1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Mama z Rzymu: mi też się chce już płakać w tej izolacji

- Mam szacunek do tych, którzy się dla mnie narażają - do służby zdrowia. Są wśród nich inne matki i one ryzykują dla nas. Dlatego szlag mnie trafia, jak widzę, co ludzie robią: że idą po piwko do sklepu albo gromadą na spacer z jednym psem. A to się ciągle zdarza. Staram się nie narzekać, ale już mi brakuje oddechu i sił - o tym, jak wygląda izolacja w Rzymie, a także wychowanie dzieci w Irlandii i Włoszech opowiada Izabela Klimczok.

Polki wychowują dziś swoje dzieci nie tylko w Polsce. Wiele z nich los rzucił do innych krajów. Tam założyły rodziny i prowadzą domy. O swoich doświadczeniach opowiadają w naszym nowym cyklu "Matka Polka za granicą". Nasze cykle znajdziecie w poniedziałki o 19 na serwisie eDziecko.pl i Gazeta.pl. Zapraszamy!

Izabela Klimczok, ma dwoje dzieci pięcioletniego Massimo i dwuletnią Laurę, z mężem Lucą mieszkają w Rzymie, ale dzieci urodziły się i pierwsze lata życia spędziły w Irlandii.

Aleksandra Pezda*: Jak żyje rodzina z dwójką małych dzieci podczas epidemii w Rzymie?

Izabela Klimczok: Mamy dom pod Rzymem z małym ogrodem, mimo izolacji nie mogę narzekać. Miejsca nam nie brakuje, dzieci mogą być na powietrzu. Co prawda codziennie zadają to samo pytanie: kiedy będziemy mogli wyjść z domu? Młodsza córka, jest przyzwyczajona do żłobka, starszy syn do przedszkola. Cierpią z powodu braku kontaktu z innymi dziećmi. Puszczam im filmiki edukacyjne, żeby zrozumiały sytuację. Są takie filmy w sieci, tłumaczą, że trzeba chronić dziadków, mamę i tatę, żeby myć ręce i żeby nie wychodzić. To na chwilę pomaga. Ale wyczekuję końca tej pandemii, bo nie znam rodziców, którzy potrafiliby być z dziećmi non stop przez całą dobę, jednocześnie pracując.

Pracujecie z domu?

Oboje. Mąż jest urzędnikiem państwowym, ja pracuję w amerykańskiej spółce oferującej infrastrukturę hiperkonwergentną. Dostaliśmy służbowe laptopy i pracujemy zdalnie. Decyzję o zamknięciu szkół rząd podał w telewizji późnym wieczorem, było mało czasu żeby się zorganizować. Na początku oczywiście braliśmy pod uwagę pomoc dziadków, bo zdalna praca też absorbuje, a tak małymi dziećmi trzeba się jednak aktywnie zajmować. W końcu jednak zrozumieliśmy, że musimy dziadków od nas izolować dla ich dobra. Stanęło na tym, że mąż pracuje full time, a ja się umówiłam z firmą, że będę miała dużo mniej zadań. W związku z tym wzrosła moja niepewność - nie wiem, czy utrzymam tę pracę, kiedy już będzie po epidemii. Dzisiaj jestem w stanie pracować maksymalnie dwie godziny dziennie, potem zajmuję się dziećmi i organizowaniem nam życia oraz zaopatrzenia, co wcale nie jest proste.

Dzieci nie widują dziadków?

Rodzice męża mieszkają niedaleko, ale ustaliliśmy, że nie będziemy się widywać. Są w dobrej formie, więc zaopatrują się sami - chleb pieką samodzielnie, a do sklepu wychodzą raz na dwa tygodnie. Pozwoliliśmy babci raz zaryzykować i przyjechała do dzieci ofiarować im "zajączka". Jak ją dzieci zobaczyły, popłakały się. Po prostu szczerze do niej tęsknią. Mi też się chce już płakać w tej izolacji.

Jak robicie zakupy?

Duże raz w tygodniu, mniejsze jak chleb, mleko czy owoce - raz na trzy dni w lokalnym sklepiku. Jest też otwarty warzywniak nieopodal domu, tam dokupuję owoców - drożej, ale są pod ręką. Dla dzieci lodówka to teraz niemal jedyna przyjemność, więc jej zawartość szybko znika, a ja wolę, żeby jadły owoce, niż jakieś produkty z długim terminem przydatności. Przed sklepami jednak ustawiają się duże kolejki. Wczoraj się załamałam, musiałam stać prawie trzy godziny zanim weszłam do sklepu bo przed świętami ludzie robili duże zakupy, a sklepy są czynne tylko do godz. 18. Mąki i drożdży nie ma już drugi tydzień, raz wyłożyli mąkę na półki, ale ja nie zdążyłam dojść. Nawet jeśli się wybiorę przed ósmą rano i tak czekam godzinę w kolejce. Wejść można tylko pojedynczo i bez dzieci. Trzeba mieć maskę i rękawiczki.

Wolno wam wyjść na spacer?

Generalnie nie wolno nam oddalać się od domu dalej niż o dwieście metrów. Wychodzę tylko z psem. Jeśli te zakazy mają przynieść efekt, musimy się stosować - wszyscy albo nikt. Ja mam szacunek do tych, którzy się dla mnie narażają - do służby zdrowia. Są wśród nich inne matki i one ryzykują dla nas. Dlatego szlag mnie trafia, jak widzę co ludzie robią: że idą po piwko do sklepu albo gromadą na spacer z jednym psem. A to się ciągle zdarza. Staram się nie narzekać, ale już mi brakuje oddechu i sił. Dzisiaj było 25 stopni, a nie ma się jak z tego cieszyć. Nie wiadomo, czego się trzymać i jak długo to jeszcze potrwa.

Twoje dzieci urodziły się w Irlandii. Co cię tam zawiodło?

Mój przyszły mąż, Luca, pracował w Irlandii, kiedy się poznaliśmy. Rzuciłam dla niego intratny kontrakt na statkach pasażerskich w USA i przeniosłam się do irlandzkiego Limerick. Adaptowałam się kilka miesięcy, byłam załamana pogodą, bo tam ciągle padało. Za to sąsiedzi -przesympatyczni. W grudniu 2014 roku urodził się nasz syn Massimo.

Ciąża i poród w Irlandii - miałaś poczucie bezpieczeństwa?

Mają dobre podejście do pacjentów, wszystko tłumaczą, co będą robić, co się za chwile stanie. Wiedziałam w każdej chwili, co mnie czeka. A miałam problem, bo trzeba mi było wywoływać poród. Lekarz ustalił ze mną, kiedy chcę rodzić, mogłam wybrać datę, na wszystko się zgadzali. Na przykład z jedzeniem na oddziale nie było żadnego problemu. Można było jeść, co się chce. Irlandki mają do diety luźne podejście - dostawcy dowozili im na położnictwo zestawy z fast foodów.

Co mnie zaskoczyło, to to że w ciąży rzadko się wykonuje USG. Pierwsze dopiero po 16 tygodniu. Według mnie po to, aby utrudnić decyzję o aborcji. Można badanie wykonać prywatnie, ale kosztuje 100 euro. My chcieliśmy mieć pewność, że genetycznie z dzieckiem jest wszystko ok. I tu pozytywne zaskoczenie - bez problemów i bez dopłat zrobiłam amniopunkcję. Co prawda, musiałam o to dopytywać, nikt mi tego nie zaproponował ani nie informował, że mam takie możliwości Ale kiedy sama się zorientowałam, że to jest możliwe, lekarz się zgodził bez problemów. Jeszcze jedną rzecz sobie wywalczyłam - lekarza prowadzącego ciążę. Tam nie ma takiego zwyczaju i za każdym razem przyjmuje cię inny lekarz, któremu musisz wszystko opowiadać od początku.

Po porodzie opiekują się matką i dzieckiem?

Położne przyjeżdżają do domu i sprawdzają, jak się czujesz i jak się rozwija dziecko. Fajne było, że dzwoniły najpierw czy mogą przyjechać, umawiały się na wizytę nie wpadały z zaskoczenia. Ważyły małego, oglądały, zachęcały do karmienia piersią. Mają do tego książeczki z obrazkami nawet gdyby ktoś nie znał angielskiego, nie miałby problemu ze zrozumieniem. Sprawdzały mi piersi, uczyły karmić, czułam się zaopiekowana. Dużo to dla mnie znaczyło, bo czułam się odizolowana - brakowało mi rodziny, spotkania na Skype tego nie rekompensowały.

Irlandczycy chuchają na dzieci czy raczej stosują zimny chów?

Dzieci biegają samopas i są hartowane. Zasmarkane i w krótkim rękawku, obojętnie przy jakiej pogodzie. Są bardzo kochane, ale traktowane ostro. W przychodniach od razu widziałam, która Polka, a która Irlandka - dzieci Polek opatulone, a Irlandka przywoziła niemowlaka do szczepienia bez czapeczki.

No i krótki macierzyński - miałam niestety tylko sześć miesięcy dla dziecka, udało mi się przedłużyć o dodatkowe dwa miesiące bezpłatnego urlopu. Potem chciałam się dostosować i oddałam syna do żłobka. Miałam bardzo dobrą pracę, jedną z moich najlepszych na lądzie, musiałam wrócić, żeby jej nie stracić. Dostałam też dofinansowanie z pracy do żłobka.

Jak poszło w żłobku?

To był hardkor. Massimo wracał zakatarzony, opiekunki ciągle do mnie dzwoniły - czemu on tak płacze? A to był żłobek w systemie Montessori! W końcu na spacerze w parku poznałam panią Krysię. Przyjechała do córki, szukała pracy. Wzięłam tydzień urlopu, żeby sprawdzić, jak sobie oboje z tym poradzą i tak pani Krysia została z nami trzy lata. Żłobki i przedszkola nie są tanie w Irlandii - płaciłam za miesiąc 850 euro, a to było pięć lat temu. Wolałam dać te same pieniądze pani Krysi, żeby Massimo nie musiał czekać w kolejce na zmianę pieluchy. I do 3 lat tak był Massimo chowany. Potem było już przedszkole w innym mieście, ponieważ się przeprowadziliśmy. Też Montessori i też "po irlandzku" - miałam problemy, żeby wymusić zakładanie dziecku na spacerze czapki w chłodny dzień. Uparłam na takie z ogródkiem i długo musiałam szukać, bo przedszkola w Irlandii często są organizowane w zaadaptowanych mieszkaniach, rzadko dzieci bywają na powietrzu. Za to jest kuchnia, obiady się gotuje, żadnego cateringu.

Czemu wyjechaliście do Włoch?

Irlandia to ani moja ziemia, ani męża. Ludzie bardzo mili, ale nie wpuszczają do wąskiego kręgu najbliższych znajomych. Model rodziny "4 plus" zobowiązuje - wielodzietność sprawia, że nie masz czasu na wyjście ze znajomościami poza rodzinę. Do tego trzy języki w domu - ja mówię do dzieci po polsku, ojciec po włosku, a na zewnątrz musiałyby mówić po angielsku. Uznaliśmy, że tego za wiele. Doszły kwestie zawodowe, wiedzieliśmy, że czas szukać czegoś nowego, żeby się rozwijać. Ale i tak wyprowadzaliśmy się dwukrotnie - Luca szukał dobrej pracy i najpierw zawiódł się w rodzinnym Rzymie - firma nie dotrzymała obiecanych warunków kontraktu, potem próbowaliśmy we Wrocławiu - ale tu mąż zderzył się z kapitalizmem w ostrej postaci - wymagano od niego codziennej pracy po godzinach, do nocy. Nie mógł się z tym pogodzić, bo w Irlandii akurat kultura pracy jest na bardzo wysokim poziomie - nikt nikogo nie próbuje wycisnąć, jest swobodniej. Znowu więc wróciliśmy do Irlandii. Urodziła się Laura. Tylko że ja przy drugim dziecku zrozumiałam, że nie dam już rady z tym zimnem i z następnym żłobkiem. I tak się zdarzyło, że kiedy Laura miała roczek, Luca dostał propozycję pracy w Rzymie.

Wielki, zatłoczony Rzym jest lepszym miejscem do wychowywania dzieci niż kameralna Irlandia?

Nie jestem wcale przekonana, ale dzieci są tu szczęśliwe. Kiedy mieszkaliśmy w Irlandii, Massimo włączał sobie bajkę i przestawał dopiero, kiedy go odciągnęłam od ekranu. W Rzymie tak nie robi - jest radosnym dzieckiem, dobrze się bawi w grupie innych dzieci. Tutaj przedszkola mają duże place zabaw, dzieci spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu, klimat temu sprzyja. Dodatkowo dzieci czerpią radość z kontaktu z dziadkami. Nie dostaliśmy już co prawda miejsc w państwowym przedszkolu, ponieważ przeprowadziliśmy się w połowie roku i z przyczyn biurokratycznych niczego już nie dało się załatwić. Płacimy więc za placówki prywatne, ale i tak o połowę mniej niż w Irlandii bo ok. 450 euro za dziecko i to za dwujęzyczne włosko-angielskie przedszkole.

Jest też inny model wychowania.

Całkowicie odmienny od irlandzkiego, to prawda. Jestem przewrażliwioną matką, a daleko mi do tego z czym się spotykam we Włoszech. Ze spotkań w przedszkolu wracam zawsze załamana. Pierwsze trwało trzy godziny, następne niewiele krócej. Nic nie można nic ustalić, bo rodzice bardzo dużo mówią i zupełnie nie na temat. Dyskusja rzadko zmierza ku poincie.

Kolejna różnica: w Limerick dzieci się hartowało, w Rzymie - rozpuszcza. Przyznam, że i w tym trudno mi się odnaleźć, czuję, że jestem raczej pośrodku tych dwóch perspektyw.

Banalny przykład - urodziny dziecka. W Irlandii idzie się z dziećmi do sali z trampolinami, wynajmuje jeden stolik z fast foodem i kupuje tort. Dzieci sobie poskaczą, pobawią się i wracają do domów. We Włoszech - wielkie halo i wielka impreza. Dzieci zaprasza się do kompleksu sportowego, wynajmuje się animatora albo np. instruktora pływania. Pół dnia trwa impreza. Rodzice koniecznie muszą się też pokazać. Nie pasuje mi to. Pokazujemy dziecku w ten sposób fałszywy obraz świata - że wszystko kręci się wokół niego, że zawsze będzie otoczony przepychem i wszystko mu się należy. Ja jestem prostolinijna. Uważam, że trzeba żyć z umiarem, nie ponad stan.

*Aleksandra Pezda to dziennikarka, publicystka, freelancerka. Specjalizuje się w problemach współczesnej edukacji. Kilkanaście lat pracowała w "Gazecie Wyborczej", prowadziła autorski program w Radiu TOK FM, pisała m.in. o tym, jak szkoła odnajduje się wobec wyzwań cywilizacji cyfrowej. Autorka książek: "Koniec Epoki Kredy. Internet dla nauczycieli i rodziców" i "Zdrowaś mario. Reportaże o medycznej marihuanie".

Przeczytaj też pozostałe rozmowy z naszego cyklu "Matka Polka za granicą" >>>

Ty lub twoja koleżanka mieszkacie za granicą i chciałybyście podzielić się z nami swoją historią o życiu mamy poza Polską? Piszcie do nas na adres: edziecko@agora.pl!

Więcej o: