Razem w muzeum - jak obcować ze sztuką, gdy dziecko jest jeszcze bardzo małe? [FELIETON]

I jak tu obcować ze sztuką wysoką, kiedy człowiek jest taki mały?

Byłam w kuchni, gdy Jagna mnie zawołała. Słychać było, że jest bardzo podekscytowana. Wołała coraz głośniej (tak samo, jak wtedy, gdy wlazła na parapet i koniecznie chciała się pochwalić, że stoi bez trzymanki). Poszłam więc zobaczyć, co wymyśliła tym razem. Kucała przy albumie „Historia Malarstwa Polskiego” i wpatrywała się w „Akt” Tymona Niesiołowskiego. Gdy mnie zobaczyła, z przejęciem wskazała najpierw na piersi modelki, a następnie na moje. I znowu: modelki, moje, modelki, moje. Potem zaczęła mlaskać nad kartką, by po chwili położyć się obok książki i zażądać mleka. Tak oto zaczęła się jej edukacja artystyczna.

Przez dobry tydzień spędzałyśmy z Jagną nad tym albumem po dwie godziny dziennie. Gołych piersi było tam co niemiara. A to Matka Boska karmi Jezuska (bonusem obrazów z Jezuskiem są osiołki, baranki, woły), a to panie kąpiące się w sadzawce i wylegujące na trawie. Ale nie tylko anatomia kobieca pasjonowała Jagnę. W rozdziale „Historyzm” fascynowały ją konie (na co drugim obrazie), a w „Międzywojniu” jedno konkretne dzieło – „Dans le Cabaret” Eugeniusza Zaka, przedstawiające kobietę siedzącą przy butelce czegoś (w zależności od nastroju mówiłam: wody, herbaty, mleka, wina, wódki). Nie bardzo wiedziałam, jak sobie poradzić z działem „Współczesność”. Chyba banalizowałam, mówiąc: „To takie dziwne kolorowe kwadraty, a to mi wygląda na kalkulator”. Żeby nie siać herezji, zabrałam Jagnę do Muzeum Narodowego, by sobie tę wielką sztukę kontemplowała.

Wszystko było wielkie: i chłopczyk z malwami z „Dziwnego ogrodu” Mehoffera, i chmury z „Ziemi” Ruszczyca, i „Kuropatwy na śniegu” Chełmońskiego olbrzymie – każda wielkości całej reprodukcji w naszym albumie. Ale kontemplacji nie było żadnej, bo wystarczyło, że Jagna wbiegała do galerii i od razu niczym duch zjawiała się przy niej pani pilnująca obrazów. Jagna więc zaczynała kontemplować moje nogi. I tak sobie stałyśmy. Panie nie odstępowały Jagny na krok i nawet próbowały oswoić z malarstwem polskim. Jedna wskazała na przykład obraz Pankiewicza „Portret pani Orfeldowej z córką” i powiedziała: „Zobacz, ta dziewczynka jest podobna do ciebie! Buzia przepiękna, mama przy niej może się schować” (a ja dotychczas nie wiem, czy chodziło jej o panią Orfeldową, czy o mnie). Jagna zerknęła na obraz i nawet apetyt jej wrócił, bo po chwili sięgnęła po kukurydzianego chrupka. Niestety kolejna pani poinformowała, że na galerii spożywać posiłków nie można. Zawróciłyśmy więc, by chrupnąć na półpiętrze, przy windzie. A jak znowu (tym razem po schodach)
wdrapałyśmy się do sali z malarstwem polskim, Jagna poprosiła o bidon z wodą. To też jest zabronione, więc my znowu w tył zwrot.

Zaatakowałyśmy trzeci raz. Jagna, chyba z przejęcia, a może ze zmęczenia tą wielkością sztuki naszej narodowej, zaczęła ciągnąć mnie za dekolt. Usiadłyśmy więc naprzeciwko brązowego popiersia Adama Mickiewicza dłuta Oleszczyńskiego, a ja zastanawiałam się, czy to też jest „spożywanie posiłku”. Tym razem na szczęście nikt nas nie wyprosił, ale dziecko moje w dalszym ciągu uparcie nie chciało w spokoju obcować z obrazami. Poszłyśmy więc obejrzeć wystawę o sztuce użytkowej. Z daleka widziałam, że są tam świetne wysuwane szuflady, do których można zajrzeć. I co? Jak tylko Jagna dotknęła pierwszej, tam też pojawiła się pani, która poinformowała, że dzieci nie mogą się do nich zbliżać, bo „nie mają wyczucia i szuflady wypadną z szyn”. (Żałuję, że nie odpowiedziałam: „To nie mogliście zrobić ich porządnie, a nie po taniości?”.) Poczułam się zmęczona. Pojeździłyśmy sobie z Jagną windą i poszłyśmy
do pobliskiej kawiarni dla dzieci.

Może to przypadek, ale od tamtego dnia Jagna już nie zajrzała do „Historii Malarstwa Polskiego”.

To także może cię zainteresować:

Więcej o: