1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Mama na Zanzibarze: Tutaj nikt nie narzeka z samego rana, że ma pod górkę, że ma już dość, choć dopiero wtorek

- Tutaj wychowujesz dziecko bez reklam, bez telewizora, bez wszechogarniającej konsumpcji. Tutaj dziecko nie powie ci: "Mamo, kolega ma Vansy i ja też chcę Vansy!" - o życiu na Zanzibarze opowiada dziennikarka, Katarzyna Werner.

Polki wychowują dziś swoje dzieci nie tylko w Polsce. Wiele z nich los rzucił do innych krajów. Tam założyły rodziny i prowadzą domy. O swoich doświadczeniach opowiadają w naszym nowym cyklu "Matka Polka za granicą". Nasze cykle znajdziecie w piątki o 16 na serwisie eDziecko.pl i Gazeta.pl. Zapraszamy!

Sylwia Borowska: Jak się mówi "dzień dobry" w języku suahili?

Katarzyna Werner: Habari za asubuhi. Zanzibar jest byłą kolonią brytyjską i na co dzień przydaje się język angielski. Mimo to z wielką przyjemnością uczę się suahili z Mwinyi, moim kierowcą. Jego uczę w zamian polskich zwrotów. Na Zanzibarze jest rozbudowany system powitań. Mówimy: mambo, powa, freshi, mzuri. Ten ping pong może trwać w nieskończoność i te słowa w suahili oznaczają same dobre rzeczy. Tutaj nikt nie narzeka z samego rana, że ma pod górkę, że ma już dość, choć dopiero wtorek. Powitanie na Zanzibarze to wielokrotne zapewnienie, że wszystko jest w porządku. Mimo że z perspektywy Europejczyka życie tutejszych ludzi wydaje się bardzo biedne.

Czyli twój poranek na Zanzibarze różni się od poranków w Warszawie?

Tak, głównie tym, że gdy rano wstaję, jest zawsze jasno i ciepło. Przy równiku wschód i zachód słońca są o stałych porach przez cały rok. Zauważyłam, że to wyrównuje rytm życia. Od kilku miesięcy rozróżniam pory roku na suche i deszczowe, przy czym te deszczowe są tylko dwie - dłuższa od połowy kwietnia do początku czerwca, a ta krótsza w listopadzie. Mam jeszcze przed sobą takie dni, kiedy podobno parzy w nosie, bo temperatura zbliża się do 40 st. C i takie dni, kiedy z nadmiernej wilgoci zielenieją ubrania w szafie (śmiech). Tak słyszałam od innych, którzy są tutaj dłużej ode mnie.

Jesteś zatem w raju.

Ciężko się nie zakochać w tej wyspie. Siedzisz przy stole, pracujesz i łypiesz kątem oka na piaszczyste białe plaże i lazurowe morze. Dla człowieka z północy to rzeczywiście raj. Gdy zapuścisz się w głąb lądu, napotykasz dziką i przepiękną przyrodę. Jest tam czerwona ziemia i zieleń, która aż razi w oczy. Dopóki tutaj nie przyjechałam, myślałam, że Afryka to piasek pustyni aż po horyzont. Na Zanzibarze schodzę trzy kroki z ubitej drogi i stoję pod drzewem mangowca, który ugina się od owoców. Wszystko, czego pragniemy zimą w Polsce, jest tutaj na wyciągnięcie ręki: mango, marakuja, papaja, arbuz, ananas, banany. I jak smakują! Hodowane są bez nawozów sztucznych, bez oprysków. Nie rosną tu jednak jabłka, za którymi akurat mój czteroletni syn Tymek tęskni.

Czy twój synek zorientował się już, że nie jesteście na długich wakacjach?

Tymon wiedział od początku, że zamierzamy się tutaj przeprowadzić. Kiedy miał 3,5 roku przyjechaliśmy na miesiąc na próbę. Przed wyjazdem nie mówił jeszcze dobrze, to znaczy mówił tylko po swojemu. Tutaj, w Afryce otworzył się i zaczął mówić pełną parą, jak dorosły. Zobaczyłam, że służy mu takie dzieciństwo, jakie może tutaj przeżyć. Po szkole dzieci biegają ze sobą, toczą opony po plażach, grają w piłkę, rysują na piasku patykiem i pływają w oceanie. Nie siedzą ze smartfonami same w swoich pokojach. Uwielbiam patrzeć na Tymka, jak biega z innymi. Bezcenne.

Czy chodzi tutaj do przedszkola?

Już do szkoły, bo na Zanzibarze są międzynarodowe szkoły oparte na brytyjskim systemie nauczania, czyli dziecko zaczyna szkołę w czwartym roku życia. To jest taka polska jakby "zerówka". Tymek bardzo cieszył się z tego, że idzie do szkoły. Jest to prywatna szkoła, naszym zdaniem jedna z najlepszych w okolicy. Nasz syn siedzi przy wspólnym stole, gdzie dzieci uczą się pierwszych liter i cyferek, a czasem zajęcia przenoszone są na plażę, gdzie dzieci piszą patykiem na piasku albo uczą się pływać w oceanie. Rozpoczął naukę zaledwie trzy miesiące temu, a już dogaduje się po angielsku. Widzę, że wystarczy tylko dać małemu dziecku odpowiednią przestrzeń, a ono samo sobie poradzi. W klasie Tymka jest ośmioro dzieci, każde z nich jest innej narodowości. Są takie mieszanki genów, że nawet jeszcze nie wszystkie rozkodowałam. Jest dziecko hinduskie, zanzibarsko-włoskie, angielsko-włoskie, francusko-koreańskie. Jedno dziecko jest niepełnosprawne. Nikt nie czuje się tutaj wykluczony. Wszyscy są jedną wielką, różnorodną rodziną.

I żadnych kryzysów? Żadnego buntu czterolatka?

Tymek miał tylko trzy dni kryzysowe w szkole, kiedy zdał sobie sprawę, że nie zna nikogo i nie mówi po angielsku. Zaskakująco szybko się jednak potem odnalazł. Jest bardzo komunikatywny. Otwarty i odważny. Teraz zaczyna dzień od tego, że musi obejść całą szkołę i ze wszystkimi się przywitać i przybić piątkę: "Hi, how are you?". Jest nawet maskotką szkoły. Podczas zajęć nauczyciele często go chwalą.

Chcesz wychować dziecko, jedź na Zanzibar?

Troszkę tak (śmiech). Miałam już wcześniej takie spostrzeżenia. Tutaj wychowujesz dziecko bez reklam, bez telewizora, bez wszechogarniającej konsumpcji. Tutaj dziecko nie powie ci: "Mamo, kolega ma Vansy i ja też chcę Vansy!". Poza tym dzieci są bardziej rezolutne, bo szybko stają się samodzielne. Na Zanzibarze są duże rodziny. Wielodzietne. Także dlatego, że dzieci są dla rodziców rodzajem kapitału na przyszłość. Tu nie ma ZUS ani systemu emerytalnego. Gdy rodzice są starzy lub chorzy, dzieci muszą dawać im pieniądze. Nikt się przeciw temu nie buntuje. Mama przekazuje często najmłodsze dziecko pod opiekę starszego rodzeństwa. Dzieci o siebie nawzajem dbają i są blisko siebie. Od kiedy tutaj mieszkamy, także i ja mam więcej czasu dla swojego dziecka. Nawet jeśli opiekuję się gośćmi i jadę z nimi na wycieczkę, to zabieram Tymka ze sobą. Nie jest anonimowy, bo ludzie znają go z mojego profilu na Facebooku. Kiedy byłam w Polsce, wychodziłam do pracy, a tutaj, będąc w pracy, nadal mogę być z synem. Czerpiemy przyjemność ze wspólnych zachodów słońca, pływania z żółwiami, chodzenia po równikowym lesie i szukania w nim małpek.

Jak narodził się pomysł przeprowadzki całej rodziny?

Po czterdziestce zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak dalej miałoby wyglądać moje życie. Smutno byłoby umierać tylko jako Kasia Werner z telewizji. Na szczęście mój mąż myślał podobnie. Jedno bez drugiego by się nie ruszyło. Mąż jest muzykiem, może pracować wszędzie, niedługo zagra na jednym z największych festiwali w Afryce - Busara Festival. Cały świat na niego zjeżdża. Ale nie jesteśmy "wariatami", mamy przecież dziecko, dlatego najpierw przyjechaliśmy wiosną na miesiąc na Zanzibar, żeby się rozejrzeć. Po tym miesiącu już wiedzieliśmy, że jesteśmy gotowi na rewolucję. Afryka jest czymś zupełnie innym od tego, co my Europejczycy znamy od urodzenia. Nie tylko zmienia perspektywę, ale też stawia nas codziennie przed wyzwaniami. Wyobrażasz sobie brak prądu cały dzień, brak wody w kranie przez kilka dni, brak paliwa na stacjach benzynowych czy brak pieniędzy w bankomatach przez kilka dni? Europejczyk w takiej sytuacji rozpłakałby się, a cały kontynent stanął. Tutaj to norma i problem, który musimy jakoś rozwiązać. Uczę się tutaj też pokory i cierpliwości. Nie bez powodu najczęściej używanym zwrotem na Zanzibarze jest: "pole pole" czyli "powoli". Dla wielu ludzi może to zabrzmieć banalnie, ale robię się tutaj silniejsza i mądrzejsza. Bo skoro tutaj sobie radzę, to poradzę sobie już wszędzie.

Jak konkretnie przygotowywaliście się do takiej rewolucji?

Pół roku temu zdecydowaliśmy, że to będzie bilet w jedną stronę i jakieś dwa miesiące zajęło nam "zamykanie" naszego życia w Polsce. Zaczęliśmy od oddawania albo sprzedawania rzeczy. Przy okazji segregowania okazało się, że wszystkiego mamy za dużo. Wysłaliśmy do Afryki 15 kartonów po 20 kg, z czego doszło 13 kartonów. Na szczęście w każdym kartonie było wszystkiego po trochę, bo przewidywaliśmy, że nie wszystko dotrze. Spakowaliśmy dużo zabawek Tymka, nawet jeśli nie miałby się już nimi bawić. Tutaj nic się nie marnuje i jego zabawki powędrowały do miejscowych dzieci. Sprzedaliśmy samochody i wynajęliśmy dom w Warszawie. Gdy zamykaliśmy drzwi za sobą, pomyślałam, że to nie mógł być przypadek, że mąż kupił mi trzy lata temu na czterdzieste urodziny bilety na Zanzibar. To była moja pierwsza tak egzotyczna podróż i już po kilku dniach na miejscu czułam, że nie chcę stąd wyjeżdżać i że jeszcze tutaj wrócę.

Teraz żyjesz pełniej?

Jesteśmy bliżej i więcej razem – z synkiem i z mężem. Nie ma tych nerwów, tej gonitwy, które psują atmosferę życia domowego w Europie. Czuję też, że oddychamy świeżym powietrzem. Nie siedzę tyle, co dawniej. Przestał mnie boleć kręgosłup, na który narzekałam od 10 lat. Codziennie pływam w oceanie. Zachciało mi się też biegać. Sama nie wierzę, w to, co mówię, bo na bieganie nigdy nie miałam ochoty. Nie pomyślałam o nim w Warszawie nawet przez sekundę. A tu na plaży, czemu nie? Choćby 30 minut przed zachodem słońca. Marzę o nauczeniu się kitesurfingu! Inaczej funkcjonuję w miejscu, gdzie świeci więcej słońca i gdzie mogę zdrowo jeść. Nie jem już ciężkich sznycli. Jem w ogóle mniej mięsa, a jeśli zdarza mi się mięso, to tylko ze zwierząt, wypasanych na trawie. Tutaj nie ma przemysłowych hodowli. Piję dużo wody ze względu na temperaturę i jem mnóstwo świeżych owoców i warzyw. Odczuwam przypływ energii. Życie z widokiem na ocean smakuje lepiej.

To naprawdę bilet w jedną stronę?

Na razie nie pomyślałam o powrocie ani razu. Na razie chcę więcej Afryki. Ale wrócić mogę. Nawet do pracy w telewizji. Furtka jest otwarta, bo nadal jestem pracownikiem TVN, tylko że na bezpłatnym urlopie wychowawczym. Po przyjeździe na Zanzibar odżyła we mnie pasja do fotografowania i reporterskiej roboty. Biegam z aparatem, wypytuję, nagrywam. Dzielę się na Facebooku (profil: Mama na Zanzibarze) moimi doświadczeniami, pokazuję nasze codziennie zmagania. To nie jest Afryka na pokaz, tylko moja subiektywna Afryka. Obserwowanie ludzi wokół jest tu bardzo pouczające. Może coś w przyszłości napiszę, może stanę się ekspertem od tego kierunku świata, może to doświadczenie na coś jeszcze się przyda.

Jak zorganizowaliście sobie życie tutaj? Oszczędności pewnie kiedyś się skończą.

Marzymy o tym, aby mieć mały i przyjemny pensjonacik, ale już widzę, że ze względu na tutejsze "pole pole" ("powoli") musimy uzbroić się w cierpliwość. Długo załatwia się formalności w urzędach, a poza tym trudno o wykwalifikowaną kadrę. Pensjonat powstanie, ale dopiero za kilka miesięcy. Na razie zalegalizowałam swój pobyt, uczciwie i rzetelnie poznaję wyspę, mam licencjonowanego kierowcę i organizuję wycieczki dla Polaków po Zanzibarze. To są kameralne grupy z indywidualnym podejściem do każdego gościa. Nie miałam na razie ani jednej reklamacji i to powinno zaowocować. Polacy czują się zagubieni, gdy są po raz pierwszy w Afryce i ja doskonale to rozumiem. Boją się, gdy widzą posterunek przy wjeździe do miasta. Jeżdżę z nimi także dlatego, by dać poczucie bezpieczeństwa, rozwiać wątpliwości, odpowiedzieć na pytania i pomóc.

Widzę, że rośnie społeczność polska na Zanzibarze. To ostatnio modny kierunek. Co was łączy, czy można mówić o wspólnocie?

Jedni są na chwilę, inni na zawsze. Jest nas tutaj już całkiem sporo. Ostatnio ambasador Polski w Tanzanii (Zanzibar jest jej częścią) zorganizował na wyspie spotkanie dla Polonii i powiedział, że jest nas na Zanzibarze około 600 osób. Teraz wspólnie organizujemy pierwszy na Zanzibarze finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zapał jest olbrzymi i wierzę, że będzie tak co roku. To nie jest duża wyspa, dlatego często mijamy się, ale nie siedzimy sobie na głowie. Każdy przyjechał tutaj po coś innego, więc ilu Polaków, tyle historii. Ja przyjechałam, żeby zobaczyć, jak byłoby mi w innym życiu. Chciałam wstać z wygodnego fotela i rozprostować kości. Nie wszystko układa się idealnie, przed nami pewnie jeszcze chwile zwątpienia, ale takie chwile z widokiem na ocean i palmy są łatwiejsze do zniesienia. To jestem nowa ja, wyzwanie na drugą połowę życia.

Poprzednie odcinki naszego cyklu "Matka Polka za granicą" przeczytacie tutaj>>

Zapraszamy również do czytania wywiadów z cyklu "Mamy Moc" oraz "Taty Moc".

Jak wyrobić paszport i dowód dla dziecka? Zobaczcie:

Więcej o:
Komentarze (116)
Mama na Zanzibarze: Tutaj nikt nie narzeka z samego rana, że ma pod górkę, że ma już dość, choć dopiero wtorek
Zaloguj się
  • zdziwiony6

    Oceniono 54 razy 40

    Piękny ale niestety wyidealizowany wizerunek Zanzibaru, który jest częścią Tanzanii. Pani Kasia powinna uczciwie powiedzieć, że problemem w tym kraju jest przestępczość. Liczba morderstw w przeliczeniu na 100 tys mieszkańców jest tam 7 razy wyższa niż w Polsce. Nasze panie trzeba też ostrzec, że jest tam wysoki odsetek nosicieli HIV co jest typowe dla tej części Afryki.

  • cehaem

    Oceniono 50 razy 32

    >Wszyscy są jedną wielką, różnorodną rodziną.

    Starannie wyselekcjonowana, bo pierwsza przeszkoda jest wypchany portfel.

    Paniusia mieszka w grodzonym osiedlu w klimatyzowanym domu i pie...li cos o zyciu lokalsow.

    >Teraz wspólnie organizujemy pierwszy na Zanzibarze finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej >Pomocy.

    Po ch.j? Bedac otoczenie trzecim swiatem rzeczywiscie TYM sie musicie zajac?

  • drakaina

    Oceniono 36 razy 30

    Ech, wielka zmiana i podróż w jedną stronę z poduszką bezpieczeństwa w postaci etatu w TVN... Oraz zapewne pieniędzmi, z którymi na Zanzibarze jest się bogaczem. Droga gazeto, wszystko fajnie, ale to nie jest przepis na życie dla człowieka bez tych wszystkich zabezpieczeń. To jest trochę jak w tej piosence Pulp "Common people". Posłuchajcie sobie.

  • olokas

    Oceniono 25 razy 23

    Jakież to bzdureczki.Bogata pani z bogatym panem w domu z widokiem na ocean i dzieckiem w najepszej prywatnej szkole opowiada o Afryce.Żenujące.Byłem w Tanzanii,również na Zanzibarze - piękne miejsce ale panie tam pracują za dolara dziennie i to bardzo ciężko,faceci mają generalnie w pompie wszystko,jest przemoc w domach -jeśli te domy w ogóle istnieją,malaria,alkoholizm,bieda.Proponuję pani iść zbierać algi dzień w dzień za dolara - potem pogadamy.

  • baby1

    Oceniono 34 razy 22

    W Afryce jest super jak się ma własnego kierowce, niańkę do dziecka, ogrodnika i resztę niezbędnej służby i stać na wysłanie dziecka do szkoły angielskiej. Gorzej jak jacyś wpadną na pomysł zaopiekować się dobytkiem pani Kasi i przy okazji właścicieli skrócą o głowę.

  • kann2

    Oceniono 31 razy 21

    Naprawdę piękny świat. Nikt nie czyje się wykluczony. Raj i w ogóle.

    Ale jakoś tak i Gazeta, i TVN cichutko o tym:

    Władze Tanzanii (do tego państwa należy Zanzibar) stworzyły specjalną grupę śledczą, której zadaniem będzie wyszukiwanie homoseksualistów w mediach społecznościowych. Osoby takie mają być następnie aresztowane - informuje BBC. Na mocy brytyjskiego prawa, jeszcze z czasów kolonialnych, homoseksualizm jest nielegalny w Tanzanii. Mężczyznom, utrzymującym relacje seksualne z innymi mężczyznami, grozi dożywocie.

    I Pani Redaktor nazywa rajem takie państwo? A gazeta.pI publikuje ckliwe teksty? Polskę natomiast określacie mianem kraju faszystowskiego.

    Co ja paczę?!

  • unus_pro_multis

    Oceniono 24 razy 20

    Rozumiem marzenia, rozumiem też chęć przeżycia przygody oraz pewien nawet zdrowy egoizm. Rozumiem potrzebę bycia oryginalnym wśród tłumu, nawet jeśli podróżowanie jest już w pewnym sensie mało oryginalnym mainstreamem. Jedna rzecz mnie zawsze zastanawiała - czemu ci wszyscy tak bardzo oryginalni ludzie, którzy wyjechali i przekonują w wywiadach i na instagramie że są w raju, że niczego innego nie chcą, że dopiero teraz zaczynają rozumieć sens istnienia, ci którzy jednocześnie (to zawsze idzie w parze) tak plują na nasz zepsuty europejski styl życia - pośpiech, używanie komórek, stres związany z pracą, zasmrodzone miasta - dlaczego oni wszyscy w końcu wracają? :) Czyżby ta znana od dawna prawda wychodziła w końcu na jaw, że tak naprawdę nie znajdziemy nawet na końcu świata niczego, czego nie nosimy w sobie? Że życie nie jest pogonią ani za pieniędzmi, ani za sielanką - tylko jego sens unosi się gdzieś po środku.. Że rajem może być wszystko i zarazem nic, a zależy to wyłącznie od naszego nastawienia w danym momencie? Nie umiem uwierzyć, że można człowieka zabrać z europejskiej kultury, najstarszej na świecie, postawić na egzotycznej wyspie gdzieś w Afryce i powiedzieć mu: oto Twój nowy raj. Wydaje się to niezwykle uproszczone wizja życia ludzkie, bo przecież każda plaża, każdy zachód słońca i upalne dni w końcu się opatrzą i znudzą, bo taka jest natura ludzka. I wtedy z raju ostaje się zazwyczaj tylko bardzo ubogie, wypłowiałe w przeszłości wyobrażenie, które z czasem zaczyna zwyczajnie uwierać. Jeszcze można się przez jakiś czas pooszukiwać, że owszem, może już nie jest tak kolorowo jak na początku, ale jednak ciepły klimat i proste życie nam przecież służy, to nic że są jakieś tam choroby tropikalne, bo przecież wszędzie są choroby.. że brak prądu czy wody przez 2 dni to taki trochę uciążliwy, ale jednak drobiazg bez znaczenia.. że prości ludzie mimo że nie rozumieją połowy z tego, co tak bardzo chcielibyśmy im przekazać, to ich radość życia jest dla nas jak remedium na wszelkie intrygi i zawiść ludzi w Polsce :) Ale jak długo można w ten sposób zagrzewać się do zostania w 'raju'? Ile czasu minie, zanim przestaniemy już wpadać w pułapki, które sami zastawiamy na siebie z nadzieją, że w końcu wpadniemy na dobre.. Rok? Dwa lata, trzy? Góra pięć. I co potem - trzeba będzie wszystko odkręcić w wywiadach, żeby nie okazało się przypadkiem coś, co wszyscy podskórnie przeczuwają, ale boją się wyartykuować :)) Czy wiecie co to takiego?

  • cehaem

    Oceniono 35 razy 19

    >Obserwowanie ludzi wokół jest tu bardzo pouczające.

    Czyli takie "z kamera wsrod zwierzat"? Przy czym ich kobieto obserwujesz? Jak ci sprzataczka chate czysci?

    >Może coś w przyszłości napiszę, może stanę się ekspertem od tego kierunku świata,

    Pewnie. Majac troche wiecej doswiadczenia niz turysta na wakacjach all-inclusive...

    >może to doświadczenie na coś jeszcze się przyda.

    W zarobieniu pieniedzy na naiwnych - z pewnoscia
    .

  • polaksk

    Oceniono 39 razy 15

    Ciekawe. Sam wychowuje dwóch synów bez reklam i TV w Polsce. Rano zawsze miło pozdrowię napotkanych sąsiadów i pogadam co u nich. Natomiast my przychodzi dziwne to, że jednym z powodów jej narzekania na Polskę i odejście z Polski było narzekanie w Polsce. Hipokryzja.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX