Całkowita demolka

Pierwsze prawo ojca głosi: zabawka droga i zabawka tania niszczy się pod ciężarem Pitu tak samo szybko. Ale tanią łatwiej odżałować.

W życiu rodzica wypełnionym rannym wstawaniem, zmienianiem pieluch, łapaniem dzieci spadających z szafy, na którą jakimś cudem się wspięły, i mozolnym szorowaniem ścian zapaćkanych mazakami i czekoladą - czyli wszystkimi tymi rzeczami urągającymi zdrowemu rozsądkowi, na które godzę się w imię rozpowszechnianej przez środki masowego przekazu tezy, że dzieci to najlepsze, co może nas spotkać - istnieje jeden jasny punkt. Zabawki.

- Tatusiu, chodźmy do sklepu - woła Pitulek i ciągnie za sobą Kudłatą.

- No dobra - mówię i lecę oglądać modele starych samochodów i tory wyścigowe.

Zawsze trochę wzdycham, kiedy usiłuję zainteresować Pitulka jakimś fajnym torem albo kolejką, a on nie wiedzieć czemu wsiada na paskudny plastikowy traktor. Cóż, wierzę, że przyjdzie dzień, kiedy będzie chciał już tę kolejkę, a jak nie, to i tak ją kupię i poczekam, aż do niej dorośnie.

Kiedy ja oglądam, Kudłata dorywa się do stosu lego i oczywiście wyjmuje pudełko z samego spodu (kto to słyszał, żeby w sklepie z zabawkami ustawiać takie konstrukcje!). Pitu na traktorze usiłuje zwiać, myląc pogoń strażnika, a w końcu naciągają mnie na jakiegoś beznadziejnego misia czy kolejny komplet samochodzików.

Potem wracamy do domu, gdzie odbywa się scena jak z filmu z Sylvestrem Stallone - Człowiek Demolka. W roli Stallone występuje mój syn. Pitu najpierw po nowych nabytkach skacze, potem obrywa im sterczące części, a potem przychodzi ze smętną miną: - Nie działa, tatusiu - i bezradnie rozkłada łapki.

- Nie działa? A to szkoda, trudno, wyrzucimy zabaweczkę - mówię spokojnie.

Cóż, nie chwaląc się, opracowałem perfekcyjny system zakupów. Jestem świetny w wyszukiwaniu samochodzików po złotówce i laleczek po dwa złote. Oczywiście nie są w stanie oprzeć się niszczycielskiej sile naszych dzieci, ale przynajmniej nie muszę się martwić stratami.

Niestety, prawa doświadczonego ojca dotyczącego drogich i tanich zabawek nie zna ważna postać w życiu Pitulka - wujek Michał (Pitu ubóstwia go, a jeszcze bardziej wielkie prezenty, jakie od niego dostaje).

- Lubi małe samochodziki? Nie ma sprawy - zapowiedział przed wizytą. I zjawił się w drzwiach z wielkim pudłem, z którego wśród ochów i achów mojego syna wychynął wielki garaż.

- Ojej, garaż, ojej - powtarzał zafascynowany Pitu. Zachwytom nie było końca.

Ja jednak czarno widziałem przyszłość garażu. Wprawne oko ojca dostrzegło, że koliste zjazdy są łamliwe, dach nie dość wytrzymały i prawdopodobnie wujek Michał nie dokonał próby wytrzymałościowej, której dokonuje każdy ojciec - co się dzieje z zabawką, kiedy się na niej usiądzie.

Pitu dokonał próby następnego dnia z rana.

- Ojejku, tato, garaż nie działa - zmartwił się, kiedy go znalazłem na czymś, co wyglądało na ruiny garażu trafionego bombą. Obok krążyła Kudłata i rozdeptywała co mniejsze elementy, a część usiłowała zjeść.

- Jak tam garaż - zadzwonił następnego dnia wujek.

- Hm, Pitu był zachwycony - poinformowałem go, nie mijając się nawet z prawdą. - Kudłata też.

Teraz Pitu i Kudłata bawią się na podłodze. Chwilowo wszystkie zabawki są rozdeptane, zbudowały więc mur z garnków i walą w niego wałkiem. Na razie mur się trzyma. Sprzedawca zapewniał mnie, że garnki są bardzo wytrzymałe, z wyjątkowo odpornej stali, i ja mu wierzę. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, żeby zabawki dla dzieci robić z tytanu i stali. Może wytrzymałyby trochę dłużej.

Garnki strasznie im się podobają, więc może parę im dokupię. A sam gram na playstation. Kupiłem dla Pitu i czeka, aż podrośnie. Przecież teraz mu jej nie dam.

Więcej o: