Co komu pisane

W Wielką Sobotę zawsze przydarza mi się coś miłego. Na przykład kilka lat temu urodziłam Jasia. A Julka pomalowała dla niego pisankę w ropuchy i kijanki.

- Spójrz, Jasiu - popukałam palcem w zdjęcie. Leżałam w niedbałej pozie z rozanielonym wyrazem twarzy, a obok mnie Jaś, który w trzy minuty po urodzeniu zdecydował się właśnie otworzyć jedno oko.

Jaś nachylił się nad zdjęciem i gwałtownie odskoczył.

- O Boże - przeraził się - Kto to?

- No jak to kto to? - uśmiechnęłam się czule - nie poznajesz? Przecież to ty.

Jaś ostrożnie zerknął.

- Wiem, że to ja, przecież siebie poznaję - wyjaśnił zdziwiony - Ale kto to jest TO?

Zerknęłam na zdjęcie jeszcze raz. TO - to byłam ja. Grubsza o 40 kilo i ciastowato spuchnięta na twarzy. Słoń.

- To przecież ja - wyjaśniłam, mężnie zmagając się z pokusą zidentyfikowania słonia jako przypadkowej osoby, która zaplątała się w kadr, albo zwalenia wszystkiego na jakiś kiepski fotomontaż.

- Ty? - zdumiał się Jaś

Przyjrzał mi się uważnie i jeszcze raz obejrzał zdjęcie.

- No tak. Właściwie jesteś całkiem podobna - zdecydował w końcu. - Tylko że teraz...

- Tak? - uśmiechnęłam się uroczo.

- Tylko że teraz wyglądasz trochę starzej.

O Boże.

Z przylepionym uśmiechem wymknęłam się do łazienki, gdzie spędziłam kwadrans, oglądając zmarszczki i wypróbowując na chybił trafił kilka zabiegów mających zregenerować moją zrujnowaną, starczą twarz. Z łazienki wygnał mnie spieszący się do pracy mąż i dzwonek do furtki. Adela, koleżanka Julki, jej brat Alek, kolega Jasia i ich mama Kasia, moja koleżanka. Mamy dziś razem robić pisanki, o czym zapomniałam na śmierć.

- Mamoo! - błagalny dwugłos Julki i Adeli oderwał mnie od mieszania (wyjadania) kajmaku. - Musimy mieć wydmuszki!

Zanim zdążyłam pomyśleć, jak się wykręcić, nerwowo oblizując palec po kajmaku, w złowróżbnej ciszy rozległ się pewny i stanowczy głos Kasi:

- Ja mam uczulenie na białko.

Popatrzyłam na nią ze szczerym podziwem. Już już miałam ogłosić, że mam alergię na żółtko, kiedy zobaczyłam błagalnie wlepione w siebie dwie pary oczu.

Gdybym wiedziała, że będę zmuszona osobiście dmuchać w jajka i obryzgiwać pół kuchni żółtawym glutem, nigdy nie zawlokłabym dzieci na warsztaty do muzeum. Nigdy. Przez kilka lat malowały kwiatki, baranki i drób na farbowanych w cebuli jajkach i wszyscy byli zadowoleni. Rozejrzałam się ze zgrozą po kuchni - dwa garnki z zastygłym na beton woskiem, cztery słoiki upaprane barwnikami do nie wiem czego, bo na pewno nie do jajek, które z wielogodzinnego moczenia w cuchnącej brei wychodziły uporczywie blade. Kłęby gryzącego dymu ze świeczki, nad którą Kasia z dziewczynkami opalały kolejne warstwy wosku. I te kurze dziobki z kolorowego papieru poniewierające się na podłodze, na kapciach i na psich ogonach. Chociaż z drugiej strony... wprawdzie Jasia ludowa twórczość obchodziła tyle, co zeszłoroczny śnieg - od kilku tygodni razem z Alkiem oddawał się swojej nowej anatomiczno-jelitowej pasji - ale Julka była zafascynowana nowymi wyzwaniami. Z wypiekami na policzkach okleja jajko czymś, co podobno jest w sitowiu, a wygląda na długą, bladą gąsienicę.

Odetchnęłam głęboko i powstrzymując falę mdłości, dmuchnęłam w pierwsze jajko. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że robię sztuczne oddychanie, ale niewiele to pomogło. Piąte jajko nadzwyczaj asertywnie wręczyłam Kasi i postanowiłam wreszcie zająć się tym, co JA lubię robić (jeśli chodzi o pisanki oczywiście). Babranie się w wosku, skrobanie jajek igłą, oklejanie glizdą - to nie dla mnie. Sięgnęłam do garnka z jajkami farbowanymi w łuskach cebuli i wyjęłam kilka najładniejszych w głębokim brązowym odcieniu z zamiarem pomalowania ich jak co roku: w stokrotki, w owieczki, w kolorowe paski oraz kilka z tradycyjnym motywem drobiowo-zajęczym.

Rozejrzałam się po domu - dziewczynki wystrzygały łowickie wycinanki z kogutkami i naklejały na jajka. Kasia z twarzą w odcieniu przygaszonej zieleni opróżniała kolejne jajko, drożdżowe ciasto na babkę rosło sobie powolutku, kajmak do mazurków bulgotał w wielkim garze. Jaś i Alek na drugim końcu stołu w skupieniu malowali jajka plakatówkami. Odwróciłam się do nich, żeby pożyczyć żółtą farbę, i zerknęłam na gotowe pisanki Jasia schnące w kieliszkach.

- Co to jest? - zdumiałam się nietaktownie. Kontur Afryki? Czerwony balonik? Truskawka?

- Wątroba - wyjaśnił z powagą Jaś.

- No tak - wytrzeszczyłam oczy - A to?

Malinowy budyń? Różowy orzech? Obłoczek?

- To? A, to. Mózg - rzucił lekko Jaś. - A tu zaznaczyłem ośrodek mowy.

Mój własny ośrodek chwilowo szwankował, więc jęknęłam tylko:

- A to? - myśląc z nadzieją: kolorowy wąż? Labirynt?

- To? - upewnił się Jaś. - To przewód pokarmowy. A to na końcu - sprawnie przełożył jajko do góry nogami - to kupa.

Pozostałe pisanki Jasia przedstawiały kolejno: żołądek przeżuwacza, ucho wewnętrzne ze szczególnym uwzględnieniem ślimaka, owadożerną roślinę w dwóch stadiach żarcia owada (z owadem i bez), płuco z fragmentem oskrzeli i, zapewne z powodu chwilowego wyczerpania inspiracji anatomicznych, dwa delfiny w błękitnym oceanie. Alek ze swoją twórczością nie pozostawał w tyle. Modliszka zżerająca coś, czego zidentyfikować już się nie dało z powodu daleko posuniętego procesu rozkładu, przekrój dżdżownicy, malownicze rybie wątpia.

Odetchnęłam głęboko. Popatrzyłam na hiacynty i szafirki na parapecie. Na forsycję kwitnącą za oknem. Na świeżo upieczonego baranka i pieczołowicie hodowaną rzeżuchę. I jeszcze raz na pisanki w kolorowe wnętrzności, których autorzy, wyraźnie z siebie dumni, czekali na pochwałę.

- Piękne - wydusiłam w końcu. - Świetnie dobrane kolory. Wspaniała ekspresja. I ile pasji. Znakomite.

Zadowoleni chłopcy wrócili do swoich śledzion i trzustek. Nagle moje własne wytwory, z których jeszcze przed chwilą byłam taka dumna, wydały mi się głupie i bez polotu. Moje dzieci z takim zapałem produkują oplątane tchawicami pisanki i skrobią szpilką ludowe motywy z Puszczy Piskiej, a ja? Kropki, baranki, stokrotki - nuda. Wyjęłam z garnka jeszcze jedno jajko i dałam się ponieść natchnieniu. Z artystycznego upojenia wyrwały mnie podejrzane odgłosy mlaskania i ciamkania. Rzuciłam się szczupakiem do miski z drożdżowym ciastem, ale było za późno - Fela i Lucek, nasze psy, właśnie kończyły wyjadanie rodzynek, ryjąc w surowym cieście głębokie tunele. Fela czknęła radośnie i spojrzała mi głęboko w oczy. Lucek udawał, że znalazł się tu przypadkiem, i dyskretnie zlizywał ślady ciasta z własnych wąsów. Kazałam im się wynosić na dwór.

Kiedy wróciłam do stołu, dzieci debatowały nad moją pisanką.

- Mówię wam, że to wątroba - przekonywał Alek.

- Mamo, czemu ode mnie ściągasz? - naburmuszył się Jaś.

- Nie, to jest takie kółeczko jak na kurpiowskich pisankach - twierdziła Julka. - Na mojej pisance pod tym kółeczkiem są gałązki, a na twojej, mamo?

- To są wyrostki robaczkowe - uznał Jaś.

- Nie, to są zajączki, prawda, mamo? - upierała się Julka.

- To różowe to meduza - wyznałam mężnie. - A to pod spodem to ukwiały. Koniki morskie, rybki i perłopławy. Rafa koralowa.

W kuchni zapadła cisza.

- Ale takich rzeczy nie maluje się na pisankach - odezwał się w końcu Alek, autor portretu szczura w przekroju podłużnym.

- Nie, dlaczego? - zaprotestował Jaś. - Ładne kolory. Dobrze dobrane - poprawił się. - I ile pasji - dodał już mniej pewnie. - Znakomite.

- Ale wiesz co, mamo - odezwała się łagodnie Julka - ty już lepiej maluj te swoje owieczki.