"Na ulicy starszy pan wyliczał mi, ile 500 plus za wszystkie dzieci dostajemy"

- Obrazki z przykładami zaangażowanego ojcostwa powinny pojawiać się w elementarzach dla przedszkolaków. Moi chłopcy obserwują tatę w akcji, który nie oddaje mi dziecka, bo ma brudną pieluchę, ale sam zakasuje rękawy - o codzienności wielodzietnej rodziny opowiada Kasia Żywioł, mama 7-letniego Benia, 5-letniego Hugona, 2-letniego Munia i dwumiesięcznej Felki, autorka książki dla dzieci "Wioska na ulicy Małej. Narodziny".

Kiedy dowiedziałam się, że jestem w czwartej ciąży, oprócz wybuchu radości, przyszła do mnie obawa "co ludzie powiedzą". Wśród przyjaciół głównie jedynaki i parki, więc my z naszą bandą to trochę egzotyka. Znajomi byli przekonani, że wpadliśmy, trudno było im uwierzyć, że po trójce dzieci można zdecydować się na kolejne. Nikt jednak nie docinał, nie łapał się za głowę. Raz mi się zdarzyło, na ulicy starszy pan zaczął mi wyliczać, ile 500 plus za nich wszystkich dostajemy. Ale jak powiedziałam mu, że sobie nie życzę takich uwag, zmienił ton i zapewniał, że on w dobrej wierze i że nam się wszelka pomoc i pieniądze należą.

"U nas wszystko dzieje się spontanicznie"

Po narodzinach Munia, czyli trzeciego syna, przeżyłam czas żałoby, że jak to, nie będę miała córki? Nie mogłam się pogodzić, że nie będzie dziewczynki, którą mogłabym wprowadzić w kobiecy świat, w temat dorastania, przygotować do pierwszej miesiączki. Więc kiedy w czwartej ciąży dowiedziałam się, że w brzuchu rośnie mi córeczka, nie mogłam w to uwierzyć. Na każdym USG prosiłam, aby lekarz dokładnie sprawdził płeć. Byłam przekonana, że penis się schował i na kolejnym badaniu zrobi nam niespodziankę i obwieści, że będę miała czterech chłopców.

Nie planowaliśmy tak dużej rodziny. U nas wszystko dzieje się spontanicznie. Kiedy poznałam Roberta, dość szybko doszliśmy do wniosku, że gdybym zaszła w ciążę, to nie byłoby wcale takie złe. Obydwoje czuliśmy, że jesteśmy gotowi. Nie analizowaliśmy, ile chcemy mieć dzieci, w jakich odstępach czasowych, bo nie wiedzieliśmy przecież, jak to jest być rodzicem choćby jednego.

Nigdy nie byłam kobietą, która się ogląda za wózkami, marzy o tym, aby się głaskać po zaokrąglonym brzuszku. Instynkt macierzyński realizowałam w relacji z moim ukochanym psem. Zawsze lubiłam dzieci, ale tak po kumpelsku, chciałam się z nimi bawić, a nie koniecznie nimi zajmować.

Dopiero kiedy urodził się Benio, nasze pierwsze dziecko i położono położyła mi go na brzuchu, w sekundzie rozkochałam się w nim, w macierzyństwie. Po prostu wiedziałam, że będzie kolejne dziecko.

Pierwszy dzień Felki w domu. Kasia i jej gromadkaPierwszy dzień Felki w domu. Kasia i jej gromadka fot: Ania Wibig, Obiektywnie Najpiękniejsze

"Od siedmiu lat nie mamy swojej sypialni"

Po trzeciej ciąży czułam się już zmęczona. Nawet zaczęłam rzeczy po najmłodszym rozdawać. Myślałam, że nie mam już sił ani przestrzeni na kolejne.

Poszłam kiedyś do przychodni z najmłodszym synem i spotkałam mamę, która była z trzema synami oraz jedną, najmłodszą córeczką. Zażartowałam, żeby mi podpowiedziała, jak to się robi, żeby po samych chłopakach urodzić dziewczynę. Na co ona, cała się rozpaliła do odpowiedzi i dała bardzo konkretny przepis na dziewczynkę. Opowiedziała, że stosowała horoskop chiński, że trzeba działać w określonym dniu cyklu.

Zachwalała też, jak to czwarte dziecko, dziewczynka ubogaciło ich rodzinę. I wtedy po raz pierwszy pół żartem pół serio pomyślałam, że spotkanie z tą kobietą to znak od Wszechświata - będziemy mieć czwarte dziecko. Dziewczynkę. I przepowiednia z przychodni się spełniła.

Od siedmiu lat nie mamy z Robertem własnej sypialni. Mamy rodzinną. Śpimy z dziećmi w jednym pokoju. Mamy rozłożone materace, tak, żebyśmy się wszyscy zmieścili i wyspali. Współspanie bardzo się u nas sprawdza. Oprócz sypialni mamy jeszcze salon, też bardzo rodzinny, bo tu jest miejsce zabawek dzieci. To pokój, w którym toczy się nasze życie dzienne.

Bardzo lubimy, kiedy przyjeżdżają do nas goście, ale teraz mamy ich mniej. Raz, że pandemia, dwa, że jest nas coraz więcej i trudno pomieścić więcej niż jedną osobę. Kiedy odwiedza nas moja mama z Nowego Sącza, śpi w pokoju, który mamy dla gości, jest tam też gabinet do pracy. To jedyny pokój, w którym można odciąć się od dzieci.

Nasze życie toczy się na prawie 90 metrach w warszawskiej kamienicy. To mieszkanie wynajmujemy. Jeśli chodzi o metraż, to dalibyśmy radę, ale ponieważ to nie jest nasze mieszkanie, to pewnych rzeczy nie możemy pozmieniać np. tego, żeby wygospodarować przestrzeń na pokój dla dzieci. Przydałaby się nam też druga łazienka, dochodzi nieraz do dantejskich scen przed toaletą. Planujemy w tym roku przeprowadzkę.

"Daję sobie prawo do tego, że nie wszystko musi być od razu super"

Nikt nam na stałe nie pomaga. Nie mamy najbliższej rodziny w Warszawie, Robert jest Amerykaninem. Kiedy on jest w pracy, ja zajmuję się dziećmi. Najstarszy Benio jest w edukacji domowej, pozostałe dzieciaki też poza placówkami. Na szczęście Robert ma własną firmę, więc jest elastyczny. Dwa miesiące temu urodziła się Fela i mógł wziąć miesiąc wolnego. Zresztą nigdy nie pracował tak, żeby zostawić mnie z dziećmi samą na dłużej niż sześć godzin z rzędu. Tak naprawdę dopiero uczymy się funkcjonować w szóstkę.

Cała dotychczas wypracowana rutyna wzięła w łeb, gdy do rodziny dołączyła mała. Trafiło nam się dziecko "nieodkładalne". Bogu dzięki, w nocy dobrze śpi. Zresztą każde narodziny wywracały nam codzienny rytm do góry nogami. O której obiad, kto gotuje, kiedy spacer, kiedy bajka, kiedy zakupy, kiedy czytanie - teraz wszystko zależy od małej Felki i tego, czy zwolni mi ręce i da coś zrobić. To trudne. Dla nas rodziców i oczywiście dzieciaków. Ale tłumaczymy sobie, że jesteśmy w fazie testów i uczenia się życia w nowym składzie. Im Felka starsza, tym więcej będzie przewidywalności.

Daję sobie prawo do tego, że nie wszystko musi być super. Jak przez kilka tygodni nie zrobię ze starszakami projektu plastycznego, zamiast czytania odpalę audiobooki i będziemy nadużywać mrożonych pierogów ze spożywczaka to wiem, że nie zrujnuję im tym życia

Moje ciało nadal regeneruje się po ciąży i po porodzie. Nie jestem w formie, nie działam na najwyższych obrotach.

Budzę się zwykle między 5:00 a 6:00 rano razem z Felką. Kiedy nakarmię i przewinę córkę, odkładam ją z powrotem do łóżka. Jak się przytuli do Munia, jest szansa, że jeszcze pośpi przy bracie półtorej godziny. Rano staram się odpisać na wiecznie zaległe maile, pozałatwiać sprawy, które trudno ogarnąć przy harcach dzieci. Ostatnio nawet udało mi się zrobić rano coś tylko dla siebie: pomedytować i przejrzeć kolorowy magazyn. Luksus! O 7.00 rano budzą się wszystkie dzieci i zaczyna się dzień.

"Śniadania robimy na zmianę, raz jest śniadanie mamy, raz taty"

Kiedyś pozwalałam chłopcom, żeby jedli śniadanie w piżamach, bo sama tak lubię, ale teraz dbamy o to, aby ubrali przed jedzeniem. Śniadania robimy na zmianę, raz jest śniadanie mamy: ciepła owsianka, jaglanka, placuszki, raz taty: słodkie płatki z zimnym mlekiem. Doprowadza mnie do szału, że takie niezdrowe, ale to kolejna rzecz, której trzeba się nauczyć przy dzieciach. Odpuszczać i pozwalać innym przejąć stery. Opłaca się, bo jak Robert robi śniadanie, ja mogę wziąć prysznic, a czasami nawet nabalsamować ciało.

'Wielodzietność to jak sport ekstremalny: porcja codziennych mocnych wrażeń i emocji gwarantowana''Wielodzietność to jak sport ekstremalny: porcja codziennych mocnych wrażeń i emocji gwarantowana' fot: Ania Wibig, Obiektywnie Najpiękniejsi

Wszyscy uczymy się naszych obowiązków domowych. Jeszcze nie wiemy do końca jak to wprowadzić, żeby nie doprowadziło to do tego, że będziemy całymi dniami chodzić za dziećmi i jęczeć, żeby posprzątali, wynieśli śmieci, itd. Na razie dzieci mają odkładać na miejsce swoje zabawki, ubrania do kosza na pranie, talerze do zlewozmywaka.

Siedmiolatek i pięciolatek pomagają też przy zakupach i są bardzo wspierający przy Felce. To, że przyniosą czystą pieluchę z suszarki, jak ja zapomniałam, podadzą herbatę, jak utknęłam przy karmieniu, pobawią się z siostrą, kiedy muszę do łazienki - to bywa zbawienne! Coraz więcej z dziećmi rozmawiamy na temat obowiązków, tłumaczymy im, że jesteśmy jedną drużyną, musimy sobie pomagać.

"Co jeśli ciąża będzie zagrażała mojemu życiu? Żadna mama nie chce ryzykować osierocenia dzieci"

To, że urodziłam czworo dzieci, to nie zasługa kampanii społecznych namawiających do rodzenia. To osobista decyzja moja i Roberta. Po każdym dziecku przychodziło do nas poczucie, że kogoś nam jeszcze brakuje, nie jesteśmy jeszcze w komplecie.

Dla mnie to, co pomaga podjąć decyzję o kolejnych dzieciach to podstawowe poczucie bezpieczeństwa i możliwości decydowania o sobie. Mam tu na myśli prawo do aborcji. Co jeśli ciąża będzie zagrażała mojemu życiu? Żadna mama nie chce ryzykować osierocenia dzieci, które czekają w domu.

Kolejna sprawa, to opieka okołoporodowa. Ja miałam szczęście, raz rodziłam w domu, a trzy razy w jednym z najprzyjaźniejszych szpitali w kraju, ale jak czytam raporty Fundacji Rodzić Po Ludzku, to mi się płakać chce.

Mam koleżanki, które dałabym sobie rękę uciąć, że będą miały kolejne dzieci, bo je na to stać, bo mają ku temu warunki, bo same mają rodzeństwo, a mimo to zostają przy jednym. Mają tak traumatyczne doświadczenia porodowe, że nie chcą już więcej rodzić. I ja im się nie dziwię.

Kolejna istotna sprawa to zaangażowanie facetów, ojców. Gdyby mój Robert nie był dla mnie równoprawnym partnerem przy opiece nad dziećmi, gromadka dzieci nawet do głowy by mi nie przyszła. Dużo już się zmieniło na plus w społeczeństwie, ale umówmy się, nadal rodzicielstwo obarcza najbardziej nas, kobiety.

Obrazki z przykładami zaangażowanego ojcostwa powinny pojawiać się już w elementarzach dla przedszkolaków. Moi chłopcy obserwują tatę w akcji, który nie oddaje mi dziecka, bo ma brudną pieluchę, ale sam zakasuje rękawy, albo wysyła mnie na drzemkę, a on przejmuje dowodzenie nad całą czwórką. Było też dla mnie ważne, żeby moi synowie mieli swoje lalki dzidziusie - by otwierać przed nimi nie tylko świat samochodów i konstrukcji lego, ale też opieki i czułości.

"Niech decyzja o posiadaniu dzieci nie oznacza, że kobiety muszą rezygnować z siebie i ze swojej pracy"

Wydaje mi się, że termin wielodzietność wciąż ma dużo nieatrakcyjnych konotacji: patologia, konserwatyzm, brak odpowiedzialności. Może przydałyby się kampania społeczna przybliżająca taki model rodziny? Wielodzietność odczarowują media społecznościowe. Jest sporo kont dziewczyn, które pokazują swoją wielodzietną codziennością, to pomaga opatrzyć się, przyzwyczaić i unormalnić.

Żeby rodzice mogli utrzymać dzieci i żyć na fajnym poziomie potrzebują pracy. Do tego potrzebny jest swobodny dostęp do żłobków i przedszkoli. Bycie rodzicem to praca na pełny etat, dlatego przydałoby się więcej wariantów, aby godzić pracę zawodową z rodzicielstwem. Więcej elastycznych form zatrudnienia: na pół etatu, ćwierć etatu, programy wspierające przedsiębiorczość mam. Niech decyzja o posiadaniu dzieci nie oznacza, że kobiety muszą rezygnować z siebie i ze swojej pracy.

"Zamiast międzynarodowych rozmów mam codzienne wołania: mamoooo, kupa"

Kiedy przestałam regularnie pracować zawodowo, długo borykałam się z poczuciem straty. Zaglądasz do serwisów społecznościowych i masz wrażenie, że wszystkie koleżanki wokoło jeżdżą w podróże służbowe, awansują, publikują, rozkręcają startupy. A ja w świecie klocków i pieluch. Zamiast międzynarodowych rozmów, mam codzienne wołania: mamoooo, kupa. Zamiast spotkań na szczycie z szychami z Dubaju, spotkanie z kilkulatkami w piaskownicy. Ale przepracowałam to sobie. Nadal brakuje mi pracy twórczej i współpracy z dorosłymi, ale odnalazłam swoją wartość w tym, kim jestem, a nie co robię. I zaakceptowałam prosty życiową prawdę: nie wszystko naraz.

Wielodzietność to jak sport ekstremalny: porcja codziennych mocnych wrażeń i emocji gwarantowana. Co wieczór padamy na pysk, jak po przebiegnięciu maratonu. Ale tego chciałam i nawet jak ze zmęczenia płaczę pod prysznicem, codziennie kładę się spać z myślą, że kocham moje życie właśnie w takim wydaniu i nie zamieniłabym się z nikim za żadne skarby świata.

Jakimś cudem, między trzecim a czwartym dzieckiem udało mi się napisać książkę dla dzieci. Początki nie były łatwe. Pierwszy rozdziała powstał, kiedy jeszcze nie byłam w czwartej ciąży. Napisałam, wydawnictwo zaakceptowało pomysł, dostałam zielone światło.

A potem okazało się, że jestem w ciąży i czuję się fatalnie. Nawet mowy nie było, żebym maila napisała, a co dopiero książkę. Cudowne było to, że po drugiej stronie, w wydawnictwie pracowały kobiety, też matki. Napisałam, że źle znoszę pierwszy trymestr i poprosiłam o kilka tygodni przerwy. Wydawczynie odpisały, że rozumieją i poczekają.

Abym mogła pisać, Robert musiał przestawić swoje godziny pracy. Robiliśmy tak, że rano zabierał chłopców na dwugodzinny spacer, na wyprawy rowerowe i ja miałam swój czas.

Już kilka lat temu, kiedy zaczęłam budować biblioteczkę dla Benia, pierworodnego, wiedziałam, że chcę pisać książki dla dzieci. Mam przysłowiową szufladę - a tak naprawdę folder na komputerze - pełen pozaczynanych opowiastek, ale nigdy nie znalazłam czasu, żeby którąś dokończyć.

Ale przyszła pandemia, utknęliśmy w Stanach, miałam więcej czasu i napisałam książkę. Zadowolona z siebie rozesłałam ją po wydawnictwach, ale wszyscy ją odrzucili. Nadal sobie tłumaczę, że nie poznali się na jej genialności.

Trafiłam jednak na dziewczyny ze Studia Koloru, okazało się, że przyświecają nam podobne idee i powstała "Wioska na ulicy Małej". Narodziny Felki, pierwszej córki i premiera mojej pierwszej książki zbiegły się w tym samym tygodniu.

Wysłuchała Joanna Biszewska

Kasia Żywioł: rocznik 83, nowosądeczanka, absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od 2015 r. mama na pełnym etacie, z nadgodzinami w wielodzietnej dwukulturowej rodzinie. Inspiruje ją wolne, roześmiane dzieciństwo. Cieszy piękno ukryte w naturze, artystycznych wnętrzach i kolorowych ciuchach. Wierzy w prostotę, powolność i święty spokój. Jej debiutancka książka dla dzieci "Wioska na ulicy Małej. Narodziny" to ciepła opowieść o emocjach i zmianach, które towarzyszą narodzinom i o tym, jak ważne jest, abyśmy w przełomowych momentach naszego życia, mieli wokół siebie swoją „wioskę", która pomoże oswoić zmiany.

'Wioska na ulicy Małej. Narodziny' ukazała się pod koniec 2021 r.'Wioska na ulicy Małej. Narodziny' ukazała się pod koniec 2021 r. fot: materiały prasowe