Matka Polka we Włoszech. "Po porodzie Włosi całymi rodzinami wpraszają się na wizyty"

Sandra od kilku lat mieszka z rodziną we Włoszech. To właśnie stamtąd pochodzi jej mąż i to tam przyszedł na świat syn. Polka opowiada o tym, jak wygląda życie i macierzyństwo w kraju pizzy i wina. Jak się okazuje, nie zawsze jest idealnie. "Po porodzie dopiero co upieczona mama ma tutaj ciężko" - twierdzi.

Matki Polki wychowują dziś swoje dzieci nie tylko w Polsce. Wiele z nich los rzucił do innych krajów. Tam założyły rodziny i prowadzą domy. O swoich doświadczeniach opowiadają w naszym cyklu "Matka Polka za granicą".

Klaudia Kolasa, eDziecko.pl: Zacznijmy od klasycznego pytania: jak to się stało, że mieszkasz we Włoszech? 

Poznaliśmy się z mężem w Warszawie, kiedy jeszcze studiowałam. Kiedy wyjechał, najpierw widywaliśmy się raz w miesiącu. Raz on odwiedzał mnie w Polsce, raz ja go we Włoszech. Później wyjechałam na Erasmusa w okolice pochodzenia Piera i zamieszkaliśmy razem. Po roku wróciłam do Polski, obroniłam się i nadszedł czas na podjęcie decyzji, gdzie chcemy żyć. Po długich dyskusjach zdecydowaliśmy, że "rzucę wszystko i wyjadę do Włoch". Mój mąż jest prawnikiem, mi było łatwiej dostosować się do rynku pracy. Nie żałuję. Mam nową, cudowną, włoską rodzinę. Po roku wspólnego życia we Włoszech pobraliśmy się. 

Odnalazłaś się we Włoszech, czy było może coś, co zaskoczyło cię w tamtejszej kulturze? 

Pierwsze, co zaskoczyło mnie na początku, to były godziny funkcjonowania różnych miejsc. Włosi z południa mają pewien dystans do życia. Naprawdę toczy się ono wokół posiłków. Dzień podzielony jest na "przed obiadem" i "po obiedzie i drzemce". Firmy, sklepy, urzędy, apteki - wszystko tak pracuje. Włosi śpią lub odpoczywają po obiedzie, a co za tym idzie, często kończą o 20. Kolację jedzą jeszcze później, a potem wychodzą ze znajomymi. Tutaj na przykład imprezy zaczynają się koło północy. A ze znajomymi spotykamy się zwykle koło 21. Nawet rodziny z małymi dziećmi.  

Nie brzmi to źle. Twoje dziecko urodziło się we Włoszech? 

Tak.  

Jak wyglądał poród i pobyt w szpitalu? 

Przez całą ciążę byłam pod prywatną opieką ordynatora oddziału, na którym rodziłam. W dniu porodu on akurat był na miejscu, więc wszystko poszło bez problemowo. Sale tu są prawie we wszystkich szpitalach dwuosobowe. Personel był bardzo profesjonalny, tylko z jedną lekarką miałam spięcie.

Posiłki w szpitalach są smaczne? W Polsce jednak sporo narzeka się na jedzenie na porodówkach.

Włosi też narzekają, ale ja uważam, że nie jest źle. Na obiad są zawsze dwa dania. Makaron z warzywami i jakieś pulpety albo klopsy z warzywami na drugie. Wszystko oczywiście bez soli i gotowane, więc pewnie dlatego Włosi narzekają. Na śniadanie jest zawsze do wyboru kawa zbożowa lub herbata i biszkopty. Na kolację zwykle chleb, szynka i ser albo makaron z parmezanem. 

Makaron z parmezanem w szpitalu. Brzmi jak raj w porównaniu z dwiema kromkami białego chleba z masłem u nas.

Dla Włochów ten makaron z parmezanem to jest jedzenie dla chorego. Ja doceniałam. 

 

A jak wygląda opieka okołoporodowa? 

Każda kobieta w ciąży ma prawo do darmowego kursu przygotowującego do porodu, ale czasem zawodzi system. Dzwonią za późno i nie ma opcji, żeby go skończyć. W szpitalu dziecko zabierane jest do mycia i przebrania, a po szpitalu nic. Niby można się umówić na darmowe spotkania z położną, która ma pomóc w pierwszych dniach laktacji, ale w mojej okolicy było ciężko. Pewnie w większych miastach nie ma z tym problemów. Jest dużo prywatnych konsultantów i ja z takich korzystałam.

Dziecko po porodzie przypisywane jest do jednego pediatry, który nie zmienia się do 10. roku życia. To jest bardzo spoko. Moja pediatra zna mojego syna i wszystkie jego problemy. Tu nie ma przychodni. Nawet dla dorosłych. Każdy ma swojego lekarza przypisanego, który ma swój mały gabinecik. Szczepienia odbywają się w lokalnym sanepidzie. Tylko dodatkowe szczepienia za opłatą wykonuje pediatra u siebie, takie jak na grypę na przykład. 

