Pierwszy wszedł dowódca. Wiedziałam, co usłyszę. Byłam w drugim miesiącu ciąży

Joanna Biszewska
- Wiedziałam, co usłyszę. Poprosiłam mamę, aby zabrała dzieci do pokoju. Mój tata został ze mną. Pierwszy wszedł dowódca. Zaprosiłam ich do salonu. Ratowniczka zasugerowała, abym wzięła tabletkę uspakajającą. Nie mogłam. Byłam w drugim miesiącu ciąży - mówi pani Agnieszka, mama czworga dzieci, której mąż zginął na służbie w Kuźni Raciborskiej.

Joanna Biszewska: Pani mąż był saperem.  

Pani Agnieszka, wdowa po żołnierzu, który stracił życie podczas rozbrajania niewybuchów z czasów drugiej wojny: Wiedział o saperstwie chyba wszystko. Przez wiele lat pracował w jednostce desantowo-powietrznej. Na krótko przed śmiercią dostał się do patrolu saperskiego. Wyjeżdżali poza jednostkę, zajmowali się niewybuchami odnalezionymi w terenie.  

Zobacz wideo Ukrainki protestują. Chcą, by ich mężowie powrócili z frontu do domów

To praca, która budzi w człowieku lęk.  

Tak, ale to była dla męża nobilitacja, ukoronowanie jego pracy i tego, że jest specjalistą w swoim fachu. Wcześniej, kiedy jeździł na poligony, zajmował się wysadzaniem niewybuchów. Wiedział, jak będzie wyglądała praca w patrolu saperskim.

Cieszył się z niej, bo pracował już tam jego najlepszy przyjaciel. Mąż zaczął na stanowisku kierowcy-ratownika. Na samym początku nawet obawiał się, że będzie tylko jeździł i czekał, aż po rozminowaniu wszyscy będą schodzić do samochodu.  

8 października 2019 r. nie czekał na kolegów w samochodzie.  

Dostali zgłoszenie. Razem z kolegami podejmował niewybuch z czasów drugiej wojny światowej. Mąż znajdował się w leju, w którym miały być wysadzone niewybuchy. Były już obłożone ładunkami. Doszło do samozapłonu, do nieszczęśliwego wypadku. 

Pamiętam ten dramat. Media przez kilka dni donosiły: "Nie żyje trzeci saper ranny w wybuchu niewypału w Kuźni Raciborskiej", "Przy podjęciu niewybuchu zginęło dwóch saperów, a czterech zostało rannych".  

Mój mąż zginął na miejscu.

Wypadek był po południu.  

Adam wyszedł z domu wcześnie rano. Mówił, żebym się nie zrywała, że zrobił mleko dla najmłodszego syna. Franek miał osiem miesięcy. Pamiętam, jak wychodził przez drzwi. I tyle.

Oprócz Franka ma pani jeszcze dwóch starszych synów i córeczkę. Nie zdążyła poznać taty.  

Tamtego dnia starsi synowie wrócili po południu ze szkoły. Podgrzałam im żurek, który Adam zrobił dla nas dzień wcześniej. Wszyscy byliśmy w dobrych nastrojach. Dostałam SMS-a od koleżanki, pytała, czy wszystko u nas w porządku. Zaniepokoiło mnie to, oddzwoniłam do niej.  

Ona coś podejrzewała?  

Powiedziała mi, że był jakiś wypadek, ale na pewno nic się nie stało. Rozłączyłam się z nią i zadzwoniłam do męża. Potem do jego przyjaciela, który tego dnia był z Adamem w pracy. Żaden nie odebrał. Zadzwoniłam do oficera dyżurnego. Powiedział, że odpowiednia delegacja przyjedzie do mnie do domu. Poprosiłam moich rodziców, aby jak najszybciej do nas przyjechali.  

Pani już wiedziała, co to oznacza?

Jeśli był wypadek i żołnierz jest w szpitalu i nie będzie mógł wrócić do domu, przyjeżdżają żołnierze, żeby poinformować o tym, co się stało, zabrać najbliższych do szpitala, żeby uzyskali więcej informacji. Kiedy ginie żołnierz na służbie, w delegacji przyjeżdża dowódca, ratownik, ksiądz i psycholog. Zobaczyłam ich przez okno.  

Wiedziałam, co usłyszę. Poprosiłam mamę, aby zabrała dzieci do pokoju. Mój tata został ze mną. Pierwszy wszedł dowódca. Zaprosiłam ich do salonu. Ratowniczka zasugerowała, abym wzięła tabletkę uspakajającą. Nie mogłam. Byłam w drugim miesiącu ciąży.  

Cztery lata temu została pani sama z trzema synami i z czwartym dzieckiem w drodze. Po śmierci pani męża nadeszła pandemia.  

Kiedy myślę o tym, jak ja przez to przeszłam, to mam takie wrażenie, jakbym nie znała tej dziewczyny, która to ogarnęła i przetrwała. Nie mam pojęcia, jak ja to zrobiłam.  

Fundacja Dorastaj z Nami niesie pomoc psychologiczną dzieciom, które po śmierci albo wypadku rodzica - pracownika służby publicznej - znalazły się w kryzysie. Na zdjęciu dzieci podczas warsztatów organizowanych przez FundacjęFundacja Dorastaj z Nami niesie pomoc psychologiczną dzieciom, które po śmierci albo wypadku rodzica - pracownika służby publicznej - znalazły się w kryzysie. Na zdjęciu dzieci podczas warsztatów organizowanych przez Fundację fot. archiwum prywatne

Weszła pani w tryb zadaniowy?  

Bardzo zależało mi na tym, aby w domu było tak samo, jak przed śmiercią Adama. Zawsze słuchaliśmy dużo muzyki. Uwielbialiśmy soundtracki z filmów i z bajek. Kilka miesięcy przed śmiercią mąż pojechał na Pol’and’Rock Festival. Kiedy wrócił, brał Franka na kolana, słuchaliśmy relacji z festiwalu. Podskakiwali sobie razem w rytm muzyki. Mam wrażenie, że Franek te dźwięki zapamiętał. Kiedy puszczam mu te piosenki, myślę, że on pamięta, że słuchał tej muzyki z tatą.  

Starsi synowie dociekali, co się właściwie stało?  

Najstarszy z synów odciął się od informacji o wypadku, to była jego postawa obronna. Młodszy bardzo potrzebował rozmowy na temat wypadku. Szukał wyjaśnień, wytłumaczenia. Wiedział, że prokurator badał wypadek, że jeszcze nie zostały wydane wszystkie opinie. On się tym bardzo interesował. Przekazywałam mu informacje, ale okrojone.

Ja znam zapisy z raportów, otrzymałam je. To informacje zbyt drastyczne, nie tylko dla dzieci. Wywiozłam je do rodziców do domu, poprosiłam, aby do nich nie zaglądali.  

Dla pani to jest w ogóle pocieszenie, że praca pani męża była ważna i potrzebna nam wszystkim?  

Mam poczucie, że to, co robił mój mąż, miało sens, wartość dla kraju, dla naszych dzieci. Co roku saperzy rozbrajają setki niewybuchów.

Chodzimy po lasach, zbieramy grzyby, jagody. Lasy na Śląsku wciąż są zaminowane. Tam były poniemieckie magazyny. Kiedy Niemcy się wycofywali, wszystko zostało w ziemi. Tydzień przed śmiercią mąż wspominał, że w lasach jest jeszcze tyle niewybuchów, że praca będzie zawsze.  

Zdjęcie ilustracyjne. Saperzy z jednostki w Gliwicach rozminowują teren lasu z niewypałów i niewybuchówZdjęcie ilustracyjne. Saperzy z jednostki w Gliwicach rozminowują teren lasu z niewypałów i niewybuchów Fot. Piotr Deska / Agencja Wyborcza.pl

Co pani pomagało w najtrudniejszych miesiącach, latach?  

Bardzo ważne dla mnie było - i jest - wsparcie moich rodziców, siostry i przyjaciółek. Rodzice mieszkają z dala ode mnie, ale zawsze mogę liczyć na ich pomoc. Bardzo ważne było dla mnie też to, aby zachować rutynę. Szkoła dzieci, obiad, podwieczorek, wspólne spacery, słuchanie muzyki. Wiedziałam, że muszę mieć na uwadze dobro dzieciaków. Starałam się, aby pomimo wszystko były radosnymi i szczęśliwymi dziećmi. To było dla mnie najważniejsze.  

Jak wspomina pani pierwsze święta po tragedii?  

Trzy miesiące po wypadku zostałam zaproszona na wigilię do klubu garnizonowego. Pojechałam tam w ciąży i z Frankiem w wózku. Żołnierz z patrolu saperskiego, składając mi życzenia, mówił, że w zasadzie nie wie, czego mógłby mi życzyć na święta, jakie one miałyby być.  

Co pani odpowiedziała?  

Że to mają być szczęśliwe święta, bo są dzieci. Były prezenty, dzieliliśmy się opłatkiem. Było też puste miejsce przy stole wigilijnym z dodatkowym nakryciem.  

Matylda urodziła się siedem miesięcy po śmierci swojego taty.  

