Plac zabaw z dziećmi? Wolałabym już obierać ziemniaki! [FELIETON]

- Ale ja chcę iść z tobą na plac zabaw, a nie z tatą! - wydziera się melodramatycznie mój syn. Nie wiem, o co mu chodzi, przecież kupiłam mu lody. To odpowiednia pora, żeby moje dzieci zrozumiały, że ich mama na place zabaw chodzić już nie będzie. Nie i już.

Są inne sposoby spędzania wolnego czasu i inni ludzie, którzy mogą je tam zabierać. Ja już swoje odbębniłam. Wiem, jakiego rodzaju komentarzy mogę spodziewać się po tym wyznaniu, ale zaryzykuję, bo w głębi serca wiem, że nie ja jedna tak mam. Przecież na tym świecie na pewno istnieją inne matki, dla których wizyta na placu zabaw to odpowiednik najwymyślniejszych tortur (to dobre miejsce, żeby się ujawnić, drogie panie!), prawda?

Dla jasności od razu odpowiem na zarzuty: bardzo kocham swoje dzieci i lubię spędzać z nimi czas. O ile - oczywiście - nie oznacza to patrzenia na zjeżdżalnie, huśtawki, piaskownice i naturalną socjalizację maluczkich oraz przymusową tych nieco większych.

Obiecujące złego początki

Zaczęło się niewinnie. Moja córka przyszła na świat w Krakowie, w starej, zaniedbanej dzielnicy, w której jedyny plac zabaw był wylanym cementem kwadratem, pokrytym resztkami potłuczonych butelek po wódce i piwie, a jedyni jego bywalcy byli wyraźnie pełnoletni i wyraźnie wytatuowani techniką rodem z ośrodków penitencjarnych. I nie, nie mówimy tu o przaśnych latach 80., tylko o końcu pierwszej dekady XXI wieku.

Marzyłam więc o milutkim, kolorowym i nowoczesnym miejscu zabaw dla milusińskich, na którym to córka moja będzie mogła robić te wszystkie wspaniałe rzeczy, które szczęśliwe dziecko robić powinno. Urocze babki z żółciutkiego piasku, wspaniałe sesje huśtania się aż do nieba i kręcenie do utraty tchu na karuzeli, wpadanie ze zjeżdżalni wprost w objęcia swojej roześmianej mamy...

Tak. Po pewnym czasie na osiedlu nieopodal otwarto nowy placyk zabaw. Szału może nie było, ale spełniał przynajmniej podstawowe warunki bezpieczeństwa, a to już całkiem wiele, zważywszy na naszą geolokalizację. I co się okazało? Że plac zabaw to zło. Nie, dziękuję, to nie dla mnie, ja zostanę w domu. Ty z nią idź, kochany.

Poznajmy się!

Ale właściwie to o co mi chodzi? - zapytacie pewnie. O nudę na przykład. Place zabaw dla mnie, osoby dorosłej, są okrutnie nudne. Mogłabym niby prowadzić obserwacje socjologiczne, ale te mogę poczynić w innych miejscach (albo jeszcze lepiej: przeczytać do jakich wniosków doszły tęższe umysły), mogłabym się wdawać w pogawędki z innymi dorosłymi, ale nie lubię rozmawiać z nieznajomymi, a i forma tych rozmów nie bardzo mnie zajmuje. Mogłabym gawędzić przez telefon, jak wielu innych obecnych w takich miejscach opiekunów, ale po pierwsze dzieci skutecznie taką rozmowę utrudniają, a po drugie pełne dezaprobaty spojrzenia zaangażowanych mam z misją skutecznie mi tę czynność obrzydzają. Czytanie książki czy gazety też mi jakoś w takim miejscu nie wychodzi, bo nie potrafię się zrelaksować.

Ten stres jest równie zły co nuda. Naprawdę nie wiem, kto wymyślił tę całą dziecięcą socjalizację (liczę na to, że zaraz mnie ktoś bardziej wyedukowany oświeci. Dziękuję!), ale dla mnie to najbardziej stresogenny proces na świecie. "Nie zabieraj łopatki! Nie ciągnij za włosy! Nie krzycz. Nie bij grabkami. To nie twoje wiaderko. Zostaw, to samochodzik chłopca. Uważaj! Nie podchodź pod huśtawkę! Czekaj na swoją kolej, nie przepychaj się, nie wchodź pod prąd na zjeżdżalnię... Uważaj, to dziecko jest jeszcze bardzo malutkie". AAAAA!!!!

No i nic z tego, nie wolno mi tak ciągle jęczeć, oczekuje się ode mnie, że pozwolę dzieciom rozwiązywać konflikty między sobą, mam więc przyglądać się im z życzliwym zrozumieniem i fascynacją kolejnymi umiejętnościami, które na moich oczach zdobywają. Wytłumaczcie to jednak tej pragnącej mnie zamordować babci, której wnusia właśnie została odepchnięta przy próbie wejścia na drabinkę... Aaaaaa.

Świat daje tyle możliwości

Jasne, mogłabym niby biegać z dzieciakami, huśtać je, budować te wymarzone babki. Nie, żebym nie próbowała. Ale tu wracamy do sedna: nudzi mnie to. Wolę iść z nimi na spacer. Na basen. Do kina. Wolę rozmawiać, czytać im książki i grać w planszówki. Wolę nawet obierać ziemniaki. Czasem jeszcze się poświęcam. Próbuję. Ale już coraz rzadziej. I chyba dorosłam do tego, żeby oznajmić głośno, że nie będę już chodzić na place zabaw.

Nie jest tak źle, zapewniam. Nie musicie współczuć moim dzieciom (tudzież "dziecią", jak w klasycznym forumowym komentarzu), bo na szczęście mają z kim na ten plac zabaw chodzić, a z racji przeprowadzki do stolicy, mogą wybierać spośród najbardziej wypasionych miejsc w naszym kraju. Ja zaś okazuję im zainteresowanie i towarzyszę w rozwoju w innych okolicznościach przyrody.

Nie żeby były z tym bardzo pogodzone - przyznaję. Odbieranie ich z przedszkola zawsze wiąże się z rozpaczliwymi próbami uniknięcia innych rodziców proponujących nam wspólne wyjście na pobliski placyk, a spacerowanie, czy nawet jazda samochodem, nieodzownie wiąże się z sercem ściśniętym na widok mijanych placów zabaw. Żeby tylko nie zauważyli, żeby tylko nie zauważyli! I wiecie co? Zawsze zauważają!

Więcej o: