było najtrudniejsze.

Czy Ty korzystalaś np. z pomocy psychologa czy terapeuty, bo nie radziłaś sobie z emocjami?

- Ja miałam ogromne wsparcie w moim mężu, a także świadomość, że kolejny raz przez to przechodzę, więc trochę wiedziałam jak mniej więcej to będzie wyglądać. Jednak zawsze bardzo mocno namawiam kobiety, które czują, że sobie same czy z partnerem nie poradzą, by udały się do psychologa, czy psychoterapeuty. W Polsce obecnie standardem jest pomoc psychologiczna w klinikach niepłodności.

Ile kosztuje in vitro, kiedy nie mamy żadnego dofinansowania?

- Na to składa się wiele czynników, ponieważ protokoły medyczne przygotowywane są do każdej osoby indywidualnie. Jednak przeciętnie średnia kwota procedury in-vitro oscyluje między 12-15 tys. złotych. Znam jednak przypadki, które zamykały się w 11 tys., bo np. stymulowana kobieta nie potrzebowała aż takiej ilości leków, bo pięknie reagowała na tę leczenie. Pamiętajmy natomiast, że to właśnie leki są najbardziej kosztowne w całej procedurze. Nikt jednak od razu nie zaczyna od in-vitro, bo pary próbują spontanicznie zajść w ciąże, ale kiedy przez 12 miesięcy uprawiania seksu, bez zabezpieczeń nie wychodzi, absolutnie powinniśmy udać się do kliniki niepłodności.

A nie ginekologa?

- Nie! To jest właśnie błąd, który popełnia wiele par. Wiem, od lekarzy, z którymi współpracuje, że do klinik trafiają bardzo często pacjenci, którzy np. dwa, trzy, cztery lata chodzili do normalnego ginekologa, który próbował ich jakoś stymulować, który próbował jakoś na miarę swoich możliwości im pomóc, ale przez te powiedzmy cztery lata czynnik AMH (przyp. red. białko produkowane przez oocyty, czyli komórki jajowe, które znajdują się w jajniku kobiety w wieku reprodukcyjnym), czyli bardzo ważny czynnik u kobiety nagle tak drastycznie spadł, że tu już nawet in-vitro nie pomoże.

Myślę, że wiele par boi się takich miejsc jak kliniki niepłodności, bo od razu pojawiają się w głowie myśli: "Co jest ze mną nie tak".

- Prawda jest taka, że już sama nazwa klinika leczenia niepłodności może wzbudzać jakiś lęk, ale w Polsce te miejsca po prostu muszą się tak nazywać. Jednak niezwykle ważne jest to, by tych miejsc nie traktować jako ostateczności, a zaczynać od nich.

Czy istnieje, jakikolwiek cień szansy, żeby in vitro było w Polsce ponownie finansowane z ramienia państwa? 

- Jak zmieni się władza to tak. Większość partii opozycyjnych ma to w swoich programach wyborczych i zapewniają, że finansowanie in vitro wróci do stanu sprzed kilku lat jeśli uda im się wygrać wybory.

Nie możemy przecież zapominać o tym, że dzięki metodzie in vitro w Polsce w latach 2013-2016 na świat przyszło 20 tys. dzieci.

- O tym w ogóle się nie mówi, ale ten projekt to był jeden z największych sukcesów Platformy Obywatelskiej. Nawet nie patrząc na to politycznie, w tym czasie na świat przyszło, jak wcześniej wspomniałaś ponad 20 tys. dzieci. To były najlepiej wydane publiczne pieniądze na pacjenta, których efekty mogliśmy realnie zobaczyć, w końcu te dzieci się urodziły. Mam ogromną nadzieję, że to wróci do normy i europejskich standardów.

Czy jest w Europie kraj, który nie finansuje in vitro?

- Nie ma, w każdym kraju in vitro jest finansowane. Powiem więcej, nawet w krajach muzułmańskich jest to na porządku dziennym. Niezależnie od religii, czy sytuacji mam wrażenie, że rządy rozumieją, że przy spadkach demograficznych, jakie obserwujemy w ostatnich latach projekty takie jak in vitro są niezwykle ważne.

Co byś powiedziała teraz wszystkim parom, które przechodzą przez procedury in vitro?

- Żeby bez wzlędu na wszystko nie traciły nadziei.

Co piąta para w Polsce ma problemy z płodnością. To już choroba cywilizacyjnaPara od sześciu lat stara się o dziecko. "W końcu usłyszeliśmy wyrok"

Więcej o: