Winda

Dzieci powinny mówić prawdę - wszyscy rodzice o tym marzą. Marzyliśmy - no to mamy.

Winda to straszne miejsce. Rodzic ciągnący za sobą swoje pociechy ma szanse na otwartej przestrzeni. Nawet w sklepie może umknąć albo wpatrywać się w skupieniu w sufit, udając, że to nie jego dzieci. Ba, może nawet kiwać głową i wzdychać: co to za wychowanie, za moich czasów to było nie do pomyślenia. W windzie sprawa ma się zupełnie inaczej. Z windy nie da się uciec, a udawanie, że dzieci należą do kogo innego, nie wypada przekonująco.

No, ale do rzeczy. Dzień zapowiadał się wspaniale, a Pitu i Kudłata już stali przy drzwiach i niecierpliwie dreptali w miejscu.

- No, chodźmy już, tato - narzekał Pitu.

- Oćmy, oćmy - pokrzykiwała Kudłata.

Po zwyczajowej walce o to, kto przywoła windę, Pitu wyszedł ze śladami małych zębów na dłoni, a Kudłata z odciskiem większej piąstki na czole. Wsiedliśmy. Winda zatrzymała się piętro niżej, a drzwi otworzyły się, wpuszczając parę w średnim wieku.

Dzieci przestały wymieniać argumenty siłowe i zwarły szeregi.

- Ta pani jest bardzo gruba - zawiadomił mnie Pitu scenicznym szeptem.

Zerknąłem na sufit. Istotnie - pani była bardzo gruba, ale potwierdzanie albo zaprzeczanie nie leżało w moim interesie.

- Pan fuj - skomentowała Kudłata po zlustrowaniu towarzysza podróży.

Gotów byłem się z nią zgodzić, niewątpliwie panu i jego pstremu wdzianku przydałaby się wizyta w pralni i łazience, niemniej nie była to informacja, którą gotowy byłbym się podzielić. Zerknąłem na wyświetlacz. Do parteru zostało nam jeszcze 10 pięter, które winda pokonuje zwykle w pół minuty. Kiedy bohater książki wyznaje, że każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność, zwykle uznaję to za chwyt literacki. Sekunda to sekunda, a pół minuty mija niepostrzeżenie. Tym razem było inaczej.

- Nie lubię tej pani - zawiadomił mnie Pitu. A na wypadek, gdyby pani nie usłyszała, powiedział dobitnie: - Nie lubię pani.

Zerknąłem na wyświetlacz. To niewiarygodne, ale od parteru dzieliło nas jeszcze dziewięć pięter.

- Ale rezolutne dziecko - odezwała się pani, przerywając milczenie.

- Nie jestem żadne dziecko - zezłościł się Pitu. - Jestem Pitu. A pan brzydko pachnie.

Zerknąłem na wyświetlacz. Jeszcze siedem pięter. Zacząłem się gorączkowo zastanawiać, czy czytałem cokolwiek o tym, co rodzic może zrobić w windzie, aby wybrnąć z takiej sytuacji. Chyba nic.

- Panu może być przykro - zacząłem ratować sytuację około szóstego piętra.

- Pan gupi, pan gupi - zanuciła Kudłata, uśmiechając się radośnie.

- Pana też nie lubię - naburmuszył się Pitu.

- A tobie nie jest przykro, kiedy Kudłata cię przezywa? - moralizowałem, zerkając na wyświetlacz. Zostały jeszcze cztery piętra.

- Już nie przezywa, bo ją walnąłem w głowę - wyjaśnił Pitu. - A zresztą ja nie śmierdzę.

Doszedłem do wniosku, że dziś winda jedzie wyjątkowo wolno.

- Kudłata nie jest gluba, niegluba - szeptała tymczasem Kudłata. - Pani gluba, gluba.

- A gdyby twój tata tak mówił o innych ludziach, to byłoby im przykro - powiedziała dobrotliwie pani.

Pitu zacukał się na chwilę, potem jego buzię rozjaśnił uśmiech triumfu.

- A wczoraj tata zobaczył jednego kretyna i powiedział, że to kretyn, i temu kretynowi nie było przykro - obwieścił.

Brzęczyk przerwał niezręczną ciszę. Parter.

- Zajechał tacie drogę ten kretyn - mówił Pitu. - Tata mówił, że nie można kłamać.

- Idziemy już, idziemy - wyciągałem towarzystwo z windy.

- A pan też wygląda jak kretyn - kontynuował Pitu. - Mama mówi, że takie kurtki może nosić tylko kretyn.

Odciągnąłem dzieci na w miarę bezpieczną

odległość. Chyba zaczniemy używać schodów. Pół minuty prawdomówności może naprawdę człowieka dobić.

Więcej o: