Niewidzialny etat dzieci. Pracują ponad 50 godzin w tygodniu

Joanna Biszewska
Ich czas jest naznaczony pośpiechem i koniecznością. W starszych klasach szkół podstawowych mają tyle obowiązków, że nawet podczas kąpieli proszą rodziców, aby przycupnęli na krześle obok wanny i czytali im lektury. Żeby nie stracić 20 minut. Obiad jedzą w pośpiechu, bo się nie wyrobią z lekcjami. Dlaczego się na to godzimy?

Rano, przed wyjściem do szkoły, jeśli tylko mają wolne pięć minut, zaglądają do zeszytów. Sprawdzają, czy nauczyli się wszystkiego wieczorem do sprawdzianu. W szkole zaliczają, odpowiadają, słuchają. Kilka godzin siedzą w hałasie. Przerwy są za krótkie na to, aby w spokoju zjeść drugie śniadanie.

Zobacz wideo Czy w polskiej szkole muszą być oceny? "Można w inny sposób ocenić ucznia niż liczbą"

"Uczą się dla ocen, raczej nie dla siebie"

Licealiści zaczynają wcześnie rano, kończą o 16.00 - 17.00, jak na etacie. Na 20-minutowej przerwie obiadowej nie wszyscy "dopchają" się po obiad. Ci, którzy nie przepadają za harmidrem, zostaną w klasie. Może w tym czasie już zaczną odrabiać prace domowe. Bo każda minuta jest drogocenna.

Już w szkole podstawowej czują, że - kiedy tylko nie śpią - muszą coś robić, żeby być na bieżąco. Wystarczy jeden dzień rozprężenia, a od razu piętrzą się zaległości.

Są źli, kiedy organizm odmawia im posłuszeństwa i zachorują. Nie chcą opuszczać klasówek. Biorą leki przeciwgorączkowe i idą zaliczać. Kartkówek, testów, sprawdzianów mają po kilka, kilkanaście w tygodniu. Uczą się przede wszystkim dla ocen, raczej nie dla siebie. To oceny mają być gwarantem lepszego startu, przepustką do godnego życia.

Pracują na dobre noty z testów, na czerwone paski, na wysokie średnie. Do rywalizacji są przyzwyczajani od przedszkoli. Od małego są uczone, że cały czas muszą robić coś z pożytkiem dla siebiePracują na dobre noty z testów, na czerwone paski, na wysokie średnie. Do rywalizacji są przyzwyczajani od przedszkoli. Od małego są uczone, że cały czas muszą robić coś z pożytkiem dla siebie Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl

Praca to praca, a dom to dom. Nie w przypadku dzieci

W czasie rewolucji przemysłowej w Wielkiej Brytanii zapotrzebowanie na ludzką siłę roboczą było tak duże, że zatrudniano dzieci, a dorośli pracowali sześć dni w tygodniu przez 10-16 godzin. Pomysłodawcą ośmiogodzinnego dnia pracy był na początku XIX w. walijski reformator Robert Owen. Na sztandarach pojawiło się hasło: osiem godzin pracy, osiem godzin wypoczynki i osiem godzin snu. W pierwszej połowie XX wieku ludzie w Europie już zaczynali funkcjonować w systemie 40-godzinnego tygodnia pracy.

Dzisiaj wielu pracodawców przestrzega tego, aby pracownicy nie pracowali po godzinach. Wysyłanie maili późnym wieczorem i w weekendy jest już nietaktem. Dorośli wiedzą, jak złapać równowagę między życiem zawodowym a prywatnym.

Artykuły o "work life balance" przypominają nam, że praca ponad siły negatywnie odbija się na zdrowiu. Życie ma być równowagą. Trzeba wiedzieć, kiedy jest czas na pracę, ale i na regenerację, odpoczynek, sen, czas z rodziną, przyjaciółmi.

Podczas gdy w świecie dorosłych praca to praca, a dom to dom, w życiu uczniów i uczennic nie ma wyraźnej granicy. Szkoła to obowiązek, a dom? Dom to miejsce, w którym trzeba się uczyć, odrabiać lekcje, logować na korepetycje online, czytać lektury. Nie przewidzieliśmy czasu wolnego dla dzieci. 

Średnio pracują po 50 - 55 godzin w tygodniu. Weekendów nie mają

W liceach to już norma, że uczniowie i uczennice mają w tygodniu korepetycje z dwóch, trzech przedmiotów. Po lekcjach, zamiast do domów, jadą na drugi koniec miasta na dodatkowe lekcje. Po ośmiu, dziewięciu godzinach w szkole, nadal muszą działać na najwyższych obrotach. Na opłaconych prywatnych lekcjach trzeba analizować, przyswajać i ogarniać.

Wieczorem, kiedy ściągną już do domów, po szybkiej kolacji, rozkładają zeszyty i dalej się uczą. Im wyższa klasa, tym mniej czasu na pasje, sporty, zainteresowania. Siódma klasa jest przełomowa. Nauki jest tak dużo, że rodzice wypisują dzieci z zajęć teatralnych, sportowych, plastycznych, muzycznych. Nie ma już na to czasu, bo życiem dzieci rządzą sprawdziany. Aby się do nich przygotować, muszą zrezygnować z pasji.

Podczas gdy dla dorosłych piątek oznacza koniec tygodnia pracy, dla uczniów i uczennic nie jest to takie oczywiste. Dziennik elektroniczny przypomina, że już w poniedziałek rano trzeba być przygotowanym na kolejne wyzwania i zadania. Weekend nie jest czasem wolnym od obowiązków. A zdarza się, że to właśnie na weekend mają zadane najwięcej.

Obowiązkowe zajęcia w szkole zajmują im często ok. 40 godzin w tygodniu. Do tego korepetycje, zajęcia w szkołach językowych, odrabianie lekcji. Średnio pracują po 50 - 55 godzin w tygodniu. Plus uczenie się i odrabianie prac domowych podczas weekendów

"Usłyszą, że są leniwi i nic z nich nie będzie"

Pracują na dobre noty z testów, na czerwone paski, na wysokie średnie. Od małego mają wpajane, że cały czas muszą robić coś z pożytkiem dla siebie. Jeśli zabawki, to najlepiej te edukacyjne, a najlepszy żłobek to ten dwujęzyczny. Rywalizacji uczą się od najmłodszych klas. Za dobre stopnie są nagradzani, wychwalani, tak spełniają oczekiwania rodziców. Czasami nie dają rady. Depresja młodzieńcza często objawia się apatią, sennością. Zanim trafią do psychologa czy psychiatry usłyszą, że są leniwi i nic z nich nie będzie.

Podczas gdy w świecie dorosłych praca to praca, a dom to dom, w życiu uczniów i uczennic nie ma wyraźnej granicy. Szkoła to obowiązek, a dom?Podczas gdy w świecie dorosłych praca to praca, a dom to dom, w życiu uczniów i uczennic nie ma wyraźnej granicy. Szkoła to obowiązek, a dom? Fot. Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl

"Poczucie przeciążenia, napięcie i wyczerpanie. Podstawowe uczucie w codzienności naszych dzieci zabarwione jest koniecznością życia, z tym że nigdy tak naprawdę nie dadzą rady sprostać wszystkim wymaganiom. A to jeden z warunków wstępnych wypalenia" - pisze w książce "Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem" berliński psychiatra, profesor Michael Schulte-Markwort. Psychiatra zaprzecza tym samym, że żeby się wypalić, trzeba być dorosłym, przepracować kilka lat i się przemęczyć.

'Tylko wnerw rodziców, może coś zmienić"

Przełom grudnia i stycznia to czas, kiedy więcej czasu ze sobą rozmawiamy, spotykamy się na świątecznych czy noworocznych imprezach firmowych. Na jednym z takich spotkań usłyszałam historię taty licealistki, który opowiadał o tym, że jedynym wyjściem dla jego dziecko okazało się zabranie dziewczyny z renomowanego liceum do szkoły demokratycznej. Presja narzucona na dzieci, rywalizacja podsycana przez rodziców, którzy zrobią wszystko i wydadzą każde pieniądze na korepetycje, aby ich dziecko było najlepsze w klasie, okazała się dla nich nie do zniesienia.

Podczas rozmowy padło takie zdanie, że "tylko wnerw rodziców może coś zmienić". Wnerw rodziców na to, że w szkołach często jest marnowany czas, a cała nauka jest wynoszona przez dzieci do domów. Wnerw na to, że czas, który powinien być czasem rodzinnym i czasem relaksu jest zagospodarowywany przez prace domowe dzieci, bo to wokół nich kręci się życie rodzinne. Wnerw na to, że nie potrafimy odpuścić i dla własnych ambicji urządzamy dzieciom ponad pięćdziesięciogodzinny tydzień pracy i nie odpuszczamy nawet w weekendy. Wnerw na to, że pod przykrywką "dla dobra dzieci" narzucamy im nierealne plany do wykonania.

Przed świętami ludzie łagodnieją, przypominają sobie, czym jest sens życia. Sieć zarzucana jest rozczulającymi obrazkami i cytatami. Wiele z nich to zdjęcia listów dzieci do Mikołaja. Proszą w nich o to, aby rodzice mieli dla nich więcej czasu, o to, aby w szkole nie były gnębione, o to, aby mieć przyjaciela, o to, aby móc się wreszcie wsypać, o to, aby mieć taki dzień, kiedy się nic nie musi.

Czas świątecznego rozprężenia szybko jednak mija. Dzisiaj po listach nie ma już w sieci śladów. Jest za to aktywny dziennik elektroniczny, już pojawiają się propozycję ocen na półrocze, które - wiadomo -  trzeba poprawiać. Wnerw? A niech inni się wnerwiają, my musimy robić swoje.

Więcej o:
Copyright © Agora SA