Czyli wyszłaś ze szpitala i byłaś zdana na siebie. We Włoszech mogłaś liczyć na wsparcie rodziny?  

Po porodzie dopiero co upieczona mama ma tutaj ciężko. Włosi całymi rodzinami wpraszają się na wizyty bez wcześniejszego uprzedzenia. Ja wiedząc o tym, uprzedziłam wszystkich, że nie życzę sobie takich odwiedzin. Rodzina się obraziła. Do szpitala też przychodzą. Teraz w pandemii nie można, ale jak ja rodziłam, to mama obok miała wizyty po 20 osób. Odwiedziny bez zapowiedzi są tu normalne i mnie uważają za nienormalną, bo sobie takich wizyt nie życzę. 

Jak rodzi się dziecko, to rodzice robią listę zakupów na narodziny i wszyscy kupują prezenty. Tak samo na ślub. Tu wysyła się tzw. "partecipazione" i to jest informacja, że ktoś bierze ślub, ale nie jest jednoznaczne z zaproszeniem na wesele. Takie zaproszenie do kościoła powiedzmy. I te osoby też robią prezenty. My tak zebraliśmy 5000 euro na podróż poślubną. 

Sylwia z mężem i synkiemPolka z Dubaju: Urodziłam w samochodzie. Pępowinę mi odcięli na stacji benzynowej

Skoro zaczyna się tak intensywnie, aż strach pomyśleć, co jest dalej. Czy rodzina męża mocno ingeruje w wychowanie twojego syna? 

Ja trafiłam akurat na świetnych teściów, pomagają bez ingerencji. Tylko jak poproszę. Moja teściowa robi wszystko tak, jak mówię. Nawet w sytuacji, kiedy np. nie ma w domu owoców, a jest godzina podwieczorku, dzwoni do mnie i pyta, co ma mu dać. Żadnych słodyczy, a to norma w diecie włoskich dzieci. Jeśli chodzi o ingerencję dziadków w życie dziecka, to nie ma reguły. Oczywiście są różne rodziny. Mój syn ma dwa i pół roku. Mi się tu dobrze żyje, bo trafiłam na mało typowego Włocha i na naprawdę cudowną rodzinę. Wśród naszych znajomych jest mało małżeństw, a nikt nie ma dzieci. Pier ma 17 kuzynów, połowa starsza od niego i tylko dwa małżeństwa wśród nich. Większość osób w naszym wieku żyje jeszcze z rodzicami.

 

Z czego to wynika?

Na południu nie jest łatwo z pracą. My z Pierem szybko się ustatkowaliśmy i dlatego też chcieliśmy szybko założyć rodzinę, ale nie jest to zupełnie normą. Dodam tylko, że Pier ma 34 lata, a ja 32. 

A jak wygladaja wasze relacje ze znajomymi, skoro jesteście mniejszością z dziećmi? Ostatnio widziałam wpis jednej z polskich mam, że po porodzie straciła wszystkich znajomych, bo jako jedyna ma dzieci... 

My od zawsze zapraszaliśmy często znajomych do domu, bo tylko my mieszkamy sami i to się po porodzie nie zmieniło. Może robimy to trochę rzadziej, ale wciąż się spotykamy. Włosi bardzo często wychodzą na kolację do restauracji na pizzę i obecność dzieci to norma. Myślę, że dużo zależy od rodziców w tej kwestii. Prawda jest taka, że w trakcie takich wieczorów ze znajomymi ja zajmuję się dzieckiem, a ludzie sobą. Czasem ktoś się pobawi z Frankiem, weźmie go na ręce, ale wiadomo, jak to jest.

W zeszłym tygodniu miałam operację i wczoraj źle się czułam. Mój mąż już wcześniej zaprosił dwóch znajomych na kolację, ale w trakcie kolacji zajmował się Frankiem, a ja w sypialni spałam i nikomu to nie przeszkadzało. Mamy takich znajomych, że są prawie jak rodzina. To ja często mówię, że danego dnia nie chcę wyjść ze znajomymi, a mój mąż mnie ciągnie. Czasem nawet zabiera Franka i idą sami. Ale u nas takie spotkania na mieście zdarzają się naprawdę bardzo często. Tak dwa lub trzy razy w tygodniu. A w wakacje bywa, że nawet codziennie. 

 

A kiedy spotykacie się w domu goście przynoszą coś ze sobą, czy raczej zapraszający organizuje całą imprezę?  

Mój mąż bardzo lubi gotować i przygotowywać aperitivo, więc często to on się tym zajmuje, a goście przynoszą wino lub deser, ale kiedy mój mąż nie ma czasu, to wystarczy powiedzieć i goście coś przyniosą. Generalne zawsze pytają, co przynieść. Kiedy natomiast zakupy robi mój mąż, to później dzieli się rachunek na wszystkich. Zawsze nasi znajomi pomagają w sprzątaniu, ale to chyba dlatego, że mają wyrzuty sumienia, bo tylko my mamy dziecko. Wczoraj u nas było trzech facetów i ogarnęli całą kuchnię.

Franek chodzi do żłobka? 

Tak, już drugi rok.  

Włoskiego czy międzynarodowego? 

U nas w okolicy nie ma żłobków międzynarodowych, mieszkam w małym miasteczku. Ale Franek chodzi do prywatnego, bo podobnie jak w Polsce, bardzo ciężko jest się dostać do państwowego. Podstawowa różnica to czas, który dziecko spędza w żłobku. U nas to maksymalnie sześć godzin. Południowy Włoch żyje według bardzo prostego schematu. Dzień podzielony jest na trzy części: rano, przerwa obiadowa, popołudnie. Dzieci w żłobkach są tylko rano, maksymalnie do 14, bo tutaj wszyscy rodzice wracają do domu na obiad, a potem znów wracają do pracy. W związku z tym ktoś po południu musi zostać z dzieckiem. Zwykle są to dziadkowie. Ale to zależy. Mam taką grupę mam, gdzie jest nas 16 i tylko jedna pracuje rano i południu. Wszystkie inne na pół etatu lub w ogóle nie pracują. Na pewno w dużych miastach jest inaczej.

Druga różnica, jeśli chodzi o żłobki, to posiłki. U nas dziecko je tylko jakiś biszkopt w połowie poranka i potem obiad koło 11:30. Śniadanie jest w gestii rodziców w domu. Mój syn chodzi do żłobka od 9 do 13. Nie ma tam też ogólnej drzemki dla wszystkich. Dziecko śpi, jak chce i zwykle śpi w pomieszczeniu, gdzie są inne dzieci. Mają salki do spania, ale rzadko z nich korzystają. Prawda jest taka, że każde dziecko potem jak wraca do domu, śpi z rodzicami. 

A wy jak sobie radzicie z tym, że po południu Franek jest w domu? 

Dobrze. Ja mam sklep online i ogarniam wszystko rano. Niedługo otworzę sklep stacjonarny i czasem będę go ze sobą zabierać, bo będę miała też bawialnię, a czasem do dziadków. Moja teściowa jest nauczycielką, więc po południu jest w domu. Bo szkoły też tu są maksymalnie do 13. ale dzieci chodzą do też w sobotę. Żłobki też są otwarte w sobotę, ale my nie korzystamy. 

 

Jest coś, do czego nie możesz się przyzwyczaić? 

Wciąż nie mogę się przyzwyczaić to tego, że sklepy mają zawsze przerwę do 17 i naprawdę nic nie można wtedy kupić. Do tego każdy sklep ma jedno popołudnie dodatkowo nieczynne i najczęściej jest to czwartek. Bardzo często o tym zapominam.

Druga rzecz to fakt, że wszyscy się znają. I to naprawdę wpływa na życie. Ja nigdy nie mieszkałam w małym mieście i może w Polsce też tak jest, ale kiedy szukałam lokalu na sklep, to jak dzwoniłam do agencji, zapytano mnie, kim jestem. Chodziło o to, z jakiej rodziny. Musiałam tłumaczyć, że ja jestem Polką, ale mój mąż.... Bardzo mnie to wkurza. Jeszcze fakt usług "za darmo". Przez to, że mój mąż ma bardzo dużo znajomych, praktycznie w każdej branży, często ludzie robią nam przysługi. I tak na przykład teraz po operacji potrzebowałam pomocy pielęgniarza i on za każdym razem nic od nas nie chciał. Dla mnie jest to niezręczne, bo wolałabym zapłacić. 

Tęsknisz czasem za Polską? 

Po głębszym namyśle muszę odpowiedzieć, że za Polską nie tęsknię. Tęsknię za rodziną i za przyjaciółmi. Często myślę, jak by to było super móc wpaść do siostry, kiedy tylko mam na to ochotę. Brakuje mi przyjaciół, którzy mają podobne do mnie problemy dnia codziennego i podobne podejście do życia. Tutaj nie mamy znajomych z dziećmi, więc problemy naszych znajomych są zupełnie inne od naszych. Za miejscami nie tęsknię, bo się do nich nie przywiązuję. Tęsknię też za Polską jesienią, za kolorowymi liśćmi na chodnikach i tym wrześniowym powietrzem, które kojarzyło mi się zawsze z jakimś nowym początkiem. Zimy też mi brakuje. Półmetrowego śniegu. 

Za Polską, jaka ona jest teraz, nie tęsknię. Może tęsknię trochę za Polską, którą zostawiłam te 8 lat temu. Prężnie rozwijającą się, z ogromnymi możliwościami dla młodych i Warszawą z "otwartym umysłem". Mam wrażenie, że teraz Polska już tak nie wygląda. 

 

Matka Polka z Australii: Nie ma tu instytucji zwanej babciaPolska mama z Australii: Nie ma tu instytucji zwanej babcią

Więcej o: