Matka Polka z Sardynii: Młody tata wywiesza kokardkę na drzwiach. To znak dla sąsiadów

Martyna Żmuda Casta mieszka na Sardynii, gdzie wychowuje dwie córeczki. Opowiada o porodach i podejściu do macierzyństwa we Włoszech. - Tutaj mówi się, że ciąża to nie choroba i nie przeszkadza w pracy. Nawet gdy jest to praca fizyczna - opowiada.

Maja Kołodziejczyk: Jak poznałaś swojego męża i co sprawiło, że postanowiłaś zamieszkać we Włoszech?

Martyna Żmuda Casta: To był 2006 rok, miałam 19 lat. Znalazłam z koleżanką wakacyjną pracę na Sardynii, obie jeszcze się uczyłyśmy. Tak się złożyło, że to ona poznała tutaj chłopaka, a Sandro, czyli aktualnie mój mąż, był jego kolegą. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, bo zaczęło się od koleżeństwa, a potem przyjaźni. Gdy z kolegą przylecieli nas odwiedzić do Polski, nasz związek stał się poważniejszy. Relacja koleżanki nie przetrwała próby czasu.

Przez pierwszy rok po prostu do siebie lataliśmy na tydzień, dwa. Później skończyłam szkołę i przeniosłam się na Sardynię. Tak było łatwiej, bo Sandro miał tam pracę, mój włoski był komunikatywny, no i przede wszystkim w tych czasach we Włoszech żyło się lepiej.

Jak zareagowałaś, gdy dowiedziałaś się o ciąży?

Ciąża była planowana i bardzo się z niej ucieszyliśmy. Raczej od początku myśleliśmy o wychowywaniu dzieci we Włoszech, bo dobrze nam się tu żyje, ale gdyby z jakichś przyczyn miało to ulec zmianie, bierzemy pod uwagę przeprowadzkę do Polski.

Gosia nie planuje powrotu do Polski.Polska mama z Australii: Mam troje dzieci z wolnego wybiegu

Zobacz wideo Kiedy dziecko się zakrztusi. Przede wszystkim nie panikować. Działać!

Więcej tekstów o byciu rodzicem poza granicami Polski znajdziesz także na stronie głównej Gazeta.pl.

Jak wspominasz przebieg pierwszej ciąży? Czy są jakieś włoskie zwyczaje lub przesądy związane z oczekiwaniem na przyjście dziecka, które nie są znane w Polsce?

Przebieg pierwszej ciąży wspominam dobrze, choć w jej pierwszej połowie dużo pracowałam. Sam pracodawca mnie o to poprosił. We Włoszech mówi się, że ciąża to nie choroba i nie przeszkadza w pracy. Nawet gdy jest to praca fizyczna, a ja byłam kelnerką. Jeżeli chodzi o przesądy, jest ich wiele. Włosi twierdzą, że kobiecie w ciąży się nie odmawia, bo gdy ma jakieś niezaspokojone pragnienie, np. ochotę na truskawki, to dziecko urodzi się ze znamieniem w kształcie tego owocu. Niektórzy przyglądają się też brzuchowi mamy i analizują jego kształt. Jeżeli jest spiczasty, mówi się, że będzie chłopczyk, a jeśli jest szerszy po bokach, to dziewczynka.

W jakim szpitalu urodziłaś pierwszą córeczkę i jak wspominasz pobyt w placówce?

Rodziłam w pobliskim szpitalu w Oristano. Opiekę wspominam dobrze, choć nawet gdybym chciała, nie miałam możliwości poprosić o znieczulenie zewnątrzoponowe. Aby je dostać, trzeba dużo wcześniej przejść specjalny kurs, porozmawiać z anestezjologiem oraz zrobić zestaw badań (elektrokardiogram, badania krwi, odbyć wizytę ginekologiczną). Gdy ciężarna pacjentka pojawi się w szpitalu z teczką, z pełną dokumentacją, dostanie znieczulenie. Ja niestety, jej nie miałam.

Tata oczywiście mógł być przy porodzie. Rodziłam, zanim wybuchła pandemia. Był też przy myciu, przebieraniu i ważeniu maluszka.

Posiłki w szpitalu były cudowne, trochę jak w restauracji. Dostałyśmy kartkę z trzema opcjami dań na cały dzień i każda pacjentka wybierała sobie to, na co miała ochotę. Sama opieka również była bardzo w porządku. Sale duże, kolorowe i czyściutkie, a w każdej dwie lub trzy pacjentki, toaleta i prysznic. Był też czas, aby odpocząć, bo np. od ok północy do czwartej-piątej nad ranem opiekę nad dziećmi przejmowały położne. Mogłam je zapytać, o co tylko chciałam, np. o to, jak przewinąć maluszka. Były dwie określone godziny wizyt i wtedy dzieci zanoszono na specjalną salę, a odwiedzający mogli je zobaczyć jedynie przez szybę. Poza tymi godzinami miałyśmy całkowitą prywatność.

Bardzo podobało mi się to, że narodziny dziecka to we Włoszech wielka festa. Już sam łóżko szpitalne jest ozdobione licznymi kwiatami, balonami wypełnionymi helem i kolorowymi prezentami dla maluszka. Gdy mama urodziła dziewczynkę, dekoracje są różowe, a gdy chłopca - niebieskie. Natomiast dumny tata zawsze wywiesza na drzwiach domu kokardę, oznajmiająca wszystkim narodziny potomka - i tu znowu przez jej kolor rozpoznaje się, czy ma córeczkę, czy synka. Dzięki temu sąsiedzi nie dopytują o termin, ale wiedzą, kiedy nastąpiło rozwiązanie.

Czy powrót do pracy był trudny? Przysługiwał ci urlop macierzyński?

Tutaj urlop macierzyński trwa tylko pięć miesięcy, dwa przed narodzinami dziecka i trzy po narodzinach. Ja chciałam mieć więcej czasu dla dziecka i nie wróciłam do pracy. Niedługo później zapisałam się na studia w Polsce w systemie e-learning. Moja córeczka towarzyszyła mi na każdym kroku, a na egzaminy latałyśmy do Polski. Wtedy przy dziecku bardzo pomagała mi rodzina, dzięki czemu mogłam się lepiej przygotować. Gdy Emilka miała roczek, pracowałam dorywczo w wakacje, by drobić, ale też musiałam pogodzić pracę z opieką nad dzieckiem i studiami.

 

Kiedy przyszła na świat twoja druga córka i jak wspominasz poród?

Druga córeczka, Elisa, urodziła się w 2017 roku, gdy starsza miała już siedem lat. W tym wypadku od razu zrezygnowałam z pracy, aby nie ryzykować. Poród wspominam dużo lepiej, był zdecydowanie szybszy, ale chociaż tym razem przygotowałam dokumenty do znieczulenia, mój poziom płytek krwi był tak niski, że nie mogłam z niego skorzystać.

Czy coś zaskoczyło cię w zwyczajach Włoszek dotyczących opieki nad dzieckiem?

Zauważyłam, że Włoszki dość szybko wychodzą z dzieckiem na dwór i sama tez po kilku dniach byłam już na pierwszym spacerze. Tutaj nie używa się rożka dla niemowlaka i nie ma zwyczaju wiązania czerwonej wstążeczki przy wózku. Zamiast niej przypina się jednak specjalną srebrną agrafkę, która ma uchronić przed urokami, a dziecku zakłada się zieloną bransoletkę na rączkę, która ma przynieść maluchowi szczęście.

Mam też wrażenie, że we Włoszech troszkę za bardzo chucha się na dzieci, wyręcza się je w wielu obowiązkach domowych, prowadzi za rączkę do szkoły przez całą podstawówkę, bo tego wymagają przepisy. Mało uczy się samodzielności. Być może dlatego później spotyka się tutaj takich czterdziestolatków mieszkających dla wygody z mamusią.

Uczysz córki polskiego? Jakim językiem posługują się na co dzień i czy lubią przyjeżdżać do Polski?

Dziewczynki znają oba języki. Oczywiście dominuje włoski, bo tutaj chodzą do szkoły, a w rodzinie też posługujemy się głównie włoskim, ale ich polski jest mimo wszystko na dobrym poziomie. Oczywiście uwielbiają wyjazdy do naszego kraju i każdego nie mogą się doczekać.

A jak w czasie pandemii wyglądają obostrzenia w szkołach? Dzieci obowiązuje edukacja zdalna?

Gdy wybuchła pandemia, byliśmy pierwszym krajem europejskim, który boleśnie odczuł jej skutki. Pamiętam marcowe popołudnie, kiedy córka jak zwykle odrabiała lekcje i nagle ze wszystkich stron doszły do nas niespodziewane komunikaty, że zamykają szkoły. Wtedy lekcje zdalne trwały do końca roku szkolnego.

Natomiast ubiegły rok w podstawówkach na Sardynii przebiegał normalnie, bo liczba zakażeń była na niskim poziomie. W naszej szkole nie wprowadzono zdalnego nauczania nawet na jeden dzień i tak samo jest w tym roku

Podobnie jest w przedszkolu. Jedyna różnica polega na tym, że rodzice nie mają wstępu do żadnej placówki. Gdy zaprowadzimy dzieci do przedszkola, czekamy na zewnątrz, aż do budynku odprowadzi je pani woźna. Tak samo, gdy je odbieramy.

 

Załamana kobieta płacze"Teściowa zapytała mnie przy stole, kiedy w końcu zajdę w ciążę. Wybuchłam"

Więcej o: