1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Wdowa po Tomaszu Mackiewiczu: On nas nie chciał opuszczać. Wierzę, że dzieci kiedyś mu wybaczą

- Świadomość, że on już nie wróci, zrobiła miejsce dla nowego uczucia. (...) Zaczął pojawiać się w snach. Pięknych snach. Pustka wypełniła się poczuciem obecności duchowej. Wcześniej, gdy znajomi pocieszali mnie, mówiąc "on nad wami czuwa", wydawało mi się to absurdalne. "Co oni opowiadają, jego nie ma, nie wiem, gdzie jest" - myślałam. Dwa lata po tragedii na Nanga Parbat w naszym cyklu Mamy Moc z Anną Solską-Mackiewicz, wdową po himalaiście Tomaszu Mackiewiczu rozmawiamy o życiu po stracie, o córce i planach na przyszłość.

Mama to ktoś, kto trwa przy dziecku niezależnie od tego, co przyniesie los. To ktoś, kto potrafi łączyć obowiązki rodzinne i zawodowe - czasem takie, które wydają się niemożliwe do połączenia. To ktoś, kto w trudnej sytuacji potrafi znaleźć drogę wyjścia, a przynajmniej walczy do końca, żeby tę drogę odszukać. Dlatego to właśnie matkom i ich sile poświęcamy nasz cykl artykułów pod hasłem "Mamy moc". Czytajcie nas co środę o 19.00 na Gazeta.pl!

Zuzia Ałdycka, eDziecko.pl: Czy Anna Mackiewicz z 2018 roku to ta sama osoba, co Anna Mackiewicz z 2020?

Anna Solska-Mackiewicz: To trudne pytanie. Odpowiedzieć pomogą mi słowa Tomka: "W rzece jest wszystko, rzeka jest odpowiedzią na wszystko". Wychował się nad rzeką, której wspomnienie przez lata było jego wiernym towarzyszem. Czuję się teraz jak ta rzeka. Niby jest ta sama, a jednak ciągle przecież płynie, zmienia się jej nurt, głębokość, koryto, bo jest nieustannym ruchem.

Co się w tobie zmieniło?

Poczucie sprawstwa. Dziś czuję, że odzyskałam kontrolę nad swoim życiem. Dlaczego? Bo już niczego się nie boję. Nie boję się niczego, co może się w moim życiu wydarzyć. Oczywiście, choroba i cierpienie bliskich napawają mnie lękiem - jak każdą osobę, ale mam poczucie ogromnej mocy, bo na każde przeciwności losu jestem już gotowa. Czuję się silna jak nigdy w moim życiu.

Czujesz, że to dar od Tomka?

Tak. Największy dar otrzymałam od niego po jego śmierci. Każdego dnia uświadamiam sobie, jak wiele Tomek mnie nauczył. Dociera do mnie to, co chciał mi przekazać, kiedy jeszcze żył. Cały ten hejt, który po wyprawie na Nangę spadł na mnie, na moją rodzinę, na Elisabeth Revol, sprawił, że dziś umiem żyć wolna od ocen innych ludzi. Dziś jedyne zdanie, które biorę pod uwagę, to zdanie moich bliskich. Co sobie ludzie pomyślą? Zupełnie mnie to nie obchodzi. Takiej siły chciał dla mnie zawsze Tomek. On ją w sobie miał. Pozwalała mu realizować jego pasje. Mimo wyszydzania ze strony całego środowiska. Mimo odrzucenia i niezrozumienia ze strony wielu ludzi.

Tomek był w stu procentach wolny od ocen innych ludzi?

Nie. Przejmował się. Wewnętrznie mierzył się z pytaniami, czy podejmowane przez niego decyzje są dobre, zwłaszcza dla dzieci. Nie jest też tak, że nie potrzebował akceptacji. Potrzebował jej - jak każdy człowiek - jednak nie otrzymywał wiary w swoje przedsięwzięcia, zaufania do jego wizji. Bolało go to. Ale miał siłę żyć swoją pasją. Ufał sobie, choć miał wątpliwości. Mnie natomiast krytyka, w kółko powtarzane "robisz to źle", "to twoja wina", nieustannie w życiu hamowały. Dziś już tak nie jest. Jego śmierć całkowicie uwolniła mnie od ocen innych.

Anna Solska-MackiewiczAnna Solska-Mackiewicz Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta

Kolejne drzwi, które otworzył mi Tomek, to marzenia o pisarstwie. Planowaliśmy, że po Nandze napiszemy wspólnie książkę. Po jego śmierci razem z Dominikiem Szczepańskim mogłam kontynuować nasze marzenie. Autorem książki "Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza" jest oczywiście Dominik, ja przy jej powstawaniu współpracowałam, ale obecnie pracuję nad moją własną. Dużo również piszę na stronie Tomka, chcę w ten sposób spełniać swoje przeznaczenie. Mogę powiedzieć, że Tomek otworzył przede mną świat. Mogę robić to, co kocham.

Żałujesz czasem, że nie pracował od 9 do 17 na Mordorze?

Nie. Poznając go wiedziałam, kim jest. Mimo że góry nie są moją pasją, to fakt, że on był swojej tak oddany, zafascynował mnie. Od razu pomyślałam sobie, że to musi być niesamowicie ciekawy człowiek. Z drugiej strony miałam też świadomość, z czym to się wiąże.

No właśnie, z czym?

Życie z osobą, która ma pasję, jest trudne. To nie musi być od razu himalaizm. Wystarczy, że zawód lub pasja życiowego partnera wiąże się z długą rozłąką albo zamykaniem się na całe dnie w pracowni, bo on lub ona maluje, pisze, tworzy. Pasja zabiera część ukochanej osoby. Trzeba mieć w sobie dużo pokładów tolerancji, otwarte serce, by nauczyć się takiego życia. Trzeba mieć ogromną siłę, by temperować swój egoizm. Cierpliwość i wyrozumiałość, by akceptować drugiego człowieka takim, jakim jest.

Brzmi to tak, jakby udało wam się znaleźć receptę na związek idealny.

Oboje byliśmy niezbyt dobrze przystosowani do codziennego życia. Potrzebowaliśmy sposobu na jego intensywniejsze przeżywanie. Potrafiłam zrozumieć jego wyjazdy, bo sama lubię samotność i źle się czuję w schemacie codzienności, który człowieka wybija z szukania sensu w życiu. Jednak daleko nam było do dwóch gruchających gołąbków. Często pojawiały się napięcia, tarcia. Spieraliśmy się, gdzie kończy się jego wolność, gdzie zaczyna moja.

Tomasz Mackiewicz i Anna Solska-MackiewiczTomasz Mackiewicz i Anna Solska-Mackiewicz Archiwum prywatne/Anna Solska-Mackiewicz

Nigdy nie czułam się jednak skrzywdzona, że z nim żyłam. To było trudne i wymagające, ale sama tego chciałam. Myślę, że przez te wszystkie lata udało nam się, dzięki ogromnej miłości i zaangażowaniu, wypracować naszą ideę związku, relacji. Może to się wydawać banalne, ale kluczem jest miłość, akceptacja, wyzbycie się egoizmu, uczciwość oraz otwarte serce i umysł na świat drugiego człowieka. Zarówno jego potrzeby, jak i własne.

Ty mogłaś sama zdecydować się na takie życie, ale dziecko już nie miało tego wyboru.

To jest kwestia, z którą mierzyliśmy się każdego dnia. Zarzut porzucenia dzieci, który po śmierci Tomka tak wiele osób powtarzało, jest najcięższy i chyba najbardziej zasadny. Przecież "nie można tego robić dzieciom". Nie można, ale nikt tego nie chciał. Jeśli on gdzieś jest i nas widzi, to ogromnie cierpi. On nas nie chciał opuszczać. Był przekonany, że nic się nigdy nie stanie. Zawsze zawracał ze szczytu, gdy tylko pojawiało się niebezpieczeństwo. Przede wszystkim ze względu na dzieci. Zawsze czuł wielką odpowiedzialność za nie. Wierzę, że kiedyś mu wybaczą, że kiedyś zrozumieją i Tomek stanie się dla nich takim kompasem na dalszą życiową drogę. Nie umiem nic więcej powiedzieć. Nie umiem zdjąć im z ramion tego żalu i cierpienia. Ani też zmyć z Tomka winy opuszczenia dzieci, chociaż bardzo bym chciała…

Jakim ojcem był Tomek?

Bardzo zaangażowanym. Rozumiał, czym jest odpowiedzialność za dzieci. Szaleńczo je kochał. Gdy tylko nie był na wyprawie, spędzał z nimi mnóstwo czasu. Dzieci były treścią jego życia, ale miał też swój świat niezwiązany z rolą ojca. Myślę, że Tomek swoją postawą chciał przekazać dzieciom: bądź uparty w dążeniu do celu. Nie poddawaj się. Dziś obserwuję w wielu rodzinach kult dziecka. Jest ono pępkiem świata całej rodziny. Wzrasta więc w przekonaniu, że świat ma spełniać jego oczekiwania.

Potem taki młody człowiek nie umie odnaleźć się w sytuacji, gdy świat jest mu wrogi i wcale nie spełnia jego oczekiwań. A może jest po prostu obojętny na jego żądania. Takie dziecko nie umie nic z siebie dać innym, może zaprogramowane zostało za bardzo na branie. Ojciec z pasją to człowiek, który pokazuje dziecku "zobacz, jaki świat jest ciekawy, pełen wyzwań i sensu, szukaj go. Nigdy nie ustawaj w ciekawości, nie poddawaj się, gdy wyznaczysz sobie cel, wierz w siebie i swoją drogę. Pamiętaj też o innych. Nie zasklepiaj się w egoizmie, materializmie i powierzchowności".

Twoja mama nie miała problemów z zaakcentowaniem waszej wizji rodzicielstwa?

Czasami tak. Nie byliśmy typowymi rodzicami. Pamiętam oburzenie mojej mamy, jak powiedziałam jej, że z niespełna miesięczną Zoją jedziemy razem z Tomkiem w podróż po Polsce. Serwisował w tamtym czasie maszty, które były rozsiane po całym kraju. Pojechaliśmy jego terenowym fordem rangerem, który miał tylko dwa normalne miejsca i niewielką ławeczkę z tyłu. Zoja więc zajęła jedno, zapięta bezpiecznie w foteliku, a mnie - matce karmiącej - przypadła w udziale ławeczka. Jeździliśmy jak Cyganie po Polsce. To była wspaniała przygoda. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Można łączyć więc przygody i dzieci, ale trzeba chcieć i mieć odwagę. Dopóki dziecko jest z kochającymi rodzicami, którzy dbają o jego bezpieczeństwo, to nic złego mu się nie zdarzy.

Ostatnie godziny życia Tomka, jego śmierć, stały się medialnym spektaklem, który skończył się dla ciebie falą hejtu.

Którą niejako sprowadziłam na siebie. Jednak te dwa lata temu wiedziałam, że muszę wszystko nagłośnić, żeby zebrać pieniądze na akcję ratunkową. To była świadoma decyzja, nie spodziewałam się jednak takich reakcji. Ludźmi zawładnęły bardzo silne emocje. Gdy zbiórka na akcję ratunkową została przemianowana na zbiórkę dla dzieci Tomka (nie przeze mnie zresztą), pisano, że żebrzę o pieniądze, zamiast iść do pracy. Czytałam komentarze, że pochowałam Tomka za życia. Byli też tacy, którzy utożsamiali się ze mną, opuszczoną kobietą, bronili mnie przed nim. Opluwali go, choć nie mógł się bronić. Nie byłam w stanie tego znieść.

Płakałaś?

Wtedy w grudniu żyłam w stanie permanentnego napięcia, mobilizacji do pracy, walki o pomoc dla niego. Potem walczyłam o dobro dzieci, a także o dobre imię Tomka, jego pamięć. Kasowałam nienawistnie komentarze z jego strony na FB. Czasami wdawałam się w rozmowy, często nieprzyjemne, jednak czułam, że muszę go bronić. Było mnóstwo spraw organizacyjnych, formalności prawnych, finansowych... Dodatkowo opieka na córką, chronienie jej… Nie pozwalałam sobie na łzy zbyt często. Dopiero po trzech tygodniach, gdy trochę ucichło, płakałam. Gdy mobilizacja do walki minęła, łzy przeplatały się ze stanem odrętwienia. 

Wtedy uświadomiłaś sobie, że Tomek z tej wyprawy już nigdy do was nie wróci?

Nie. Potrzebowałam pół roku. Świadomość, że on już nie wróci, zrobiła miejsce dla nowego uczucia - że on mnie duchowo nigdy nie opuści. Zaczęłam czuć jego obecność. Zaczął pojawiać się w snach. Pięknych snach. Pustka wypełniła się poczuciem obecności duchowej. Wcześniej, gdy znajomi pocieszali mnie, mówiąc "on nad wami czuwa", wydawało mi się to absurdalne. "Co oni opowiadają, jego nie ma, nie wiem, gdzie jest" - myślałam.

Anna Solska-Mackiewicz i Tomasz MackiewiczAnna Solska-Mackiewicz i Tomasz Mackiewicz Archiwum prywatne/Anna Solska-Mackiewicz

Kiedy powiedziałaś waszej sześcioletniej córce, że jej tata zmarł?

Zoi powiedziałam dopiero po dwóch tygodniach. Była u moich przyjaciół, spędzała czas z ich córką, jej rówieśniczką. Nie byłam w stanie jej powiedzieć wcześniej. Byłam w ciągłym napięciu, nie spałam, ciągle pracowałam. Dziś jednak wiem, że ona to przeczuwała. Gdzieś w głębi wiedziała, że stało się coś złego. Wprowadzałam ją, na ile było to możliwe w moim stanie, stopniowo w świat bez taty.

Pozwalałaś sobie na emocje przy dziecku?

Nie ukrywałam przed nią, co czuję, żeby ona nie bała się jeszcze dodatkowo o mnie. Chciałam, żebyśmy tę całą sytuację mogły przeżyć wspólnie. Płakałam przy niej. Płakałyśmy razem. Nie chciałam udawać, że nie jestem zrozpaczona. Pamiętam niedawno przed jakimś pokazem związanym z książką o Tomku, powiedziała "boję się, że będziesz płakać". Ona boi się o mnie, a ja o nią. Płaczę, bo ona płacze. Tak sobie rozmawiamy i to jest dobre, bo trzeba się dzielić tymi emocjami.

Pyta o tatę?

Tak. Bardzo często. Dużo o nim mówi. Wspomina co chwila jakieś sytuacje, o których ja sama zapomniałam. Czasem jest też tak, że dopada ją złość, frustracja. Na koniec, gdy już te emocje narosną, wybucha. Mówi, że tęskni za tatą, że tata był "lepszy ode mnie, bo na nią nie krzyczał". Pojawiają się łzy. Przytulam ją wtedy. Mówię, że on z nami jest. Zawsze będzie. Zawsze na nią patrzy i jej pomaga. Jak była młodsza, robiła dla niego miejsce w łóżku, "bo on z nami leży". Czasem, gdy czegoś szukamy i znajdujemy to w innym miejscu, niż myślałyśmy, że będzie, śmiejemy się "to tata zrobił nam taki żart". Ona bardzo to lubi. To zresztą często jest przyczynkiem do rozmowy, do wspomnień. Chcę, żeby mówiła, nie chcę, żeby się w tym zamykała.

Gdy Tomek zmarł, byłyście w Irlandii. Tam ludzie wiedzieli, co przeżywacie?

To mały kraj o silnym poczuciu solidarności wśród ludzi. My dodatkowo mieszkałyśmy na wsi, w małej społeczności, która nas znała, więc odczuliśmy tę solidarność jeszcze bardziej. Ludzie zareagowali od razu. Bardzo pięknie. Nie narzucając się, każdy pytał, co może zrobić. W szkole od razu rozmawiała ze mną dyrekcja, która doradziła mi, jak postępować z Zoją. Całkowicie dostosowali się też wszelkich moich próśb i potrzeb. Byli dla mnie ogromnym wsparciem.

MAREK PODMOKŁY

Dziś patrzę na pogodną ciepłą kobietę. Jak nie załamałaś się pod tym ogromem nienawiści, rozpaczą swoją i córki?

Fala hejtu owszem była, ale otrzymałam też ocean dobra. Tym się karmiłam. To mnie trzymało przy życiu. Uświadomiłam sobie jednocześnie, że nigdy nie jesteśmy sami. Droga do celu nie jest samotną wędrówką. Pisało do mnie wiele osób. Często anonimowych. Niektórzy stali się dobrymi przyjaciółmi, inni dobrymi znajomymi. Mam wrażenie, że energia, którą on emanował, którą przyciągał ludzi, spłynęła na mnie. Co ciekawe, znalazłam też dużo wsparcia, które dziś sama staram się odwzajemniać, u żon, partnerek innych alpinistów, którzy zmarli w górach. Te, które straciły mężów, łączą się gdzieś ze sobą i się wspierają. To było dla mnie o tyle zaskakujące, że za życia Tomka w ogóle nie miałam kontaktu z rodzinami innych wspinaczy.

Wsparcie od innych jest ważne, a jak ty sama wsparłaś Anię Mackiewicz?

Cały czas uczę się, jak zadbać o siebie. Spełniam się w opiece nad bliskimi. Doświadczyłam niesamowitego wsparcia z otoczenia. Często od ludzi, których w ogóle nie znałam. Do dziś z zaskoczeniem odkrywam, jak silna jest ludzka solidarność i empatia. Wcześniej byłam na to zamknięta. Zraniona i wyczulona na nienawiść i nieżyczliwość. Byliśmy z Tomkiem trochę wyrzutkami, odmieńcami, czuliśmy się osamotnieni. Rozumiem dziś dbanie o siebie jako nieuleganie presji. Dzięki temu zaczęłam ufać sobie. Myślę, że Tomek jest z tego powodu szczęśliwy. "Nie lękaj się" – mówił mi często. To dla mnie krok milowy, że przestałam dążyć do spełniania oczekiwań innych. Kiedyś bardzo mi na tym zależało, chciałam być akceptowana. Dziś nie mam wyrzutów sumienia, jeśli potrzebuje czasu tylko dla siebie.

Co wtedy robisz?

Zaczęłam biegać. Dużo biegać. Ćwiczyć. Lubię też spacerować w samotności. Kiedy jestem sama, odzyskuję spokój, przede wszystkim jednak nie czuję się winna, gdy tej samotności się oddaję. Zaczęłam też więcej podróżować. Praca nad książką wymusiła częste wyjazdy, które - jak się okazało - bardzo polubiłam. Wcześniej podróżował głównie Tomek, ja byłam nieco ograniczona - czy to jako mama małego dziecka, czy finansowo. Teraz mogę spełniać swoją pasję ciągłego przemieszczania się, co dostarcza mi z kolei mnóstwa tak potrzebnych emocji i wrażeń. Jeżdżę z dziećmi, ale też zdarza się, że proszę o pomoc w opiece nad dziećmi rodziców, wsiadam w samochód, samolot i uciekam gdzieś sama. To daje mi dużo energii do życia.

Od śmierci Tomka mijają już dwa lata. Zaczęłaś się znów uśmiechać?

Po dwóch latach trudne momenty nadal wracają. Zwłaszcza przy okazji takich wydarzeń, jak na przykład premiera książki Elisabeth Revol "Przeżyć". Czytając ją, strasznie płakałam, rozpaczałam, otworzyły się rany... Poza momentami straszliwej tęsknoty mogę powiedzieć, że nigdy nie czułam się tak szczęśliwa w życiu. Jestem spełniona, spokojna i ogromnie cieszę się życiem. Zachwycam się nim. W końcu doceniłam je i przestałam się bać.

O czym więc marzy osoba, która kocha swoje życie?

Chcę bardzo pojechać do Nepalu i Pakistanu. Marzy mi się zrealizowanie dokumentu o Tomku. To marzenie wymaga jednak jeszcze wielu przygotowań.

Wszystkie teksty z naszego cyklu Mamy Moc możesz przeczytać tutaj>>

Książkę Eli Revol "Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat" o dramatycznej walce o życie Tomka możesz kupić w Publio.pl >>

Więcej o: