Arsenic hour

Przyszło wam kiedyś do głowy, że chcielibyście zabić własne dziecko? Bo mnie oczywiście. I to nie raz.

Szczególnie dobrze pamiętam ten pierwszy. Tosia była malutka, strasznie płakała, nie mogłem jej uspokoić. Nosiłem, tuliłem, masowałem brzuszek. Śpiewałem, tańczyłem, pokazywałem, co za oknem. Włączyłem pralkę. Stukałem naczyniami. I co? I nic! A jak dawałem jej smoczek, to ona go wypluwała.

- A jakbym ją tak wziął, wyrzucił przez okno? - pomyślałem. - Przyjedzie policja, wpakują mnie do więzienia. I już nic nie będę musiał. Ani uspokajać, ani przewijać, ani wstawać w nocy. Nawet do pracy nie będę musiał chodzić.

To była naprawdę miła myśl. Aż mnie zaczęło świerzbić w palcach.

Tak, bardzo dobrze pamiętam ten pierwszy raz. Bo potem to już rutyna.

Jest nawet taka godzina, w której te myśli przychodzą częściej niż w każdej innej. Anglosasi nazywają ją - arsenic hour.

Nigel Marsh, autor książki, "Fat, Forty and Fired" - czyli "Gruby zwolniony czterdziestolatek", opisuje ją Ale może wcześniej słówko wprowadzenia. Otóż Nigel Marsh jest Brytyjczykiem, który wraz z żoną i czwórką dzieci wyemigrował do Australii. Wcześniej pracował w potężnych agencjach reklamowych. Pracował bardzo dużo, a dziećmi zajmowała się żona. W Australii też tak miało być, ale bardzo szybko stracił pracę, postanowił więc, że przez rok zostanie w domu. Żeby zobaczyć, jak to jest. Czyli na przykład dlaczego jego żona była taka niemiła, gdy dzwonił do niej wieczorem z pracy. A wyglądało to mniej więcej tak:

Nigel: - Cześć, kochanie, to ja.

Żona: - Czego chcesz?

- A nic, tak chciałem pogadać.

- Nie mogę, jestem zajęta.

- Zajęta? Czym?

- Zajmowaniem się twoimi cholernymi dziećmi.

- To może dasz Alexa?

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo jest w wannie.

- To może dasz Harry'ego?

- Słuchaj, Nigel, oni wszyscy są w wannie.

- Jezu, przepraszam, że w ogóle dzwoniłem.

Tak, arsenic hour to jest właśnie ta godzina, kiedy szykujesz kolację, kąpiesz dzieci, kładziesz je do łóżka. Czyli kiedy musisz zrobić bardzo dużo w bardzo krótkim czasie. A jeszcze ciągle coś się komplikuje. No bo córka akurat teraz musi powiedzieć ci coś ważnego, synek akurat teraz musi znaleźć samochodzik, akurat teraz przyjechały zakupy, które zamówiłeś wczoraj w sklepie internetowym, a do tego wszystkiego dzwoni telefon.

Oszaleć można! Albo podać arszenik. Sobie, dzieciom, osobie, która dzwoni.

Ostatnio rozmawiałem z instruktorką jogi śmiechu: - Generalnie chodzi o to, że nasz mózg nie zauważa różnicy między śmiechem sztucznym i prawdziwym - powiedziała. - Wystarczy więc w sytuacji krytycznej, i to właśnie ćwiczymy, zacząć się mocno śmiać. A wtedy pojawiają się wszystkie dobroczynne konsekwencje śmiechu. Czyli na przykład luz. Zwalniają nas z pracy - o rety, ale śmieszne.

Dostajemy niespodziany rachunek - nie mogę, zaraz się zsikam ze śmiechu.

Zaczyna się arsenic hour - oj, bo zaraz pęknę.

Itd.

Więcej o: