Królowie dróg rowerowych. "Zabieraj te dzieci, kobieto"

Nie wiem, czemu niektórzy rowerzyści - podczas gdy w założeniu jazda na rowerze ma być przyjemnością i zdrowym nawykiem - wpadają w złość. Do tego stopnia, że jak ktoś im nie ustąpi lub popełni błąd, gotowi są pobić, wybić szybę w samochodzie, opluć. Takich sytuacji widziałam już kilka.

Kilka dni temu na łamach naszego portalu przeczytałam rozmowę z Michałem Kempą o pasji do kolarstwa szosowego: "Michał Kempa: Miałem 20 lat, kiedy dostałem pierwszy rower szosowy. Taka druga komunia".

Zatrzymałam się przy fragmencie, w którym komik i stand-uper podzielił się swoimi przemyśleniami na temat miejskich ścieżek rowerowych:

"Mnie denerwują ścieżki rowerowe. Uważam, że w niektórych miejscach są fatalnie zaprojektowane, mają za małą przepustowość, są za wąskie, za dużo się na nich dzieje – tu ktoś robi trening i jedzie 35 km/h, tam małe dzieci jeżdżą zygzakami, ktoś się nagle zatrzymuje, inny jedzie i gada przez telefon. Za każdym razem, gdy jadę ścieżką rowerową, to się denerwuję i krzyczę".

Myślę, że ta wypowiedź jest znakomitym punktem wyjścia do dyskusji o tym, dla kogo są miejskie ścieżki rowerowe.

Od wielu lat - podobnie jak emeryci, rodziny z dziećmi, młodzież, zapaleni i wyczynowi rowerzyści, którzy walczą o każdą sekundę - korzystam z warszawskich ścieżek rowerowych. I od wielu lat zastanawiam się, dlaczego ten fragment tkanki miejskiej generuje tyle waśni, agresji, nieuprzejmości i pokazówek.

Drogi rowerowe. Są równi i równiejsi?

Był czas, kiedy w Polsce miasta projektowane były tylko z myślą o samochodach. Od kilkunastu lat miejska infrastruktura coraz bardziej sprzyja rowerzystom. I chociaż jest jeszcze wiele do zrobienia, to podróżowanie na dwóch kółkach robi się w Polsce coraz bardziej realne. Mogłoby być i przyjemne, ale to już zależy od nas, użytkowników.

Według badań GUS-u w 2021 roku aż 60 proc. aktywnych Polaków jeździło na rowerze, a w 79 proc. gospodarstw domowych znalazł się przynajmniej jeden rower, co oznacza wzrost o 7 proc. w porównaniu do wyników z 2016 roku.

Drogi dla rowerów powstają - i to jest bardzo ważne - dla całej społeczności miejskiej. A miejska społeczność to aktywni dorośli, dzieci, nastolatki, rodziny wielodzietne, seniorzy, dorośli i dzieci z niepełnosprawnościami. Miejska społeczność to ludzie powolni, szybcy, roztargnieni, skupieni, uważni. Ścieżki nie powstają tylko dla tych, którzy jeżdżą szybko, znakomicie, na wypasionych rowerach z przerzutkami lub z elektrycznym dopalaczem.

Wielokrotnie widziałam, kiedy rozpędzony rowerzysta wymuszał pierwszeństwo na autobusie zjeżdżającym na przystanek. Sytuacja miała miejsce w okolicach zajezdni autobusowej w Wilanowie, naprzeciwko Pałacu. Podczas roku szkolnego jestem tam codziennie przynajmniej dwa razy. Stąd wiem, co się tam dzieje. Dziwi mnie to, że można ryzykować własnym życiem w imię tego, że ma się pierwszeństwo i dla zasady trzeba je na innych wymusić.

Zimą, kiedy na chodnikach i ścieżkach leży ubity śnieg i trudno odróżnić, w którym miejscu kończy się droga dla rowerów, a gdzie zaczyna chodnik, zdarzyło mi się usłyszeć, jak rowerzyści obszturchują wracające ze szkoły dzieci, żeby "patrzyły jak idą".

Rozumiem frustrację związaną z tym, że ścieżka nie została przygotowana do warunków zimowych, ale czy w związku z tym trzeba wyładowywać się na dzieciach? Na naszych drogach rowerowych nie zawsze jest miło.

