1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Mama, która stylizuje dzieci na czerwony dywan: Często słyszę, że Ameryka jest pusta

- Rozmawiam z dzieckiem, jaki styl ubierania lubi, jakie kolory, na jaką okazję się przygotowuje. Biorę miarę, bo na czerwony dywan zawsze szyję ubranie na miarę (...), mam makijażystkę i fryzjerkę, a więc czeszemy dzieci i robimy delikatny make-up. Z tym ostatnim nie przesadzam, bo dzieci powinny być dziećmi - o swojej pracy i prowadzeniu polsko-amerykańskiego domu opowiedziała Sylwii Borowskiej Veronika Howard, poznanianka, która mieszka w Kalifornii.

Polki wychowują dziś swoje dzieci nie tylko w Polsce. Wiele z nich los rzucił do innych krajów. Tam założyły rodziny i prowadzą domy. O swoich doświadczeniach opowiadają w naszym nowym cyklu "Matka Polka za granicą". Nasze cykle znajdziecie w poniedziałki o 19 na serwisie eDziecko.pl i Gazeta.pl. Zapraszamy!

Już jesteś na nogach? Przecież u ciebie dopiero 05.30 rano.

Poznańska solidność. Nie lubię się spóźniać. Czy ty wiesz, że moje dzieci, które chodziły przez kilka lat do katolickiej szkoły, ani razu się nie spóźniły? Kiedy jadę do Los Angeles do pracy, to wolę wstać o 04.30, aby nie stać w korku i być na miejscu przed wszystkimi. Droga z San Diego do Los Angeles zajmuje mi wtedy tylko dwie godziny samochodem, a nie cztery jak w godzinach szczytu. W Kalifornii wczesne wstawanie to nic nadzwyczajnego. Moje sąsiadki wstają o 05.00, aby jeszcze przed pracą pobiegać albo pójść na siłownię. No i wszędzie musimy dojeżdżać samochodem, więc trzeba doliczyć ten czas.

Ile w takim razie śpicie w Kalifornii?

Idziemy spać o 22.00, najpóźniej o 23.00. Po dziesiątej w mojej dzielnicy panuje już kompletna cisza. Wszyscy wcześnie wstają, więc idą wcześnie spać. W Kalifornii życie toczy się w ciągu dnia. Nie tak, jak w Nowym Jorku, gdzie toczy się w nocy. Właściwie tam można w ogóle nie zasypiać. Dwadzieścia lat temu, kiedy mieszkałam w Nowym Jorku, mogłam spać po dwie godziny, ale wtedy byłam młodsza i nie miałam rodziny oraz tylu obowiązków. Dzisiaj muszę spać minimum pięć godzin.

Spełniłaś swój american dream?

Tak. Najpierw wymarzyłam sobie Nowy Jork. Zawsze chciałam tam mieszkać i przyjaciele mojego taty zaprosili mnie na wakacje. Chciałam pozwiedzać, trochę popracować. Nie wiedziałam, czy się sprawdzę. Nowy Jork nie jest dla każdego. Trzeba być zdolnym i bardzo pracowitym, bo na twoje miejsce czeka kolejka chętnych. Musisz się starać i cały czas udowadniać, że dobrze zrobili, wybierając właśnie ciebie. Znalazłam pracę w biurze firmy jubilerskiej jako asystentka, ale to nie było dla mnie, bo interesowałam się sztuką i mam manualne zdolności. Postarałam się więc o przeniesienie na produkcję, gdzie mogłam pracować przy diamentach. Zajmowałam się wybieraniem odpowiednich diamentów dla słynnych firm jubilerskich, jak Harry Winston czy Sidney Garber, robiących biżuterię między innymi na czerwony dywan. Uwielbiałam swoją pracę. W Nowym Jorku wszyscy muszą być na czas. Nie wolno ci się spóźnić, nikt nie będzie robił z tobą interesów. Poznańska solidność tam też mi się przydała.

Jednak opuściłaś Nowy Jork.

Chciałam mieć rodzinę. Spotkałam mojego przyszłego męża, który był z Kalifornii i zadecydowaliśmy, że przenosimy się. Kalifornia jest stworzona do tego, aby wychowywać dzieci. Wspaniały klimat i slow life. Mieszkamy 20 minut od plaży. Poza tym ludzie aż tyle tutaj nie pracują, co w Nowym Jorku. Moja szefowa, która była pracoholiczką i osobą zamożną, ciężko zachorowała i zmarła. Pieniądze szczęścia jej nie dały. Dla mnie zdrowie i rodzina są ważniejsze. To tutaj, w Kalifornii, wyśniłam swój american dream.

Jaki dom stworzyłaś?

Polsko-amerykański. Nie kupuję niczego gotowego do jedzenia. Sama gotuję i to w większości polskie potrawy albo włoskie, bo dzieci uwielbiają makarony. Mamy w San Diego polski kościół i w każde święta, na przykład w Wielkanoc, idę tam ze święconką. Spotykam starszych emigrantów z Polski. Kościół organizuje co roku Festiwal Maskymiliana Kolbego i wtedy idziemy na pokaz tańców ludowych. Chcę, żeby moje dzieci wiedziały, skąd pochodzę i znały polską tradycję. Moje córki mają 13 i 14 lat, a syn 10 lat. W Polsce jeszcze nie byli, ale bardzo by chcieli. Częściej tak się zdarza, że to mnie odwiedza tutaj rodzina.

Veronika Howard, archiwum prywatneVeronika Howard, archiwum prywatne Veronika Howard, archiwum prywatne

Co ze swojego poznańskiego domu przeniosłaś na tutejszy grunt?

Antyki, bo tutaj tego mi bardzo brakuje. Także miłość do malarstwa, dlatego mamy dużo obrazów w domu. Mój tata pracował w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Prowadziłam w amerykańskiej szkole, jako wolontariusz, zajęcia dla dzieci ze sztuki. Widziałam, że były zainteresowane. Zadałam im na wakacje pracę domową, aby podczas podróży do Europy obejrzeli jakąś wystawę, a potem się ze mną tym podzielili. Wielu po wakacjach przyjeżdżało i mówiło: "Widziałem Chagalla, Picassa, Moneta". Za każdym razem, kiedy odwiedzają mnie moi rodzice, przywożą mi obraz. W domu łączę nowe ze starym. Nie remontuję tak często, jak Amerykanki. Panie tutaj co kilka lat zmieniają kolory, nawet wystrój całej kuchni albo sypialni, no i oczywiście remontują pokoje dziecięce. Bo chcą być trendy.

Co jest modne w tym sezonie?

Dużo białego.

Na co dzień zajmujesz się modą i pracujesz z dziećmi. Opowiedz o tym.

Jestem stylistką dziecięcych gwiazd w Hollywood. Kiedyś zajmowałam się ubieraniem ich do sesji zdjęciowych, dzisiaj bardziej na czerwony dywan. Pracuję na pół etatu, bo w pierwszej kolejności jestem jednak mamą.

W jaki sposób przygotowujesz te małe gwiazdy do wyjścia na czerwony dywan?

W podobny jak w przypadku dorosłych. Rozmawiam z dzieckiem, jaki styl ubierania lubi, jakie kolory, na jaką okazję się przygotowuje. Biorę miarę, bo na czerwony dywan zawsze szyję ubranie na miarę. Szukam potem projektanta mody, który się tym zajmie. Z tym nie ma problemu, bo akurat dla projektantów to zaszczyt, kiedy dziecko pokazuje się w jego kreacji na dywanie. Poza tym mam makijażystkę i fryzjerkę, a więc czeszemy dzieci i robimy delikatny make-up. Z tym ostatnim nie przesadzam, bo dzieci powinny być dziećmi.

Panuje opinia, że dzieci, które pracują w Hollywood, nie są dziećmi.

To się ostatnio zmieniło. Jest większa kontrola i opieka nad dziećmi. Oczywiście szybciej mogą stawać się dorosłe, bo pracują z dorosłymi ludźmi. Gdy w filmie są sceny dla dorosłych, dzieci przy tym nie ma, nawet nie mogą tych scen potem oglądać. To jest rygorystycznie przestrzegane.

Wszystkie dzieci są takie same, lubią się wygłupiać, czasem i ja się z nimi wygłupiam. Dzieci są dziećmi. Nawet tutaj. Niektóre są niezwykle utalentowane, błyskotliwe i oczytane. Często słyszę, że Ameryka jest pusta. To nieprawda, bo aktorzy często są ciekawymi ludźmi. Ci dziecięcy mają z kolei "aurę". Większość z nich to urodzeni aktorzy. Mają talent, a tego nie można się nauczyć. Ich rodzice często mi mówią, że to dzieci chciały grać, nikt ich nie zmuszał. Czasami rodzice nawet nie chcieliby, bo muszą potem z dziećmi jeździć na castingi, na sesje, na plany filmowe. To jest ciężka praca.

Jak to się stało, że się tym zajęłaś?

Moja sąsiadka prowadziła dwie agencje aktorskie - jedną w Hollywood, a drugą w Nowym Jorku. Zawsze mówiła mi, że jestem dobrze ubrana i mam wyczucie stylu. "Naprawdę?" - dziwiłam się. Jednak pewnego dnia zapytała, czy nie pojechałabym na sesję do Los Angeles, żeby wystylizować grupę dwudziestu osób podczas sesji fotograficznej. To miała być promocja jej strony internetowej.

Bałam się jak diabli, ale przyjęłam to zlecenie. - Musisz tam wejść tak pewna siebie, jakbyś była jedną z nich. Zrobisz to najlepiej, jak potrafisz - powiedziała. Pojechałam pociągiem z dwiema walizkami ubrań, bo nie miałam wtedy jeszcze prawa jazdy. W Nowym Jorku nie potrzebowałam. Weszłam do studia tak pewna siebie, jakbym była faktycznie jedną z nich. Mam dobry kontakt z dziećmi, umiem z nimi rozmawiać, budzę ich zaufanie, mam cierpliwość, więc szybko się dogadaliśmy. Ubrałam wszystkich, a potem pojechaliśmy robić zdjęcia na plaży w Santa Monica. Miałam szczęście, że fotografem był uroczy i spokojny Adam Hendershott. Wszystko wyszło wspaniale i zaczęłam pracować przy kolejnych sesjach.

Mogłam pracować przy filmach i chciałabym, ale kiedy moje dzieci będą już dorosłe. Na sesję wyjeżdżam do Los Angeles na jeden dzień, góra dwa i wtedy mąż może zająć się domem. Przy filmie czasem pracuje się przez parę miesięcy i w moim przypadku to nie wchodzi w grę. Mam trojkę dzieci i chcę być na każdym koncercie córki albo meczu syna. Moja praca jest ułożona pod ich plan zajęć. Czasami muszę odmówić zlecenia ze względu na występ dziecka w szkole. Uważam, że moja obecność tutaj z nimi jest ważniejsza niż praca w Hollywood. Za chwilę dzieci będą dorosłe, pójdą do college'u, czas szybko leci. Nie chciałabym, aby uciekły mi jakieś momenty.

Twoje dzieci nie chcą robić kariery w Hollywood?

Żadne z nich nie jest tym zainteresowane. Mój syn gra w koszykówkę, jest w drużynie i często ma treningi. Moje córki lubią rysować i malować. Mają wystawione w ogrodzie sztalugi. Kalifornia to przede wszystkim jednak sport. Sophie maluje, ale również gra w piłkę ręczną. Madison w tym roku zdecydowała, że też chce być w szkolnej drużynie koszykówki, aby poznać więcej ludzi. Gra przy tym na pianinie i ma piękny głos. Twierdzi, że chce być weterynarzem, ale może w przyszłości zajmie się śpiewem. Mój rodzony brat Dionizy Płaczkowski jest dzisiaj tenorem operowym, ale musiał do tego wyboru dojrzeć. Moje dzieci mają jeszcze czas, aby wybrać. Na razie uczą się w szkole, a po szkole jadą na rowerach na plażę. Większość dzieci spędza czas wolny w Kalifornii nad oceanem, gdzie uprawiają sport - od siatkówki plażowej po surfing. Pogodę mają przez cały rok.

Czy ty, podobnie jak większość matek w Stanach, jesteś kierowcą własnych dzieci?

Dzieci trzeba wszędzie wozić. No chyba, że kończą 15 lat i mogą robić prawo jazdy. Ale faktycznie teraz to ja muszę wieźć je do szkoły 40 minut w jedną stronę i z powrotem. Podrzucić jeszcze na trening albo inne zajęcia pozaszkolne. Tutaj wszędzie jest daleko, ale człowiek się szybko przyzwyczaja. Większość matek wraca po odchowaniu dzieci do pracy na pół etatu, a te które decydują się na cały, zatrudniają opiekunki i to one wożą dzieci.

Czy ty również, jak każda amerykańska mama, powtarzasz swoim dzieciom codziennie: "Jesteście najlepsi, kocham was"?

Nie ma chyba nic w tym złego, aby okazywać swoim dzieciom miłość i je chwalić. To dzieci bardzo motywuje. Znam przypadki takich, które w drużynie sportowej były gdzieś na szarym końcu, a po jednym sezonie stawały na podium. Zaczynały wierzyć w siebie, bo ktoś w nie wierzył. To mi się właśnie podoba w Stanach, że najlepsi zawodnicy dostają osobne trofea za swoje osiągnięcia. Przy okazji motywują do pracy innych, którzy widzą, że można osiągnąć sukces.

Jesteś Matką Polką?

Moje dzieci dostają nawet ciepłe jedzenie w termosie do szkoły. Dzisiaj moja córka jest przeziębiona i już nastawiłam rosół. Moje dzieci nie mają totalnego luzu. Musi być dyscyplina. Lubię wiedzieć, z kim i gdzie się spotykają. Gdy je do kogoś zawożę, to muszę znać rodzinę. To jest chyba ta polskość we mnie. Boję się o nie po prostu. Mnie nigdy nie ciągnęło do złego towarzystwa, ale dzisiaj dzieci dużą część czasu spędzają przed komputerem albo w komórce.

Wszyscy są podłączeni pode mnie w sieci, żebym widziała, co robią. Technologia ma swoje dobre, ale i złe strony. Podoba mi się, że dzieci w Stanach chcą szybko zacząć pracować. Mieć swoje pieniądze, a nie od mamy i taty. Moje córki już pomagają na plaży ratownikom, a w Kalifornii ratownicy mają pracę przez cały rok.

Czegoś ci tutaj brakuje? Nie tęsknisz za Polską?

Tęsknię za bliskimi, bo pochodzę z dużej rodziny. Cieszę się, że mój kuzyn zamieszkał niedaleko kilka lat temu. Brakuje mi tych antyków i wysokich sufitów. Wychowałam się w Poznaniu, niedaleko Rynku, a w Kalifornii wszystko jest nowe. Brakuje mi czasami opery, filharmonii, teatru i muzeum sztuki. Mam za to plażę i ocean. Coś za coś.

Przeczytaj też pozostałe rozmowy z naszego cyklu "Matka Polka za granicą" >>>

Ty lub twoja koleżanka mieszkacie za granicą i chciałybyście podzielić się z nami swoją historią o życiu mamy poza Polską? Piszcie do nas na adres: edziecko@agora.pl!