Mąż marzył o córce. Jak tylko dowiedział się, że jestem w ciąży, był pewien, że tym razem to będzie dziewczynka. Wybrał jeszcze dla niej imię. Słyszę czasami, jak Franek - zaledwie półtora roku starszy od Matyldy - opowiada jej o tym, że mieli tatę, że był żołnierzem, że teraz jest w pokoju na zdjęciu.  

Matylda, córka pani Agnieszki, jest bohaterką ogólnopolskiej kampanii społecznej organizowanej przez Fundację Dorastaj z Nami oraz Koalicję Razem dla Bohaterów pod nazwą 'Pomóż, by chciało im się żyć'Matylda, córka pani Agnieszki, jest bohaterką ogólnopolskiej kampanii społecznej organizowanej przez Fundację Dorastaj z Nami oraz Koalicję Razem dla Bohaterów pod nazwą 'Pomóż, by chciało im się żyć' fot: Justyna Radzymińska

Kiedy myślimy o porodach, to w głowie mamy, że poród musi być... 

Rodzinny?  

Tak, właśnie. Brakowało pani męża?  

Rodziłam w pandemii, kiedy było największe obostrzenia. Musiałam poradzić sobie sama.  

Jaki to był poród?

Kiedy weszłam na salę porodową, zobaczyłam, że jest ta sama położna, z którą rodziłam Franka. Wpadłyśmy sobie w ramiona, popłakałam się.  

Poczuła się pani bezpieczna?  

Zobaczyłam panią Iwonkę i widziałam, że już nie muszę się niczego bać, że wszystko przebiegnie tak, jak trzeba.  

Kobieta anioł?

Naprawdę. Miałam takie szczęście, że ją spotkałam. Przed porodem nie zdecydowałam się na doulę. Myślałam, że jest tyle kobiet pierworódek, które faktycznie potrzebują wsparcia położnej, że ze swoim czwartym porodem nie chciałam im zabierać miejsca. Założyłam, że jestem na tyle zorganizowana, że dam radę. Bardzo się jednak ucieszyłam, że trafiłam na położną z serduchem. Matyldę rodziłam półtorej godziny.  

Matylda ma dzisiaj trzy lata. Jest jedną z bohaterek tegorocznej kampanii Fundacji Dorastaj z Nami "Pomóż, by chciało im się żyć". 

I tak jak wszyscy trzej synowie, jest podobna do męża.

Jeden z moich synów poszedł w ślady swojego taty. Jest w klasie wojskowej. Chodzi w mundurze na co dzień, nosi ubrania po mężu. Nie wyrzuciliśmy ich.

Dla mnie samotne macierzyństwo z czworgiem dzieci to heroizm.  

Po śmierci męża wyszłam z założenia, że dzieci muszą wiedzieć, że chociaż ten jeden rodzic, który im został, jest silny i udźwignie funkcjonowanie rodziny. Dla mnie to bardzo ważne, aby dzieci czuły, że mama się nie rozpadnie któregoś dnia.

Ja wiem, że muszę być dla dzieci opoką i poczuciem bezpieczeństwa. Jestem bardzo uczuciowa w stosunku do dzieci, natomiast podchodzę do życia zadaniowo. Tego też uczę moje dzieci, żeby nie dostrzegały problemów, tylko sytuacje do rozwiązania.  

W pewnym momencie w życiu pani rodziny pojawiła się Fundacja Dorastaj z Nami. Ludzie z Fundacji opiekują się dziećmi, których rodzice zginęli podczas wypełniania obowiązków służbowych lub zostali poszkodowani na służbie.   

Wiedziałam, że dzieci będą potrzebowały głębszego wsparcia, pomocy psychologicznej. W tych najgorszych momentach pomagała nam psycholog z jednostki. Przychodziła do starszych synów. Zasugerowała mi, że moi synowie mogliby otrzymać wsparcie w Fundacji.  

Zgłosiła się pani do nich?  

Oni sami mnie znaleźli. Szukali do mnie kontaktu w jednostce, w której pracował mąż, bardzo chcieli nam pomóc. Dostałam numer do Fundacji.  

Dzwoniłam tam z mieszanymi uczuciami. Kiedy żył mąż, wspieraliśmy różne fundacje. Wysyłaliśmy SMS-y, pieniądze. Nigdy nie sądziłam, że sama znajdę się w takiej sytuacji.   

Trzeba wychodzić do ludzi, odważyć się prosić o pomoc.  

Nie żałuję, że zadzwoniłam. Już po pierwszej rozmowie czułam, że chcę podjąć się czynności, aby zakwalifikować się do pomocy.  

I nie chodzi tylko o pomoc finansową.

Nie tylko. Chociaż wsparcie finansowe jest bardzo ważne dla funkcjonowania niejednej rodziny. My otrzymaliśmy od Fundacji dotacje do żłobka, przedszkola, do zajęć pozaszkolnych dla dzieci. Starsi chłopcy dostali rowery.  

Co jeszcze pani i dzieciom daje Fundacja? 

Możliwość kontaktu z innymi rodzinami, które znalazły się w podobnej sytuacji do naszej. Te znajomości są bardzo ważne i potrzebne. Rozmowy, spotkania z innymi dziećmi, które straciły rodzica na służbie, znaczą dla moich dzieci bardzo dużo. Wszystkie dzieciaki, podopieczni Fundacji, przechodzą traumę, niektóre wciąż przeżywają żałobę. Ludzie z fundacji organizują dla nas warsztaty. 

Na czym te spotkania polegają?  

To są warsztaty i dla dzieci, i dla rodziców. Na nasze pierwsze pojechaliśmy do Ośrodka Wojskowego Rewita nad Soliną w Bieszczadach. To też była moja pierwsza wyprawa samochodem tak daleko.

Starszy syn, który potrzebuje takiego popchnięcia, żeby wejść w nowe towarzystwo, bardzo dobrze się na tym wyjeździe odnalazł. Były dzieci w jego wieku, nawiązali porozumienie. Grali w szachy, w siatkówkę, bardzo dużo ze sobą rozmawiali.  

Co to były za dzieci?  

To były dzieciaki, które miały rodzica w MON-ie, w wojsku, w policji. Była dziewczyna z ojcem, który na misji został ciężko ranny. My na tych wyjazdach fundacyjnych czujemy się, jakbyśmy wszyscy byli w rodzinie. Bardzo dużo nas łączy.  

Matylda, córka pani Agnieszki, jest bohaterką ogólnopolskiej kampanii społecznej organizowanej przez Fundację Dorastaj z Nami oraz Koalicję Razem dla Bohaterów pod nazwą "Pomóż, by chciało im się żyć".

 

W kampanii poznajemy też pięcioletniego Piotrka. Tata chłopca nie wrócił do domu z jednej z akcji pożarniczych. Sześcioletni Kuba także nie pamięta swego ojca, policjanta, który zginął na służbie.  

Każdego dnia ok. 330 tysięcy żołnierzy i funkcjonariuszy i ok. 75 tysięcy pracowników cywilnych, m.in. wojska, straży pożarnej, policji, GOPR, TOPR, wychodzi z domu do pracy. Podobnie jak my, żegnają się z rodzinami, mówiąc: "do widzenia".  Od 1989 r. 350 strażaków, policjantów i żołnierzy nie wróciło ze służby do swoich domów.  

Fundacja Dorastaj z Nami jest jedyną w Polsce organizacją pozarządową, która łączy społeczeństwo, instytucje publiczne i biznes, aby wspólnie pomagały dzieciom strażaków, ratowników górskich, żołnierzy i policjantów, którzy zginęli lub zostali ciężko ranni podczas pełnienia służby publicznej, oraz medyków, którzy walczyli z pandemią COVID-19.  

W ciągu 13 lat działalności Fundacja Dorastaj z Nami pomogła ponad 300 młodym ludziom rozwinąć pasje i zdolności. Towarzyszyła i pomagała im w dorastaniu.  

Rodziny pracowników służb publicznych, którzy zginęli albo zostali ranni w trakcie pełnienia swoich obowiązków. Zdjęcie pochodzi z warsztatów organizowanych przez Fundację Dorastaj z NamiRodziny pracowników służb publicznych, którzy zginęli albo zostali ranni w trakcie pełnienia swoich obowiązków. Zdjęcie pochodzi z warsztatów organizowanych przez Fundację Dorastaj z Nami fot: archiwum prywatne

 - Niesiemy pomoc psychologiczną dzieciom, które po śmierci albo wypadku rodzica - pracownika służby publicznej - znalazły się w kryzysie. Wspieramy codzienną opiekę nad najmłodszymi, finansując opłaty za ich żłobki i przedszkola, a starszym zapewniając wykształcenie, opłacając nie tylko czesne za szkoły i studia, lecz także m.in. za korepetycje, zajęcia dodatkowe, kursy językowe, szkolenia zawodowe, internat lub akademik albo dojazdy do placówek edukacyjnych - mówi Magdalena Pawlak, Prezeska Fundacji Dorastaj z Nami, organizacji, która działa na rzecz wszystkich służb publicznych. 

Przyłącz się do akcji. Wejdź na stronę www.dorastajznami.org i pomóż dzieciom odnaleźć spokój, radość i własną drogę. Pomóż, by chciało im się żyć. 

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.