"Zabierz swoje bachory, głupi chłopie"

Mam wrażenie, że na naszych ścieżkach rowerowych dzieci są często traktowane jak przeszkody do usunięcia. Nie mają łatwo też rodzice, a jeszcze bardziej uściślając, matki. Nie sądzę, aby ojcowie z dziećmi podczas wyprawy rowerowej słuchali uwag od innych użytkowników ścieżki "zabierz swoje bachory, głupi chłopie". Wiadomo, w przestrzeni publicznej najłatwiej przysolić matce z dziećmi. Chyba chodzi o to, że jest bardziej bezbronna.

W ogóle dzieci mają pod górę, jeśli chodzi o przestrzeń miejską. Najpierw telepią się w wózkach, dla których często nie ma podjazdów, krawężniki w niektórych miejscach są tak wysokie, że tylko głowy dzieciakom odskakują. A potem, kiedy już są duże na tyle, aby przesiąść się z wózka na rower, okazuje się, że nie ma dla nich przestrzeni.

Według przepisów jazda z dzieckiem (do pewnego wieku) po drodze rowerowej nie jest legalna. Dziecko do lat 10, nawet jeśli znakomicie jeździ na rowerze, rozumie, co to znaczy trzymać się prawej strony, w świetle przepisów nie jest rowerzystą czy rowerzystką. Jest pieszym. A to oznacza, że nie ma prawa korzystać ze ścieżek rowerowych. Jak zatem dzieci do 10. roku życia powinny poruszać się na rowerach? Jak piesi.

"Pieszy jest zobowiązany korzystać z chodnika lub drogi dla pieszych, a w razie ich braku – z pobocza. Jeżeli nie ma pobocza lub czasowo nie można z niego korzystać, pieszy może korzystać z jezdni, pod warunkiem zajmowania miejsca jak najbliżej jej krawędzi i ustępowania miejsca nadjeżdżającemu pojazdowi" (za ustawą Prawo o Ruchu Drogowym).

W praktyce powinno wyglądać to tak, że dzieci - pomimo że jest ścieżka - muszą jechać na rowerach po chodniku. A jeśli takiego nie ma, to jezdnią. Opiekun dziecka może oczywiście z drogi rowerowej skorzystać, ale w tym samym czasie musiałby nadzorować dziecko, które jedzie - według przepisów - poboczem lub jezdnią. Absurd?

Po drogach rowerowych poruszam się z dziesięciolatką i ośmiolatkiem. Według prawa córka może już sama jechać ścieżką, ma kartę rowerową, ale ja z synem, już nie. Powinniśmy się jako rodzina rozdzielić i ja z młodszym dzieckiem miałabym jechać chodnikiem, poboczem lub jezdnią.

Ten przepis jest oczywiście martwy. Kiedyś z ciekawości zapytałam policjanta o to, co robi, kiedy widzi na drodze rowerowej rodzinę z dziećmi, które na oko nie mają 10 lat. Odpowiedział mi, że nic nie robi, bo "wszyscy jesteśmy rodzicami" i "wszyscy też kiedyś byliśmy dziećmi". Trafiłam na ludzkiego policjanta. Szkoda, że na drogach rowerowych nie każdy rowerzysta ma w sobie tyle wyrozumiałości dla innych rowerzystów i rowerzystek.

"Zmywaj się z tymi dziećmi ze ścieżki"

Zanim odważyłam się zabrać dzieci na drogę rowerową, upewniłam się, że wiedzą, co to znaczy jechać prawą stroną. Dość długo ćwiczyliśmy to, jak zachowywać się w przestrzeni miejskiej poruszając się na rowerze. Wiadomo, zdarzały się im błędy. I za niemal każde przewinienie szybko były ustawianie przez innych rowerzystów.

Nie mam problemu z tym, kiedy ktoś uprzejmie zwraca się do moich dzieci, aby np. zjechały bardziej na prawo. Mam za to problem z agresją. Z tym, że moje dzieci podczas rekreacyjnej jazdy słyszą, jak rozpędzony rowerzysta - nigdy nie była to rowerzystka - rzuca w moją stronę "pilnuj swoje bachory", "zabierz te dzieci", "zmywaj się z tymi dziećmi ze ścieżki".

Sama nigdy nikomu podczas przejażdżki rowerowej nie zwróciłam uwagi. Mijam rodziny z małymi dziećmi na biegowych rowerkach, mijam podchmielonych rowerzystów jadących zygzakiem i pędzących z zawrotną prędkością mężczyzn w sile wieku.

I za każdym razem, kiedy czuję niepokój, że coś może się wydarzyć, zwalniam. Nawet kiedy wiem, że mam pierwszeństwo, i tak najpierw rozglądam się, upewniam, że mogę jechać. Dla własnego bezpieczeństwa, bo w przestrzeni miejskiej mam ograniczone zaufanie do innych. Nigdy nie krzyczę na nikogo i nie instruuję, jak ma jechać. Robię to z prostego powodu. Szkoda mi swojej energii i zdrowia. Gdybym chciała wybuchać za każdym razem, kiedy ścieżka robi się nieprzejezdna, byłabym chyba już wrakiem człowieka.

Ścieżka rowerowa a'la 'przełom milleniów. Tychy, 27 czerwca 2000 r.Ścieżka rowerowa a'la 'przełom milleniów. Tychy, 27 czerwca 2000 r. Fot. Anna Lewańska/ Agencja Wyborcza.pl

Nie wiem, czemu ludzie, jadąc na rowerach - podczas gdy w założeniu ma być to przyjemność i zdrowy nawyk - wpadają w złość. Do tego stopnia, że jak ktoś im nie ustąpi lub popełni błąd, gotowi są pobić, wybić szybę w samochodzie, opluć. Takich sytuacji widziałam już kilka.

Może chodzi o adrenalinę, może o to, aby zaznaczyć, kto jest ważny, kto ma rację, pokazać, kto rządzi ścieżkami rowerowymi w mieście? A może chodzi o to, że jak ktoś ma szybki rower i modny strój kolarza, to myśli, że może więcej? A może też i o to, aby wyhaczyć każdą możliwą sytuację po to, aby kogoś ochrzanić, zrugać, poczuć się ważniejszym, lepszym, silniejszym? Takim królem ścieżki. Oto jadę, zjeżdżać pędraki na rozklekotanych rowerach.

Mam takie marzenie, że z czasem, kiedy już przyzwyczaimy się do tego, że mamy w miastach drogi dla rowerów, zaczniemy się wszyscy wzajemnie akceptować i szanować. I damy innym przyzwolenie do tego, że mogą popełniać błędy, a naszym obowiązkiem jest, aby zapewnić w tym czasie bezpieczeństwo sobie i tym, którzy dopiero się uczą.

Czy w Holandii dorośli rowerzyści krzyczą na uczące się jeździć na rowerach dzieci?

Myśląc o kulturze jazdy na rowerze, mam w głowie Holandię. Tam ze ścieżek korzystają wszyscy na równych prawach. Matki jeżdżą na masywnych rowerach z przyczepkami, w których siedzą dzieci, czterolatki pedałują jak szalone, starsze dzieci pędzą przed siebie bez trzymanki. W książce "Najszczęśliwsze dzieci na świecie, czyli wychowanie po holendersku" autorki piszą tak:

"Holenderskie dzieci większość czasu spędzają na rowerach. Często widuje się tu rodziców trzymających dłoń na plecach lub ramieniu dziecka; popychają je i delikatnie nimi kierują. Podczas gdy rowerzyści w innych krajach rzadko nawiązują kontakt fizyczny - po części dlatego, że prawo tego zabrania - jednym z najbardziej romantycznych widoków, jaki tu można zobaczyć jest para rowerzystów trzymających się za ręce podczas jazdy.

Rodzice, załatwiając codziennie sprawy, na rowerze wożą dzieci w nosidłach już od ich niemowlęctwa. Starsze dzieci przewozi się w fotelikach albo zapewniających królewskie warunki bakfiets. Czymś normalnym dla Holendrów jest przewożenia na rowerach najrozmaitszych przedmiotów, od ciężkich walizek, przez meble, aż po ciężkie rośliny doniczkowe i - zaskakująco często - deski do prasowania. Holenderski Związek Rowerzystów promuje jazdę na rowerze, ponieważ dzięki niej stajemy się szczęśliwsi i zdrowsi".

Rowerzystka z HolandiiRowerzystka z Holandii Fot. Michał Łepecki / Agencja Wyborcza.pl

Czy w Holandii dorośli rowerzyści krzyczą na uczące się jeździć na rowerach dzieci, czy przeganiają ze ścieżek matki z małymi dziećmi, czy wygrażają palcem zakochanym parom, które, aby trzymać się za ręce, muszą jechać obok siebie? Wiem, że nie. Dopytałam u zaprzyjaźnionych Holendrów.

Zastanawiam się, co niektórzy użytkownicy polskich dróg rowerowych powiedzieliby na jazdę w holenderskim stylu? Obawiam się, że mogliby zareagować przeraźliwym krzykiem. Ale czy jazda na rowerze, w tak potwornym spięciu, stresie i agresji, daje jeszcze szczęście i zdrowie?

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.