Dzieci nie są trendy

Wiele małżeństw, które - wydawałoby się - mają idealne warunki, by mieć dzieci, traktuje je raczej jako przeszkodę niż cel życia.

Urodziłam się w roku 1972. Moi koledzy pokończyli studia, założyli rodziny, mają dobrze płatną pracę. Stać ich na kurs portugalskiego i wakacje w Grecji. Stać na włoską oliwę do rzymskiej sałaty. Coraz częściej jednak nie stać na dzieci.

Za dużo roboty!

Wygodniccy. Są w każdym pokoleniu, ale w moim jakby ich więcej. Wiecznie zmęczeni. Praca, dom, wieczorem tenis, "Panorama". Potomstwa zwykle mieć nie chcą. Czasem przytrafia im się jedno dziecko podczas studiów. A potem w nocy trzeba wstawać, karmić, pieluchy zmieniać. Co z tego, że w domu jest opiekunka i pani do sprzątania, kiedy dzieciak ruchliwy i chorowity? I trzeba go zawieźć na angielski i na basen, a my ciągle w pracy. "Jak tu mieć więcej dzieci? Co to my Cyganie jesteśmy albo alkoholicy?".

Niechęć do kolejnego dziecka potrafią tłumaczyć: "Sam jestem jedynakiem. Dziadkowie mieli czas tylko dla mnie, dostawałem najlepsze zabawki". Albo: "A po co mu brat albo siostra, poczuje się zdegradowany. Kupimy mu pieska". Albo: "Zapisaliśmy mu już w spadku dom. Co damy drugiemu?". Przywołują traumatyczne wspomnienia - ciąża, poród, kolka, nadpobudliwość malucha, który ciągle biega i wylewa na siebie gorącą herbatę. "Tak dał nam w kość, że za drugie dziękujemy".

A co na to firma?

Ambitni zawodowo. W pracy od siódmej. Firma to ich drugi dom. W szufladzie zupa pomidorowa instant. Nie chorują, chyba że na zapalenie płuc z powikłaniami. Co roku biorą dwa tygodnie urlopu i spędzają je gdzieś we Włoszech, w towarzystwie małżonka i niemilknącej komórki. Pną się po szczeblach kariery.

Ambitni zawodowo mają lepiej niż ambitne. Ambitna zawsze może usłyszeć, że pra- cuje świetnie, ale podwyżki nie dostanie, bo i tak jak na kobietę dużo zarabia. Poza tym nie może pozwolić sobie na ciążę, bo na jej miejsce czeka tłum panienek z dwoma fakultetami, gotowych ziemię gryźć, i to za pół jej pensji. I jak tu mieć dziecko, kiedy w ciąży ambitna może poczuć się gorzej i będzie musiała wziąć zwolnienie albo dziecko okaże się chorowite? I co wtedy? Szef nie będzie zachwycony. I zwolni. Bez względu na oddanie, dyspozycyjność i zupę pomidorową instant w szufladzie. I jak tu mieć ochotę na dzieci?

Jeszcze mamy czas

Wiecznie młodzi. Mają jasny plan na życie: matura, studia, dobra praca, mieszkanie, samochód, małżeństwo. I już jesteśmy ustabilizowani. I co z tego, że po trzydziestce? Na dzieci jeszcze przyjdzie czas. Tylko Jacuś zrobi doktorat, Basia upora się z projektem dla agencji reklamowej, zmienimy mieszkanie na większe... I pojeździmy trochę po świecie. Jesteśmy młodzi, a młodość musi się wyszaleć. Dzieci? Może kiedyś.

Szaleństwo kończy się zazwyczaj dobrze po trzydziestce, a wtedy często się okazuje, że zajść w ciążę to nie taka znowu łatwizna. Na świat przychodzi jedynak, na któ-rego chucha się i dmucha, posyła się do najlepszego przedszkola w mieście (1000 złotych miesięcznie, w tym balet, angielski, francuski i możliwość obejrzenia w internecie, co robi dziecko), a potem do najlepszej szkoły. I tak rośnie nam pokolenie małych cesarzy.

Dużo dzieci? Po co?

"Na państwa ulicy tyle wspaniałych domów i samochodów, tyle młodych małżeństw, a dzieci jak na lekarstwo" - mówił ksiądz podczas kolędy. "Odważni jesteście" - mówią znajomi, wśród których przeważa model 2 + 1. Bo rodzenie dzieci przestało być modne. Rodzina z więcej niż dwójką zaczyna być traktowana prawie jak patologia ("jak to możliwe przy takiej dostępności środków antykoncepcyjnych?!").

W kraju, w którym trudno o pracę, gdzie prawo nie daje szans młodym matkom, gdzie pytanie pokolenia naszych rodziców: "czy chcemy mieć dzieci?" zastąpiło: "czy nas na nie stać?", trudno się na nie decydować. Trudno jednak nie zauważać, że powoli stajemy się społeczeństwem coraz bardziej nastawionym konsumpcyjnie, coraz bardziej egoistycznym i wygodnym. I także z tego powodu rodzina z gromadką dzieci to gatunek wymierający.

Więcej o: