Na dziecko!

Jako tata Pitulka inaczej oglądam filmy. Opowieści o napadzie na bank zupełnie nie robią na mnie wrażenia.

Spójrzmy bowiem tylko: grupa ludzi drąży podkop przez wiele miesięcy albo przebiera się za kogoś, ewentualnie za pomocą arsenału, który przewyższa zapewne siły przeciętnej polskiej jednostki wojskowej, forsuje mury banku. Błąd - wystarczyłby jeden Pitulek.

Oczywiście Pitu nie wywali dziury w pięciometrowym murze, do tej pory jego największym osiągnięciem jest trafienie talerzem w kota, który uciekając, strącił wazę, która upadła na stół, który... Wśród ofiar były dwa martwe talerze, dwie zabite filiżanki i poważnie ranny wazonik - to jednak nie wystarczy do rozwalenia banku. Rabunek na Pitulka wyglądałby inaczej. Wchodzę z Pitu do banku. No cóż, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu Pitu robi wstrząsające wrażenie na paniach w każdym wieku. Urzędniczki zbiegają się. Pitu w środku prowadzi ożywioną dyskusję.

- Kotek - mówi Pitu, wskazując na kalendarz na ścianie.

- Och, och, och - wołają urzędniczki. - Powiedział "kotek". Jaki on mądry.

Zaraz zjawia się strażnik. - Jaki on podobny do mojego wnusia - mówi i kuca przy Pitu. Pitu uśmiecha się i, jak to on, zaczyna gadać jak najęty: - no buba, kotek, tak, kaka. Mógłbym teraz spokojnie udać się do skarbca i wypłacić sobie kilka worków banknotów. Jak znam życie, zachwycone urzędniczki zapędziłyby strażnika do pomocy w ładowaniu. W końcu jestem ojcem, muszę mieć wolne ręce i uważać na dziecko.

Pitu jest oczywiście uniwersalny. W zasadzie jest mu wszystko jedno, czy zabawia panią w banku, na poczcie czy w sklepie.

- Chciałem odebrać list polecony - mówię w okienku na poczcie.

- Poproszę awizo i dowód osobisty - odpowiada urzędniczka.

- No cóż, jeśli chodzi o awizo, to zgubiłem, a dowodu zapomniałem - uśmiecham się rozbrajająco. Urzędniczka już się naburmusza, kiedy nadciąga Pitu.

- Koteeek - zaciąga śpiewnie.

- O, a ile on ma? - rozczula się urzędniczka.

- Półtora roku - informuję. - Właśnie tak sobie spacerujemy...

- Oj tak, z dzieckiem to człowiek jest roztrzepany - uśmiecha się urzędniczka. - Moja siostra to zapomniała raz kluczy do domu.

- Właśnie - przytakuję. - Z dziećmi to już tak jest. Trzeba by wrócić do domu, poszukać tego awiza, no a mały wiadomo. Jak już wyszedł, to nie chce wrócić.

- Oj tak, tak - wzrusza się pani w okienku. - To już dam panu ten list. Mówi pan, że jak pan się nazywa?

- Nazywam się tata Pitulka, to jest, przepraszam, nazywam się Talko (ale właściwie mógłbym się nie ograniczać i podać dowolne nazwisko).

Potem jedziemy z Pitu do urzędu skarbowego. Kolejne wyzwanie dla Pitu.

- Miał pan zgłosić się tydzień temu - groźna urzędniczka mierzy mnie zza okularów stalowym wzrokiem. Wtedy zza pleców wyskakuje mi Pitu.

- Oooo - dziwi się teatralnie i zaczyna udawać samolot.

- Wie pani, jak to jest z dziećmi.

- Ale pan już dzieckiem nie jest - burczy urzędniczka, ale jakby już mniej nastroszona.

- Czasem tak - oponuję. - Wczoraj na przykład łobuz oblał mnie wodą i uciekł. No to go dogoniłem i też oblałem.

Pitu śmiało podchodzi do biurka i mówi:

- Oooo, to to.

- Nie mogę ci tego dać, kochanie - uśmiecha się urzędniczka, zabierając akta. - Ale masz tu karteczkę i porysuj sobie.

Reszta jest już prosta. Wracamy do domu, zahaczając o cukiernię.

- Na dziś koniec roboty - mówię Pitu. - Ale jutro musimy załatwić sprawę z rachunkiem telefonicznym.

- Eeee - macha ręką Pitu.

Eeee. No jasne. Co to dla niego.