Okaleczone dziewczynki leżą na korytarzu. Psychiatria dziecięca to "katastrofa"

Psychiatria dzieci i młodzieży w Polsce jest w zapaści. Wiemy o tym wszyscy, ale mało kto ma pojęcie, dlaczego tak się stało, a już na pewno jedynie nieliczni wiedzą, co mogłoby pomóc. Słowa, którymi najczęściej opisuje się dziecięcą psychiatrię w naszym kraju, to: "fiasko", "katastrofa", "dramat".

Odziały psychiatryczne w naszym kraju są przepełnione, a leczenie dzieci utrudnione przez brak wykwalifikowanej kadry. Tymczasem coraz więcej rodziców pyta o dobrego psychiatrę, szuka pomocy w dramatycznych sytuacjach. Kryzys się pogłębia także za sprawą trwającej pandemii. Poza tym wizyta u psychiatry to u nas wciąż tabu. 

Psychiatrzy są zmęczeni i bezradni

29 września w księgarniach pojawi się książka Marty Szarejko "Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci" (Wydawnictwo Słowne). To zbiór wywiadów z psychiatrami i psychologami dziecięcymi. Autorka razem z nimi przemierza szpitalne korytarze: potwornie zmęczonymi, bezradnymi, ale podejmującymi walkę z systemem. Zdeterminowanymi, by mimo trudnych warunków leczyć. Sprawdza, co kryje się za alarmującymi określeniami, dlaczego zdaniem lekarzy jest tak źle i gdzie szukać wsparcia, gdy sami nie potrafimy już pomóc naszym dzieciom. W udzielonym nam wywiadzie Marta Szarejko opowiada o tym, co trzeba zrobić, żeby poprawić sytuację. 

Internetowa Szkoła Rodzenia - nowy projekt serwisuInternetowa Szkoła Rodzenia - nowy projekt serwisu eDziecko.pl

Ewa Rąbek: Skąd ten temat? Interesowałaś się nim wcześniej, czy zainteresowałaś się teraz - w dobie załamania dziecięcej psychiatrii?

Marta Szarejko: Podczas pandemii odzywali się do mnie znajomi z pytaniem, czy znam dobrego psychiatrę zajmującego się problemami dzieci. Nie znałam żadnego – nigdy nie byłam u psychiatry, nie mam dzieci. Czytałam reportaże, słuchałam podcastów, co jakiś czas rzucały mi się w oczy teksty naszpikowane słowami "fiasko", "katastrofa", "zapaść". Ale wciąż nie wiedziałam, co za tym stoi – czy zawsze było tak źle? Kiedy zaczęła się ta katastrofa? Stwierdziłam, że taka książka jest potrzebna. Zaczęłam rozmawiać z lekarzami, którzy zajmują się tym od lat. I z tymi młodszymi, którzy niedawno zaczęli pracę – w dużych i małych miastach.

Pisząc książkę, zjeździłaś szpitale i oddziały psychiatryczne dla dzieci w całej Polsce. Widziałaś miejsca, o których trudno opowiadać i przytoczyłaś historie, o których nie sposób zapomnieć. Ogromne obciążenie psychiczne. Jak sobie z nim radziłaś?

Nie radziłam sobie, nie sposób sobie z tym poradzić. No bo co możesz zrobić z widokiem okaleczonych dziewczynek leżących na korytarzu, przed przeszklonymi drzwiami dyżurki pielęgniarek, dla których nie ma sali obserwacyjnej? Albo z informacją, że przy oddziale dla dzieci odsyłanych do szpitala przez sąd jest drogie, pięknie oświetlone boisko, ale nie ma pieniędzy na pastę do zębów? Nie mówiąc o dzieciach odsyłanych na egzorcyzmy, albo tych zwracanych z adopcji, które lądują w kolejnym szpitalu, a kiedy dorosną w ośrodku dla bezdomnych, bo nigdzie nie ma dla nich miejsca.

Psychiatria w Polsce jest w opłakanym stanie - brakuje specjalistów i dziecięcych oddziałów psychiatrycznychPsychiatria w Polsce jest w opłakanym stanie - brakuje specjalistów i dziecięcych oddziałów psychiatrycznych Fot. Shutterstock, zdjęcie ilustracyjne

Brak lekarzy to główny problem polskiej psychiatrii?

Nie. Znacznie większa liczba psychiatrów dziecięcych niewiele by zmieniła – ważne jest to, co dziecko, które ma problemy, dostanie wcześniej. Psycholog, pedagog, terapeuta rodzinny – oni jako pierwsi mają pomagać dzieciom, psychiatra powinien być ostatnim ogniwem. Reforma psychiatrii dziecięcej w założeniu jest świetna, ale dopiero raczkuje – z pięciuset ośrodków środowiskowych, które planowano, nie powstało nawet sto, a już tych kilkudziesięciu nie ma kim zasilać. Nie mamy specjalistów, ani pieniędzy na to, żeby ich kształcić. Poza tym psychiatria dziecięca jest odłączona od dwóch innych, ważnych systemów: szkoły i opieki społecznej - też zresztą źle dofinansowanych. Dlatego nie działa.

A dlaczego brakuje dziecięcych psychiatrów?

Niewiele osób chce się tym zajmować, to wyjątkowo trudna praca – obciążająca psychicznie, wyczerpująca, odpowiedzialna, do tego słabo opłacana. Lekarz, który może wybrać kardiologię, albo medycynę estetyczną, raczej nie będzie się wahał. Poza tym wizyta u psychiatry to u nas wciąż tabu, nikt chętnie o tym nie mówi.

Co twoim zdaniem musiałoby się stać, żeby psychiatria dziecięca w naszym kraju zaczęła funkcjonować tak, jak powinna?

Musiałaby być regularnie dofinansowywana w kontekście kształcenia personelu, i honorariów dla lekarzy, psychologów, terapeutów, pielęgniarek psychiatrycznych i sanitariuszy. I skoordynowana z opieką społeczną oraz szkolnictwem, innej drogi nie ma. Bo psychiatria dziecięca to nie tylko ciepła woda na oddziałach, pasta do zębów i łóżka. To przede wszystkim ludzie, którzy będą chcieli się nią zajmować.

Zobacz wideo Co czyni rekiny tak przerażającymi? Poza szczękami oczywiście [PRACOWNIA BRONKA]

Marta Szarejko (ur. 1983): dziennikarka, reportażystka. Autorka książki o bezdomnych "Nie ma o czym mówić" i zbioru reportaży "Zaduch" o kompleksach osób z małych miejscowości. Za swoją bestsellerową książkę "Seksuolożki. Sekrety gabinetów" otrzymała studencką nagrodę Mediatory 2019 w kategorii ProwokaTOR. W 2020 roku ukazała się druga część wywiadów "Seksuolożki. Nowe rozmowy". Publikowała m.in. w "Dużym Formacie", "Wysokich Obcasach", "Dwutygodniku", "Pani", "Elle". Laureatka Konkursu Stypendialnego Fundacji im. Ryszarda Kapuścińskiego – Herodot.

Marta Szarejko, autorka książki 'Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci'Marta Szarejko, autorka książki 'Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci' MICHAL BORECKI

Treningi młodzieży - warto sprawdzić, kim są trenerzyTrener, nauczyciel wuefu: Każdy z nas zna kogoś, kto ma traumę związaną ze sportem

Fragment książki "Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci"

Kto jest chory, kiedy choruje dziecko? Rozmowa o emocjach, które towarzyszą dziecku, rodzicom i psychiatrze w jego gabinecie

Marta Mozol-Jursza: psychiatra dzieci i młodzieży, absolwentka Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Pracuje między innymi w Szpitalu Klinicznym im. Karola Jonschera w Poznaniu, Środowiskowym Centrum Zdrowia Psychicznego w Zalasewie, Klinice Uniwersytetu SWPS. Interesuje się socjologią, kulturą, RPG i LARP.

Marta Mozol-Jursza: Chciałabym, żebyśmy porozmawiały o tym, czym jest choroba psychiczna dziecka. I kto właściwie wtedy choruje.

Marta Szarejko: Proszę bardzo.

Kiedy choruje dziecko, w kryzysie jest cała rodzina. Rodzice bardzo różnie się w tym odnajdują, najczęściej jednak sami potrzebują wsparcia, bo to bardzo trudne doświadczenie – wywołuje lęk, wstyd, bezradność, poczucie winy.

A rodzeństwo?

Dużo zależy od wieku i wcześniejszych relacji z bratem czy siostrą. Choć zwykle rodzeństwo też ponosi jakieś konsekwencje – przeżywa to, co dzieje się w domu, bo przez chorobę często zmienia się dramaturgia całej codzienności, struktura rodziny. Zwykle każdy coś na tym traci. Czasem, kiedy chore dziecko czuje się trochę lepiej, na pierwszy plan wychodzą emocje tego zdrowego, które przez cały czas starało się trzymać, a gdy wszystko się uspokoiło, zaczęło mieć trudności. Kiedyś przyszedł do mnie siedemnastoletni chłopiec, który miał brata z zespołem Aspergera. Od czasu diagnozy rodzice skupili się na młodszym, czternastoletnim synu, ponieważ zwyczajnie się o niego bali. Zabronili starsze- mu denerwować go, a nawet mu się sprzeciwiać, mimo że wcześniej bracia byli w bardzo dobrych stosunkach. Chłopak nie wytrzymał i poprosił o wizytę u mnie, ponieważ uznał, że jeśli nie pójdzie do psychiatry, to nikt go w tej rodzinie nie wysłucha. Rodzice oczywiście mieli dobre intencje, zrobili to z troski o obu synów: młodszego chcieli chronić, u starszego wzmocnić empatię. Niestety, nie udało się – to, czego oczekiwali od swoich dzieci, negatywnie wpłynęło na ich relację. To ważny temat: jak dzieci są wspierane albo niewspierane przez dorosłych. Czasami są wspierane nadmiernie i to też utrudnia im zdrowienie. Nawet nie wiem, od czego zacząć.

Może od szkoły?

Ostatnio miałam pacjentkę, której brakowało kilograma do prawidłowej masy ciała. I ten kilogram okazał się niezwykle problematyczny, przez dłuższy czas nic nie można było zrobić. W końcu pytam: "Co cię właściwie powstrzymuje? Widzę, że masz ochotę na coraz więcej rzeczy, że chciałabyś jeść…". A ona mówi, że zawarła w szkole umowę, zgodnie z którą nie będzie odpytywana do czasu, aż jej zaburzenia odżywiania się ustabilizują. Miałam też inną pacjentkę – z silnym lękiem społecznym, który w pandemii bardzo się pogłębił. Przestała wychodzić z domu, nie brała udziału w lekcjach, cały czas spędzała w łóżku. Okazało się, że miała ten problem od lat, ale nigdy w tak dużym natężeniu. W końcu rodzice zdecydowali się na leczenie farmakologiczne. Po tygodniu na tyle jej się poprawiło, że wróciła do szkoły. Pierwsze- go dnia była pytana z trzech przedmiotów, drugiego też, trzeciego jeszcze wytrzymała dwa sprawdziany, czwartego wróciła do łóżka.

Dzieci uznają, że choroba jest wygodniejsza?

Nie do końca, choć każdy z nas jest trochę "wygodnicki". Bardzo często przychodzą do mnie rodzice i mówią, że ich dziecko jest leniwe. Odpowiadam, że ja też jestem leniwa. Co mogę z tym zrobić? Niech mi doradzą! Choroba zakłada uwagę innych, większe skupienie, cierpliwość, czułość i troskę. Kiedy jesteśmy chorzy, mniej musimy robić. Oczywiście nie można przegiąć: najlepiej znaleźć złoty środek. A to już odpowiedzialność rodziców. Całe wychowanie to szukanie równowagi między pozwoleniem na rozwój a stawianiem granic, dlatego jest takie trudne. Niedawno przyszła do mnie mama pewnej nastolatki i przerażona powiedziała: "Moja córka przesadza: była weganką, teraz zero waste, czekam już tylko na narkotyki!".

Z takimi sprawami przychodzą do pani rodzice?

Zdarza się. Rozmawiam z matką, tłumaczę, że mody się zmieniają, próbuję zastanowić się razem z nią, z czego wynikają zmiany w życiu jej córki. Mówię, że dojrzewanie u części dzieci przebiega w sposób niezauważalny, u części są pewne wyskoki, ale w granicach rozsądku, a reszta dość mocno się buntuje. I pytam, jak było u niej. A ona mówi: "Ja byłam bardzo spokojna! No, może kilka razy uciekłam z domu". Więc pytam, co by zrobiła, gdyby jej dziecko uciekło z domu. Zastanowiła się, po czym powiedziała: "Dobrze, ja już wszystko rozumiem". Zapłaciła, wyszła i już nie wróciła.

Często mówię rodzicom: "Jeśli nie wiecie, jak się zachować, poobserwujcie swoje dziecko. Dzieci zmieniają się z wiekiem, posłuchajcie ich, będziecie wiedzieć więcej".

Relacja z nastolatkiem to coś zupełnie innego niż więź z kilkuletnim dzieckiem: dzieci dobrze reagują na pochwały i nagany, kiedy są małe, relacja z nastolatkiem nie opiera się tak bardzo na hierarchii. Nastolatek zaczyna myśleć dojrzalej: "Sprzątam nie po to, żeby mama nie dała mi kary w postaci zakazu oglądania seriali, tylko dlatego, że czuję się częścią rodziny, wiem, że moje obowiązki są ważne. A poza tym jeśli nie ja, to ktoś inny będzie musiał to zrobić". Chce być traktowany jak ważna osoba w rodzinie, w relacji, czuć, że jego zdanie jest brane pod uwagę. Wtedy chętnie negocjuje, idzie na ustępstwa, słucha naszych rad, bo wie, że go znamy i chcemy jego dobra. Zrozumienie tego jest kluczem. Oczywiście nie jest to łatwe, bo powie- lamy różne schematy po swoich rodzicach.

Od dłuższego czasu mamy też straszny pęd ku temu, żeby nasze dzieci miały dobre oceny i dobrze wyglądały. Zwłaszcza dziewczynki.

Tak, słyszę te komentarze à propos ich wyglądu w gabinecie, nieznośne. W ogóle mam wrażenie, że od dzieci i nastolatków wymaga się znacznie więcej niż od dorosłych. No bo proszę sobie wyobrazić, że w pani miejscu pracy każdy zwraca uwagę na to, jak pani siedzi. Nikt by tego nie wytrzymał, wszyscy by się zwolnili. Dziecko nie może się zwolnić. Jeśli zostanie pobite w szkole, często w niej zostaje, nie jest przenoszone. Pytam rodziców dlaczego, a oni mówią: "Bo w nowej szkole może być gorzej!". Oczywiście, to jest możliwe, pytanie tylko, czyj jest ten lęk przed zmianą. Z mojego doświadczenia wynika, że często boją się rodzice. Dziecko, zapytane, od razu mówi, że chce zmienić szkołę.

To samo z newralgiczną kwestią spania z rodzicami: nie uważam, żeby to było szczególnie naganne, ale czasem, w zaburzeniach lękowych widać, że długotrwałe spanie z rodzicem ma negatywny wpływ na dziecko. Kiedy zaczynam się temu przyglądać i pytam rodziców, czy jest szansa na to, żeby delikatnie zacząć przyzwyczajać dziecko do samodzielnego spania, najpierw siedząc obok i czekając, aż ono zaśnie, albo zostawiając mu swoją koszulkę czy piżamę, rodzice mówią: "Nie, on nie da rady". A dziecko: "Nie mogę, mama tego potrzebuje". Często rodzic myli własne przekonania dotyczące emocji dziecka z jego rzeczywistymi potrzebami. Swoje lęki z jego lękami.

Gdybym dostawała naklejkę za każdym razem, kiedy rodzice mówią: "Ale on nie wejdzie do gabinetu, za bardzo się boi", a dziecko jednak wchodzi, miałabym nimi wytapetowany cały dom.

'Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci''Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci' Wyd. Słowne

Więcej o: