Tęczowa mama: Lekarz powiedział, że nie ma akcji serca. Nie dotarło to do mnie

Sylwia, zanim została mamą Ali i Basi, straciła dwie ciąże. Dotarła wtedy na skraj załamania nerwowego. - Rozmowa i opowiedzenie komuś swojej historii są bardzo wyzwalające - mówi dziś.

Mama to ktoś, kto trwa przy dziecku niezależnie od tego, co przyniesie los. To ktoś, kto potrafi łączyć obowiązki rodzinne i zawodowe - czasem takie, które wydają się niemożliwe do połączenia. To ktoś, kto w trudnej sytuacji potrafi znaleźć drogę wyjścia, a przynajmniej walczy do końca, żeby tę drogę odszukać. Dlatego to właśnie matkom i ich sile poświęcamy nasz cykl artykułów pod hasłem "Mamy moc".

Wiosną tego roku Justyna Niwińska, fotografka specjalizująca się w sesjach rodzinnych, zrealizowała wzruszający projekt poświęcony tęczowym dzieciom i ich mamom. Tak nazywamy kobiety, które wcześniej straciły ciążę i dzieci, które urodziły się już po tym bolesnym wydarzeniu. Fotografka wysłuchała historii kilku kobiet, które zdecydowały się wraz ze swoimi pociechami stanąć przed jej obiektywem i o tym opowiedzieć. Jedną z tych kobiet jest Sylwia. 

Tęczowa mamaKasia, tęczowa mama Franka i Bartka: Jestem w piątej ciąży, a mam dwoje dzieci

Maj, rok 2014. Pół roku po skończonych studiach i tyle samo w nowej pracy. Sylwii spóźniała się miesiączka. Zrobiła test. - Po pierwszym szoku bardzo się z mężem ucieszyliśmy. Poszłam do lekarza. Jednak to, co tam usłyszałam, zbiło mnie totalnie z tropu: prawdopodobnie puste jajo. Był to siódmy tydzień, więc lekarz zalecił kolejne USG za tydzień. Czekaliśmy, mieliśmy jeszcze nadzieję, że tym razem usłyszymy coś innego. Niestety kolejna wizyta potwierdziła poprzednią diagnozę - nie było żadnej akcji serca - wspomina Sylwia.

"Moje serce wypełniła pustka"

Dostała skierowanie do szpitala, ale nie było dla niej miejsca, miała przyjść dwa dni później. Następnego ranka poronienie zaczęło się samoistnie. Wróciła więc do szpitala, przeszła zabieg. - Moje serce wypełniła pustka. Morze wylanych łez, poczucie niesprawiedliwości, brak zrozumienia i ogromny żal... - dodaje Sylwia. 

Wtedy jeszcze bardziej zapragnęli z mężem dziecka. Starania trwały kilka miesięcy. W końcu się udało. Był maj 2015 roku. Pełni nadziei, ale i obaw potwierdzili ciążę. Niestety od razu zaczęły się problemy: krwiak podkosmówkowy. Sylwia musiała cały czas leżeć w łóżku.

- Wytrwaliśmy i doszliśmy do etapu USG pierwszego trymestru. Lekarz dał nadzieję, że krwiak się jeszcze może wchłonąć. Na tym samym USG słyszeliśmy bicie serca i widzieliśmy nasze dziecko, które rosło według norm. Tylko ten krwiak... - mówi Sylwia. Przez kolejny miesiąc nadal leżała, wierząc, że będzie dobrze, walczyła o swoje dziecko. Na wizycie miesiąc później usłyszała, że nie ma akcji serca. - Nie dotarło to do mnie. Jak to nie ma? Przecież serce biło, słyszałam ostatnio… Jak to teraz nie ma? - wspomina. Wielkość płodu wskazywała na 12. tydzień, jego serce zatrzymało się prawdopodobnie niedługo po poprzednim USG. A ona leżała, walczyła o nie, kiedy przez prawie cały miesiąc było już nieżywe. Tylko leki podtrzymujące ciążę zapobiegły poronieniu. Znów dostała skierowanie do szpitala, przeszła kolejny zabieg. 

"Słowa muszą wybrzmieć, żałobę trzeba przeżyć"

Był lipiec 2015 roku. Sylwia znalazła się na skraju załamania nerwowego. Uratował ją powrót do pracy. - Mogłam skupić myśli na innym temacie, a ludzie byli naprawdę bardzo wyrozumiali. Nikt o nic nie pytał, zachowali się bardzo taktownie. Teraz wiem, że ten strach, aby nie dzielić się tymi przeżyciami, był nieuzasadniony, a rozmowa i opowiedzenie komuś swojej historii są bardzo wyzwalające. Słowa muszą wybrzmieć, żałobę trzeba przeżyć - dodaje Sylwia.

Po tych wydarzeniach skupili się z mężem na znalezieniu przyczyny poronień. - Często nie da się jej określić. Człowiek szuka jakichś wad w sobie, obwinia się. Teraz, patrząc z dystansu i szerszej perspektywy, owa "przyczyna" może nigdy nie zostać poznana. Taka jest natura - dodaje Sylwia. 

Zielone światło na podejście do próby numer trzy

Kilka miesięcy po poronieniu, lekarz zauważył na USG jakąś zmianę w macicy. Podejrzewał, że to mięśniak i że być może trzeba będzie zrobić laparoskopię. Już na kolejnej wizycie okazało się, że zmiana zniknęła, Sylwia z mężem dostali zielone światło na podejście do próby numer trzy.

Kasia docenia każdą chwilę ze swoimi dziećmi.Kasia, mama tęczowych dzieci: Przy drugim poronieniu znałam już procedurę. Nikt nie pytał o pogrzeb, ciąża była zbyt wczesna

W maju 2016 roku Sylwia zobaczyła na teście ciążowym dwie kreski. Od tej pory była pod stałą opieką lekarzy, przyjmowała leki podtrzymujące ciążę. - W lutym 2017 roku spełniło się nasze marzenie i zostaliśmy rodzicami, urodziła się Alicja. Wiedzieliśmy, że chcemy, aby miała rodzeństwo i postanowiliśmy nie czekać długo, ale nie sądziliśmy, ze tak szybko uda mi się zajść w ciążę. Gdy Alusia miała rok, kolejny test pokazał dwie kreski. W październiku 2018 roku dołączyła do naszej rodziny Basia, dziś prawie dwulatka - mówi z dumą Sylwia.

Słowa muszą wybrzmieć, żałobę trzeba przeżyć.Słowa muszą wybrzmieć, żałobę trzeba przeżyć. Justyna Niwińska/janiwinska fotografia

Sylwia poroniła dwukrotnie, spełnienie marzenia o zostaniu mamą zajęło jej prawie trzy lata. Teraz ma dzieci praktycznie rok po roku. - Alusia skończyła rok, kiedy zaszłam w ciążę z Basią. Ktoś ostatnio powiedział: "Wow, odważnie", ktoś inny pewnie nieraz pomyślał: "Szalona". To mi dało trochę do myślenia. Z perspektywy czasu mogę teraz powiedzieć, że to z odwagą miało niewiele wspólnego. To raczej strach, niepewność... Boisz się i nie wiesz, ile czasu potrwa staranie się o kolejną donoszoną ciążę... Może znowu trzy lata, może pięć... Dlatego zaczęliśmy tak szybko i za bardzo nie analizowaliśmy - kończy swoją historię Sylwia.

Zobacz wideo Jak przygotować się do ciąży? Badania, suplementy, aktywność
Więcej o: