Polska mama z Niemiec: Tu państwo się nami zaopiekuje

Ela wyjechała do Niemiec cztery lata temu. "Chciałam uzbierać pieniądze na lepsze życie w Polsce, ale okazało się, że to lepsze życie jest tu" - wyznaje. Ma czteroletnią córeczkę i dwuletniego synka. Opowiada nam o tym, co ją najbardziej zaskoczyło za naszą zachodnią granicą.

Więcej niezwykłych historii rodzinnych na Gazeta.pl

Jak trafiłaś do Niemiec? 

Wyjechałam w celach zarobkowych. Najpierw do Holandii. Miałam wtedy 21 lat. Chciałam uzbierać pieniądze na "lepsze" życie w Polce, więc planowałam trochę zarobić i wrócić, ale przekonałam się, że to lepsze życie jest tu, na Zachodzie. I już zostałam. W Holandii poznałam mojego męża - Sebastiana, pracowaliśmy wtedy przy kwiatach, w chłodni. Któregoś razu, gdy zmarzłam i zmoczyłam rękawiczki on oddał mi swoją kurtkę i rękawiczki. Po jakimś czasie zostaliśmy parą i wyjechaliśmy do Niemiec, gdzie też bez problemu znaleźliśmy pracę. Wynajęliśmy małe mieszkanie, po kilku miesiącach zaszłam w ciążę. Urodziłam córeczkę, dwa lata później syna. 

Twoje dzieci chodzą do przedszkola? 

Tak, chodzą do niemieckiego przedszkola, są dwujęzyczne. Po nagłym lockdownie i zamknięciu placówki, córka przez chwilę miała problem, żeby mówić po niemiecku, ale na szczęście wszystko szybko się unormowało. Lubię obserwować, z jaką łatwością zmieniają język w zależności od rozmówcy i otoczenia. 

A Tobie sprawia to trudność?

Wciąż się uczę. Teraz nie pracuję, chodzę do niemieckiej szkoły językowej, żeby zdobyć certyfikat, który w przyszłości pozwoli mi znaleźć ciekawszą, lepiej płatną pracę, niż moje dotychczasowe zajęcia. Tutaj papier ma duże znaczenie, nie tylko umiejętności. Zdobycie takiego certyfikatu poświadczającego znajomość języka wymaga zdania egzaminu przypominającego maturę językową w Polsce. Nie jest to proste, ale dzięki temu będę mogła zdobyć nowy zawód.

Myślisz o czymś konkretnym?

Może zostanę pielęgniarką, a może przedszkolanką. To jeszcze odległe plany...

Matka Polka z Sardynii: Młody tata wywiesza kokardkę na drzwiach. To znak dla sąsiadówMłody tata wywiesza kokardkę na drzwiach. To znak dla sąsiadów

Co jako przyszłą mamę pozytywnie zaskoczyło Cię w Niemczech?

Przede wszystkim to, że świeżo upieczona mama może zdecydować o długości swojego urlopu macierzyńskiego. Może zostać w domu z dzieckiem przez rok, tak jak w Polsce, ale może też przedłużyć urlop do dwóch lat. Bardzo mi się to podoba. Co prawda z punktu widzenia zasiłku nie ma to znaczenia - w sumie przez dwa lata dostaje się tyle samo pieniędzy, co przez rok, ale można dłużej cieszyć się czasem z maleństwem. Poza tym, przy niskich dochodach, mogę się starać o dodatki na mieszkanie, dodatki na dziecko i każdego członka rodziny.

Korzystasz z tych świadczeń?

Tak. To odczuwalna pomoc i dzięki temu czuję się tu bezpiecznie. Wiem, że w przypadku jakichkolwiek problemów, nie zostanę tu bez środków do życia. Państwo się nami zaopiekuje. Tu w ogóle na każdym kroku odczuwa się pomoc i opiekę. Jest sporo dobrze działających domów dla samotnej matki, gdzie kobiety mogą liczyć nie tylko na dach nad głową dla siebie i dzieci, ale i profesjonalną pomoc psychologiczną. Poważnie się tu traktuje przeciwdziałanie przemocy domowej. Miałam kiedyś kontakt z jedną dziewczyną, której mąż był w stosunku do niej agresywny. Policja od razu zabrała go z domu, dostał dziesięciodniowy zakaz zbliżania się tam, a zakaz ten łatwo można zmienić w półroczny. To agresorom domowym daje do myślenia.

A co Cię rozczarowało?

Służba zdrowia. Nie podoba mi się tutaj to, że bardzo ciężko dostać się do lekarza. Na każdego lekarza przypada konkretna liczba pacjentów, którą może przyjąć i trudno było nam znaleźć jakiegokolwiek, który prowadziłby nasze dzieci. Poza tym trudno jest dostać miejsce w państwowym przedszkolu. Niektórzy czekają po dwa, trzy lata, trzeba do placówki zapisać dziecko jak najwcześniej i liczyć, że zostanie przyjęte. W przypadku młodszego rodzeństwa jest łatwiej - ma pierwszeństwo. 

Zobacz wideo Co do zasady dziecko rodzi się zdrowe. Rodziców czeka jednak dużo stresów związanych ze stanami adaptacyjnymi noworodka

Twoje dzieci urodziły się w Niemczech?

Tak. Bardzo dobrze wspominam swoje porody i pobyt w szpitalu. Poziom opieki medycznej jest tu naprawdę wysoki. Mamy bardzo dobrze wyposażone oddziały dla wcześniaków, szpitale są pięknie odremontowane, a personel profesjonalny i empatyczny. Gdy rodziłam, moja niezbyt dobra znajomość języka nie była problemem. W szpitalu pracuje sporo polskich lekarzy i pielęgniarek, którzy byli wzywani do tłumaczenia. Jedzenie też jest pyszne, można wybierać z kilku propozycji obiadów, są też podwieczorki. 

Rodziłaś naturalnie?

Nie, córka była ułożona pośladkowo, więc trzeba było zrobić cięcie cesarskie i trochę na wariackich papierach, bo zaczęła się rodzić sporo przed terminem. A gdy miałam rodzić syna, moja jedyna nerka, z którą się urodziłam, słabo już działała. Nie było wyjścia. Z perspektywy czasu myślę, że mój pierwszy poród był dość zabawny, ale i nerwowy. 

Zabawny?

Tak. Gdy odeszły mi wody i zadzwoniłam do męża, który był wtedy w pracy, nie chciał mi uwierzyć, że to już, że to się naprawdę dzieje. Całą drogę do szpitala, między skurczami, śmiałam się jak opętana. Potem, na miejscu nie chciałam wysiąść z auta, bo mokra od wód, które mi odeszły, bałam się, że ludzie pomyślą, że się posiusiałam. Mój mąż wpadł do szpitala i na cały hol wrzasnął: "Moja żona rodzi!" - jak na filmach. Kiedy obudziłam się z narkozy po cięciu cesarskim, bez brzucha i bez dziecka, byłam w szoku. Zaczęłam strasznie krzyczeć: "Gdzie moje dziecko?!" Lekarz uspokoił mnie, że wszystko jest w porządku, że urodziłam zdrowego chłopca. To zszokowało mnie jeszcze bardziej. Chłopca? Miałam urodzić dziewczynkę. Podmienili mi dziecko? Krzyczałam, żeby je oddali, widocznie nie do końca przytomna, nie wszystko dobrze rozumiałam, dopiero mówiąca po polsku pielęgniarka uspokoiła mnie - powiedziała, że córka jest z mężem na kangurowaniu. Drugi poród przebiegał już dużo spokojniej...

Gosia nie planuje powrotu do Polski.Polska mama z Australii: Mam troje dzieci z wolnego wybiegu

Często przyjeżdżacie do Polski?

Mniej więcej raz w roku, żeby odwiedzić nasze rodziny.

Planujecie kiedyś wrócić tu na stałe?

Kiedyś tak, w nieokreślonej przyszłości. Nie chcemy żyć w Polsce poniżej średniej.

Więcej o: