Zabrałam dzieci na Podlasie. Nie spacerowaliśmy po zatłoczonych szlakach

Na Podlasie nie pojechałam po to, aby spotkać się z szeptuchą. Ale nie oceniam tych, którzy to robią. Wiem, że w desperacji, strachu i chorobie ludzie próbują się na różne sposoby ratować. Na Podlasie pojechałam, aby pokazać dzieciom, że Polska to mozaika.

Miejscowości wokół Białowieży nie tętnią życiem turystycznym, siedliska i hotele raczej świecą pustkami. Powolnie budzą się po pandemicznej izolacji, czuć dramat sytuacji na granicy polsko-białoruskiej.

Wojskowi smętnie kręcą się po Białowieży, przechadzają się między kilkoma straganami, oglądają drewniane klekotuny i pluszowe żubry. Jest w okolicach Białowieży takie miejsce, gdzie można podjechać i zobaczyć kawałek muru. Mówili mi o tym miejscu miejscowi. Nie pojechałam oglądać muru. Bo nie z murem kojarzy mi się Podlasie.

Chodziłam, słuchałam, rozmawiałam z ludźmi, pokazywałam dzieciom kawałek Polski. Takiej Polski, w której wciąż katolicy i prawosławni żyją razem, a nie obok siebie, a był czas, kiedy synagoga, cerkiew i kościół egzystowały w tej samej wsi, a mieszkańcy żyli w symbiozie.

Grabarka, prawosławne sanktuarium słynące z wielu uzdrowieńGrabarka, prawosławne sanktuarium słynące z wielu uzdrowień fot: jb

Symbioza. Te słowa słyszałam podczas swojej kilkudniowej wycieczki na wschód Polski wiele razy. Opowiadał o niej przewodnik w ścisłym rezerwacie przyrody, o symbiozie słyszałam też od mieszkańców Podlasia. W mojej rodzinie mamy nagrane wspomnienia przodków, którzy mieszkali w okolicach Nurca przed drugą wojną światową. Zapamiętałam taki fragment:

- Jedni od drugich korzystali, jak ktoś miał dobry przepis, to nie zastanawialiśmy się, czy z kuchni polskiej, czy z białoruskiej. Nie było między nami animozji, zatargów. Nie zwalczaliśmy się, nie kłóciliśmy się, nie mordowaliśmy się. Mieszaliśmy się na zasadzie małżeństw. W jednej rodzinie obchodziło się katolickie i prawosławne święta. To była fajna sprawa.

Przemierzając Podlasie, myślałam o tych słowach. Wiedziałam, że styku kultur, o którym słuchałam na rodzinnych nagraniach, już nie spotkam. Bardzo jednak chciałam, aby moje dzieci poznały krainę niepowtarzalnych drewnianych domów, charakterystycznych okiennic, bocianich gniazd, błyszczących kopuł cerkwi.

Wieś Topiło. Ołtarzyk na skraju lasuWieś Topiło. Ołtarzyk na skraju lasu fot: jb

"Tutaj nikt was nie przegoni"

Pierwszy przystanek na Podlasiu mieliśmy w Drohiczynie. W drodze na plażę nad Bugiem dzieci zaglądały do ogrodu drewnianego domu. Zdziwiły się, kiedy kobieta z domu z naprzeciwka zawołała do nich, żeby wchodziły, nie bały się.

- Idzie, zerwijcie sobie gruszki, ale chyba jeszcze nie dojrzały. Tutaj nikt was nie przegoni.

W DrohiczynieW Drohiczynie fot: jb

Tak zaczęła się nasza wakacyjna, podlaska przygoda. Nie spacerowaliśmy po zatłoczonych turystycznych szlakach, bo i takich nie spotkaliśmy, nikt nas nie upominał, że z grupą dzieciaków za wolno chodzimy, albo jeździmy rowerami być może za bardzo środkiem ścieżki. Miejscowi są serdeczni, otwarci, zaskakująco ufni.

Zatrzymaliśmy się w siedlisku we wsi Pogorzelce. Kiedy zapytałam, jak mamy się wymeldować, właściciele poprosili, abyśmy w dniu wyjazdu zostawili klucze w skrzynce na listy. Poprosiłam, aby mi pokazali, jak pozamykać dom. Zdziwili się.

- Ale po co zamykać, tutaj nikt nieproszony nie przyjdzie - usłyszeliśmy.

I po raz kolejny przekonaliśmy się o tym, że ludzie sobie ufają. Tak po prostu.

Puszczykowo. Dom w którym się zatrzymaliśmy pomieścił naszą dziesięcioosobową rodzinę. Mieliśmy też do dyspozycji ogromny ogród z miejsce do gry w siatkówkę i na ognisko. Rano za płotem bawiły się sarny. Doba kosztowała mniej od malutkiego domku na campingu na Heli.Puszczykowo. Dom w którym się zatrzymaliśmy pomieścił naszą dziesięcioosobową rodzinę. Mieliśmy też do dyspozycji ogromny ogród z miejsce do gry w siatkówkę i na ognisko. Rano za płotem bawiły się sarny. Doba kosztowała mniej od malutkiego domku na campingu na Heli. fot: jb

Na deser jedliśmy sękacza

Nie przygotowałam dla dzieci wachlarza wakacyjnych atrakcji na Podlasiu. Nie było dmuchanych zamków, trampolin, basenów z gigantycznymi zjeżdżalniami, dmuchanych gofrów z kolorową porcją lodów, nie było animacji, ani kolacji ze szwedzkiego stołu, które bywają w wakacyjnych pakietach.

Jedzenie robiliśmy rano w domu i zabieraliśmy ze sobą do plecaków. Na deser kupowałam dzieciom sękacza. Ludzie polecali jeszcze marcinki, cynamonki i mrowisko. Też spróbowaliśmy. Wieczorem jedliśmy kolacje w domku. Mój tata od zaprzyjaźnionych gospodarzy przywoził nam do jedzenia babkę ziemniaczaną.

Przy ognisku komary gryzły tak, że cierpieliśmy wszyscy. Przewodnik w ścisłym rezerwacie tłumaczył dzieciom, że komary są bardzo przyrodzie potrzebne, są pokarmem dla ptaków. To, co mogą zrobić, to po prostu się do nich przyzwyczaić. To nam się akurat nie udało.

Jeszcze na Podlasiu. Za kilka dni wyruszą w podróżJeszcze na Podlasiu. Za kilka dni wyruszą w podróż fot: jb

Kiedy wybraliśmy się na smażony chleb litewski, przy stoliku obok siedział tata z kilkuletnim synem. Akurat spotkał znajomą, której nie widział kilka lat. Dziwiła się, że chłopiec taki duży, taki zdrowy. Kiedy był mały, miał kłopoty ze zdrowiem. Jego tata opowiedział, że poszli do szeptuchy, dopiero po tej wizycie wszystko zeszło. Kiedy zapytałam, gdzie jest ta szeptucha, opisał mi drogę. I ostrzegł, że Warszawa się do tej szeptuchy teraz zjeżdża, bardzo trudno się dostać. a kolejki stoją przed jej domem. Do szeptuchy nie poszłam. Bo też nie po to wybrałam się z dziećmi na Podlasie.

Chciałam, aby poznały miejsce, w którym był czas, kiedy ludzie nie dzielili się na my i oni. Żyli w symbiozie i nie miało dla nich znaczenia, czy kutia jest polska, czy białoruska. Tak było. I wiem to z rodzinnych przekazów. A na teraz chwatit, resztę zostawiam na zaś.

Więcej o: